Marcin Miętus: Polityka w podartych spodenkach

19 listopada 2015

O spektaklu Wróg ludu w reżyserii Jana Klaty w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie

Wróg ludu/fot. Magda Hueckel

Wróg ludu/fot. Magda Hueckel

Dziewiętnastowieczny dramat Ibsena służy Klacie do budowania współczesnej satyry politycznej, która nabiera na krakowskiej scenie bardzo gorzkiego wymiaru. Jest nader dosadna i bardzo aktualna. Reżyserowi udaje się również skonstruować komunikat, który trafi do niemal każdego widza i dla każdego będzie na swój sposób dotkliwy.

Napisany ponad sto trzydzieści lat temu Wróg ludu opowiadający o konflikcie dwojga braci Stockmannów stanowi wciąż żywą wypowiedź na temat demokracji, władzy oraz niechęci do dokonywania zmian. „Jednostka musi poddać się ogółowi” – mówi Peter Stockmann (Radosław Krzyżowski), burmistrz niezgadzający się na wyjawienie przez brata nieprawidłowego funkcjonowania lokalnego kąpieliska. Prawda, która wywołałaby burzę wśród mieszkańców miasteczka, stanowi dla stojącego w opozycji do władzy doktora Thomasa Stockmanna (Juliusz Chrząstowski) najwyższą wartość. Przynajmniej na początku. Wraz z rozwojem akcji priorytety obojga zaczną ulegać zmianom, a intryga nabierać tempa.

Klata pomysłowo wydobywa komiczny żywioł utworu norweskiego dramatopisarza, szczególnie gdy portretuje głównego bohatera – ubranego w rozciągnięty pomarańczowy sweter doktora Stockmanna oraz jego dziwaczną rodzinę, krzątającą się po zabałaganionym mieszkaniu. Żona Katarzyna (Małgorzata Zawadzka) w tandetnym kimonie i ekstrawaganckiej fryzurze reprezentuje fałszywą – rodem z taniego czasopisma – fascynację orientalną kulturą. Ich córka Petra w wykonaniu Moniki Frajczyk (udany debiut na deskach Starego Teatru) nie jest zapatrzoną w ojca, zapracowującą się na śmierć nauczycielką z misją jak u Ibsena, ale współczesną dziewczyną, nieco odklejoną od rzeczywistości. Duet komiczny tworzą redaktorzy Billing i Hovstad w wykonaniu Bogdana Brzyskiego i Michała Majnicza, którzy odznaczają się na scenie dużym vis comica. Ten pierwszy, ubrany w pstrokaty garnitur, to typowy antysystemowy cwaniak, który w ramach wygodnictwa i tak chciałby zrobić karierę w magistracie. Drugi, zmieniający poglądy niczym chorągiewka na wietrze, lubi od czasu do czasu zajrzeć do butelki i wygłaszać górnolotne kwestie, w które sam prawdopodobnie nie wierzy. Również konflikt Petera i Thomasa Stockamnnów nabiera śmieszności, bowiem dyplomacja w ich wydaniu to często bezwiedne wymachiwanie rękami, szturchańce i podwórkowe przezwiska. „Ty pipku!” – wykrzyczy burmistrz do brata, a ich spór przyjmie konwencję slapsticku, o czym dobitnie świadczy scena ukrywania się burmistrza przed bratem w zagraconym mieszkaniu. My przyglądamy się ich poczynaniom trochę z pobłażaniem, trochę z niedowierzaniem, że ludzie ich pokroju mogą trzymać w rękach jakąkolwiek władzę. To jedynie polityka w krótkich (lub może jak chciałby Ibsen – w podartych) spodenkach. Nie należy przecież wkładać najlepszych spodni, kiedy idzie się walczyć o wolność i prawdę – powie doktor.

Nowy spektakl w Starym Teatrze stanowi polityczną wypowiedź na temat demokracji, „niezawisłej” prasy, walki o wpływy. To powrót Klaty do zaangażowanego teatru, którego sygnały pojawiły się w krakowskim Królu Learze, lecz nie wybrzmiały tak ostro i celnie. To również bardzo osobisty komentarz dyrektora, kontynuujący myślenie o własnej drodze twórczej w Starym Teatrze i zasygnalizowany w inscenizacji Do Damaszku, zajmującej się kondycją artysty-performera. Jednak w przeciwieństwie do uniwersalnej i w gruncie rzeczy wiernej adaptacji scenicznej dzieła Strinberga, Klata w najnowszym spektaklu celuje między innymi (a może przede wszystkim?) w Kraków oraz nastroje związane z objęciem jego dyrektorskiego fotela. Czyż adresowane do doktora Stockmanna, namalowane czerwoną farbą „huju won!”, nie mogłoby pojawić się na fasadzie Starego Teatru, wypisane przez któregoś z „obrońców narodowej sceny”?

