Marcin Miętus: Tydzień z teatrem formy

14 marca 2015

Wrażenia z 3. edycji Międzynarodowego Festiwalu Materia Prima w Krakowie

Materia Prima/materiały prasowe

Materia Prima/materiały prasowe

Teatr formy to bardzo szerokie pojęcie, odsyłające nas do między innymi teatru tańca, teatru plastycznego, lalkowego czy teatru cieni. Na tegorocznym festiwalu Materia Prima nie zabrakło żadnego z wymienionych gatunków, stawiających na wyjątkowe doznania estetyczne. Krakowski festiwal to doskonała okazja, by zaobserwować, co dzieje się w zagranicznym teatrze formy. A dzieje się sporo dobrego.

 

Najlepiej zaprezentowali się Francuzi. Z dwunastu festiwalowych spektakli cztery przedstawienia należały do zespołów znad Loary. Wszystkie cztery były co najmniej interesujące. Znakomity Compagnie 111 w Planie B dokonał udanego mariażu inteligentnego humoru z iście cyrkowymi akrobacjami. Czterech mężczyzn w garniturach, poruszających się po pochyłej lub pionowej ścianie, co rusz igrało z percepcją widza, tworząc widowisko na wskroś współczesne. Pomysłodawca i scenograf Aurélien Bory wraz z Philem Soltanoffem opracowali zabawną i błyskotliwą choreografię. Perfekcja wykonania oraz znakomite efekty świetlne i dźwiękowe stworzyły teatr konceptualny, bardzo otwarty na widza, nie roszczący pretensji do skomplikowanych metafor. Plan B okazał się znacznie ciekawszy niż występ ochrzczonego gwiazdą festiwalu NoGravity Dance Company –  pięknego, lecz nic poza tym, kalejdoskopu wirujących w powietrzu ciał, skąpanych w efektownych barwach.

 

Drugą znakomitą  – i równie zabawną – produkcją francuską był teatr na opak w wykonaniu Compagnie L’Immédiat. Scena otwierająca spektakl zatytułowany Tu i teraz wspaniale ośmieszała nieudolny teatr dramatyczny, próbujący usilnie odzwierciedlać rzeczywistość. W prowizorycznej scenografii udającej pokój, usytuowana została para bohaterów, przeżywająca jakiś dramat, zapewne egzystencjalny. Bohaterowie próbują coś robić lub mówić (a nawet śpiewać), jednak coś im ciągle przeszkadza: potykają się, przedmioty wylatują im z rąk, z książek wypadają kartki, obrazy zaczynają spadać ze ścian, po chwili burzą się same ściany. Teatrzyk się nie udaje, na scenę wbiega banda dziwacznie ubranych ludzi. Biegając po zaśmieconej scenie, potykają się o wszystko, co spotkają na swojej drodze (a jest tego sporo), powodując przysłowiowy burdel. Trudno byłoby wyliczyć, co znajdowało się na tej niezwykle zagraconej scenie, bo było tam wszystko  – od zwykłych mebli i drabin, po kartki papieru, puste karnistry i plastikowe kaski. Bałagan, jak przystało na bałagan tworzy się bardzo szybko. Po chwili spędzonej na widowni już wiemy, że los kilkumetrowej góry kartonów, stojącej po prawej stronie sceny, został przypieczętowany. I rzeczywiście w decydującym momencie, niczym wisienka na bardzo niechlujnym torcie, kartonowa wieża runęła na podłogę, przykrywając pół sceny. Wszystko to działo się w ciągłym ruchu, a akrobatyczne umiejętności aktorów budziły szczery podziw. Kolejna część przedstawienia, po błyskawicznym (i dowcipnym!) odgraceniu sceny na oczach widzów, stanowiła szereg burleskowych gagów z szafą, butelką wody oraz nie dającą spokoju odwróconą grawitacją. Absurd gonił tu absurd, żywiołowi aktorzy nie stronili od trików, widz z kolei efekty ich pracy mógł rozczytać na różne sposoby.

 

Wszystkie spektakle miały do zaproponowania ciekawe spojrzenie na wizualny aspekt teatru, tworząc niekiedy bardzo ciekawe eksperymenty, odnosząc się do tego, co dobrze znamy, wykorzystując to w nieco inny sposób. Do takich przedstawień można zaliczyć wywiedzionego z komedii dell’arte Poliszynela, aktorsko-pacynkowy spektakl, wzbudzający na widowni salwy śmiechu, czy bardziej nastrojową Membranę, bawiącą się z formułą teatru cieni. Ciekawie zaprezentowały się dwa spektakle w wykonaniu kobiet. Częstotliwość PandoryOgród Elzy – bo o nich mowa – ukazywały dwa odmienne oblicza kobiecości. Pierwszy z nich, inspirowany pracami niemieckiego surrealisty Hansa Bellmera, przy pomocy aktorki i lalki podejmuje temat ciała. Konfrontacja żywej kobiety z manekinem ludzkich rozmiarów prowokuje bohaterkę Pandory do zadawania pytań na temat własnej cielesności, macierzyństwa, roli społecznej, jaką odgrywa. Subtelne światła, przerywana muzyka i charakterystyczny dźwięk z przenośnego radia buduje aurę tajemnicy, jaką staje się poszukiwanie własnej, kobiecej tożsamości. Ogród Elzy na początku stawia widzów w roli biernych obserwatorów masochistycznych fantazji brutalnej esesmanki. Kobieca bohaterka, tytułowa Elza, często wykorzystywana w popkulturze jako brutalna figura kobiety-oprawcy, w wykonaniu Anny Peschke bacznie przygląda się widzom. Ma świadomość, że jest obserwowana, a my pozwalamy jej na wszystko. Gdy zabawi nas kabaretowymi utworami z repertuaru Loli Loli z Błękitnego anioła uśmiechamy się, gdy zacznie maltretować niewinne kobiety, które w Ogrodzie Elzy stanowi rząd kobiecych popiersi z blond peruką, nie jesteśmy w stanie oderwać wzroku. Zaproszeni do przybytku Elzy stajemy się voyeurami, czerpiącymi satysfakcję z jej dokonań, podszytych okrucieństwem i erotyką. Rola kata i ofiary to kluczowe pytania stawiane przez twórców przedstawienia. Gdy dochodzi do świętowania i wniesienia tortu w kształcie swastyki wydaje się jasne, że naszą biernością jesteśmy współwinni dokonanych zbrodni. Z kolei ostatnia scena, w której Elza udaje ofiarę, może nas stawiać wręcz w roli oprawców. Sugestywne, teatralne metafory pozostawiają widza z poczuciem niepokoju.

