Marcin Miętus: Fałszywa stabilizacja

5 maja 2015

O spektaklu Świadkowie w reżyserii Piotra Jędrzejasa w Teatrze Barakah w Krakowie

Świadkowie/materiały promocyjne

Świadkowie/materiały promocyjne

W kameralnym przedstawieniu Teatru Barakah punkt ciężkości od początku spada na barki aktorów oraz na tekst Stanisława Różewicza. Reżyser Świadków pozostał wierny poecie, dokonując niewielu cięć, dążąc jednak do obsadowego minimum. Na scenie znajduje się jedynie dwójka wykonawców.

 

Dramat Świadkowie albo nasza mała stabilizacja Różewicz napisał w 1962 roku. To kolejny utwór poety, w którym pojawia się symptomatyczny obraz świata po katastrofie. Różewicz przetransponował doświadczenia II wojny światowej na dramat, podejmując problem kryzysu ówczesnej kultury. W Świadkach do głosu dochodzi nacechowany niepokojem okres kształtowania się pozornej stabilizacji. Polskie społeczeństwo zdawało się nabierać pod koniec lat 50-tych normalności, choć poeta dostrzegł przyjmowanie przez wielu ludzi postawy obserwatorów. Świadków – zasklepiających się we własnej skorupie. Świadków – konformistów, uciekających od życia.

 

Wystawiając dziś w teatrze Różewicza można wpaść w pułapkę metafizyki, dlatego twórczość poety często podlega dekonstrukcji. Pierwsza część Świadków,  najbardziej poetycka, odgrywana jest w spektaklu Piotra Jędrzejasa w konwencji konferansjerki. Na elegancko ubranych kobietę i mężczyznę wypuszczony zostaje snop światła. Z mikrofonem w dłoniach kierują do widzów słowa poematu pod tytułem Nasza mała stabilizacja. Aranżują show. Uśmiechają się do nas, wdzięczą, bawią słowem.„Domy stoją / samochody jeżdżą / panowie mają panie / panie mają futra / futra mają kołnierze / i tak dalej”. Ten potok słów stanowi stabilizację, trzymającą tę kobietę i tego mężczyznę w ryzach. Czy to jednak nie sen?

 

W drugiej sekwencji mała stabilizacja nabiera kształtu. On i Ona ściągają buty, przenoszą się na kanapę. Ciągle uśmiechnięci, rozmawiają o drobnych sprawunkach, pieskach i kotkach i o tym, jak zdrowy jest kożuszek na mleku. Podział na płeć jest tu bardzo wyraźny, wręcz stereotypowy. Ich małą stabilizacją jest czerwona kanapa, z której nie wstają. Tam bowiem urządzają całą prowizoryczną przestrzeń. Widz od razu zwraca uwagę, że nie dotykają oni podłogi wokół kanapy – ta bowiem parzy. Wyjście poza bezpieczną przestrzeń wykracza poza możliwości młodego małżeństwa.

 

Para aktorów nie sili się na naturalizm, wiedząc, że psychologiczne aktorstwo w oparciu o tekst Różewicza nie byłoby trafionym pomysłem. Aneta Wirzinkiewicz ma więc przyklejony uśmiech do twarzy, niczym okładkowa idealna pani domu. Czasem coś jednak w niej zgrzyta, gotuje się w środku. W momencie złości (skierowanej w stronę męża, bo kogoż innego) wyskakuje z kanapy na podłogę, wyrażając krzykiem cierpienie. To moment jej prawdy, eskalacja cierpienia. Po chwili wraca jak poparzona na kanapę i przeprasza partnera. Bohater Marcina Kalisza to przerysowany w gestach neurotyk, który gadulstwem stara się przykryć wzajemne niedopasowanie młodej pary. Gdy natomiast mówi o obserwującej go szarej masie, zwraca niespokojne oczy w stronę widowni.

 

Reżyser wyraźnie podkreśla, że stabilizacja tych dwojga to ułuda, dająca im fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Pod pozorami szczęścia tak naprawdę kryje się przejmująca pustka. Sztuczność relacji małżonków pogłębia zupełny brak kontaktu fizycznego między bohaterami. Ciekawie wypadają momenty dotyczące teściowej, która miałaby w przyszłości z nimi zamieszkać. Bohaterowie wówczas zastygają w bezruchu, chcieliby powiedzieć coś innego niż powinni, nie zgodzić się, jednak nie starczy im na to siły. Choć tych kilka pomysłów inscenizacyjnych krzepi, to jest ich jednak trochę za mało.

 

Za dużo u Jędrzejasa gadaniny, nieskonfrontowanej ze scenicznym działaniem. Widać to zwłaszcza w części trzeciej spektaklu. Mimo, że epizod zaczyna się intrygująco – aktor i aktorka przechodzą w kolejne role wykrzykując imiona postaci z dramatu Różewicza (- „Drugi!” – „Trzeci!”), wskakując na kanapę, która znów pełni rodzaj bezpiecznej kryjówki (łodzi ratunkowej?), widz uraczony zostaje potokiem słów, wypowiadanych w bardzo szybkim tempie, bez krytycznej refleksji. Ich brutalny wydźwięk, strach, który powinien poprzez groteskową formę paraliżować, gubi się gdzieś po drodze, nie wybrzmiewając nawet w ostatniej scenie. W scenie, w której skażeni pustką bohaterowie nie pogrążają się we wzajemnej bezradności (tak jak u Różewicza), ale wyraźnie jeden z bohaterów okazuje się silniejszy i sprytniejszy.

 

Spektakl Piotra Jędrzejasa jest wznowieniem dyplomu sprzed dziesięciu lat. Całości przyświeca więc pytanie, czy dramat Różewicza nadal jest aktualny, podobnie jak aktualny mógł być dekadę temu, czy był aktualny w momencie premiery w latach 60-tych. Odpowiedź zapewne byłaby twierdząca, ale co z tego wynika dla twórców przedstawienia? Co dla reżysera jest ekwiwalentem współczesności w jego interpretacji Świadków? I po co jeszcze raz mierzy się z tym samym tekstem?  Oglądając niedługie – bo zaledwie godzinne – przedstawienie w Teatrze Barakah trudno znaleźć na te pytania odpowiedź. Choć spektakl może spodobać się publiczności ceniącej twórczość Różewicza, prosty przekaz i teatr oparty na słowie, to część widzów może poczuć się co najmniej nieusatysfakcjonowana.

 

Marcin Miętus

 

 

Tadeusz Różewicz, Świadkowie albo nasza mała stabilizacja

 

reżyseria: Piotr Jędrzejas

obsada: Aneta Wirzinkiewicz, Marcin Kalisz

 

Teatr Barakah w Krakowie,

Premiera 25 kwietnia 2015

 

 

 

 

 

 

 

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seventeen − seven =