Klata po raz kolejny nie szczędzi głośnej muzyki, posiłkując się mocnym gitarowym brzmieniem (nad którym czuwa papa Morten Kill w wykonaniu Zbigniewa Rucińskiego). Do świetnego wykonania Little Drummer Boy burmistrz Stockamnn werbuje swych sprzymierzeńców. Dzięki pomysłowej scenografii Justyny Łagowskiej, odpowiedzialnemu za ruch sceniczny Maćko Prusakowi, a także znakomitej dramaturgii, powstał spektakl nad wyraz atrakcyjny i obfitujący w wiele niespodzianek. Dajemy się więc wciągnąć w grę, nie przewidując tego, co może nastąpić  za chwilę. W kolejnych przepisanych przez Michała Buszewicza ibsenowskich dialogach kryją się poważne treści, niektóre wykrzyczane wprost do widza, niektóre ukryte. Kto nie chce i tak nie usłyszy – dla tych widzów Klata umieścił specjalny znak z napisem „exit” tuż nad wyjściowymi drzwiami.

Kulminacyjnym punktem krakowskiego Wroga ludu jest znakomicie rozegrany monolog Juliusza Chrząstowskiego, który wspina się na szczyt swoich scenicznych umiejętności.  Aktor pozostawia na uboczu Doktora Stockmanna, przystępując do kilkunastominutowego wystąpienia odbywającego się przy zapalonej widowni. Podejmuje ze sceny drażniące i aktualne tematy, konfrontując je z publicznością. Komentuje jej zachowanie, reaguje. Wyjmuje z kieszeni telefon, czyta na głos komentarz z facebooka, podkreślający uniwersalność dramatu Ibsena. Schodzi ze sceny, całkowicie łamie dystans. Nie waha się poprosić kobietę z pierwszego rzędu o łyk wody. Chrząstowski doskonale radzi sobie ze zgromadzoną (dodajmy – różnorodną) widownią. Nagle orientujemy się, że to my uczestniczymy w zebraniu mieszkańców miasta, o którym pisał Ibsen we Wrogu ludu. Klata pozwalając Chrząstowskiemu wyjść z roli Stockmanna znakomicie przesuwa akcenty i problemy norweskiego dramatu, pozwalając rezonować im na współczesność. Pojawia się kwestia krakowskiego smogu i „smogolandii”, w której przyszło nam żyć, październikowych wyborów parlamentarnych, oraz ta najbardziej obecnie paląca – problemu „na u”, czyli uchodźców. Improwizowany w dużej mierze monolog nie pełni funkcji oskarżycielskiej, próbuje zadawać pytania, wchodzić w dialog. „Kto z państwa przyjąłby uchodźców do swojego domu?”, kilka osób podnosi ręce. „A kto by nie przyjął?”. Klata nie staje po stronie ani prawicy, ani lewicy, lecz mocno punktuje ich wady.

Reżyser nie mówi jedynie w swoim imieniu. Mimowolnie wszyscy znaleźliśmy się w bagnie, z którego ciężko nam będzie się teraz wydostać. Klata nie oskarża konkretnych osób, nie wskazuje nikogo palcem, w czym tkwi siła jego spektaklu. Ogłuszanie widza – muzyką, tekstem, pozornym chaosem choreograficznym – to zwyczajna zmyłka. Formułuje wyrazisty przekaz, stawiając nas w centrum problemu. Nie atakuje, choć często czujemy się niezręcznie. Twórcy Wroga ludu mówią bowiem wprost. Do nas – widzów Starego Teatru, Krakowian, ale też do nas – Polaków. W konsekwencji otrzymujemy celny i żywy, ale też bardzo bolesny komentarz na temat współczesnej polityki.

 

Marcin Miętus

Henryka Ibsen, Wróg ludu

Reżyseria – Jan Klata

Obsada:
BILLING – Bogdan Brzyski
BURMISTRZ PETER STOCKMANN – Radosław Krzyżowski
DOKTOR TOMAS STOCKMANN – Juliusz Chrząstowski
DRUKARZ ASLAKSEN – Zbigniew Kosowski
KAPITAN HORSTER – ** Paweł Kruszelnicki / Bolesław Brzozowski
MORTEN KILL – Zbigniew Ruciński
PANI STOCKMANN – Małgorzata Zawadzka
PETRA – Monika Frajczyk
REDAKTOR HOVSTAD – Michał Majnicz
– Ania Komorek
– Maciek Trybus

scenografia, kostiumy, światło – Justyna Łagowska
choreografia – Maćko Prusak
opracowanie tekstu i dramaturgia – Michał Buszewicz
muzyka – Robert Piernikowski

Premiera: 03.10.2015
Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eight − 6 =