 

Tegoroczna Materia Prima dostarczyła widzom należytą dawkę teatru tańca: sterylny Edvard, symboliczne Przemiany, liryczne a jednocześnie surrealistyczne Nie zapomnij mnie oraz rosyjska – niestety nieudana – wersja Carmen. Rosjanie stworzyli teatr przebrzmiały, nieciekawy i nieautentyczny (co oznacza również, że nieprzejmujący), gdzie Rosjanki udają Hiszpanki, Rosjanie hiszpańskich gringo, a nieciekawie wykonane lalki nieudolnie naśladują precyzyjny, japoński teatr lalek Bunraku. Dla mnie najciekawszym tanecznym spektaklem byli skromni Oni, rozpisani na dwójkę solistów, gdzie pierwsze sceny zapowiadają komedię małżeńską. Komedia jednak szybko przeradza się w dramat, którego ujściem jest ruch. Ekspresyjny, rwany, lecz bardzo precyzyjny. Na scenie znajduje się zaledwie kilka rekwizytów oraz on i ona. On zamknięty we własnych fobiach, ona usilnie pragnąca być idealną kobietą. Nieumiejętność przyrządzenia indyka splata się tu z nieumiejętnością porozumienia dwojga ludzi. Są od siebie zbyt mocno oddaleni, choć wydają się pragnąć tego samego. Przejmujące i przewrotne jednocześnie.

 

Spragniona estetycznych wrażeń widownia dopisywała, również podczas spotkań z twórcami. Pod względem organizacyjnym festiwal był sprawny i przemyślany. Do sukcesów można z pewnością zaliczyć budzącą spore zainteresowanie sesję naukową poświęconą Kantorowi, Szajnie i Grotowskiemu. Dyskusjom na temat teatru formy towarzyszyła wystawa w Teatrze Groteska oraz projekcja zarejestrowanych na taśmie filmowej spektakli trójki wybitnych polskich reżyserów.

 

Zagraniczny teatr, którego uświadczyliśmy na festiwalu, odkrył jednak niewesołą prawdę o polskim teatrze formy, który na naszych scenach jest praktycznie nieobecny. Teatr dramatyczny niestety bardzo rzadko – i z różnym efektem – flirtuje z teatrem plastycznym. Większą nadzieję stanowią teatry dla dzieci, często starające się sprostać wymaganiom również dorosłego widza. Teatr tańca i teatry uliczne/plenerowe to nieco inna materia (!), przy której m.in. gdańska FETA i krakowskie Kroki (kolejna edycja w maju!) stoją na straży utrzymania odpowiedniej cyrkulacji. Teatry eksperymentujące, alternatywne często nie mają pieniędzy na efektowne widowiska, co niestety przekłada się na jakość spektakli. Choć z drugiej strony czasami naprawdę niewiele trzeba do zbudowania dobrego spektaklu, co  udowodniła izraelska Membrana. Bardzo prostymi środkami twórcy byli w stanie zainteresować widownię, także tę najmłodszą (z moich obserwacji wynika, że ten spektakl miał chyba największą dziecięcą widownię). Mam jednak nadzieję, że to się wkrótce zmieni, a polski teatr formy rozbłyśnie autentycznym blaskiem.

 

Marcin Miętus

 

Anna Peschke, Ogród Elzy, reż. Anna Peschke (Niemcy)

 

Carte Blanche. The Norwegian National Company Of Company Of Contemporary Dance, Edvard, reż. Marcos Morau (Norwegia)

 

NoGravity Dance Company, Boska Komedia: Z piekła do nieba, kreacja przedstawienia: Emiliano Pellisari (Włochy)

 

Antje Töpfer & Florian Feisel, Częstotliwość Pandory, reż. Florian Feisel (Niemcy)

 

Teatr Groteska, Przemiany, reż. Adolf Weltschek (Polska)

 

Compagnie La Pendue, Poliszynel, reż. Estelle Charlier, Romuald Collinet (Francja)

 

Compagnie L’Immédiat, Tu i teraz, reż. Camille Boitel (Francja)

 

Caroline Finn, Oni, choreografia: Caroline Finn (Niemcy)

 

Yaniv Shentser & Meirav Ben David, Membrana, reż. Meirav Ben David, Yaniv Shentser (Izrael)

 

Compagnie 111 – Aurélien Bory, Plan B, reż. Phil Soltanoff (Francja)

 

Vologda Regional Puppet Theatre “Teremok”, Carmen, reż. Boris Konstantinov (Rosja)

 

Compagnie Philippe Genty we współpracy z Hint Acting & Theatre Departament at Nord-Trøndelag University College, Nie zapomnij mnie, reż. Philippe Genty (Francja/Norwegia)

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

19 − four =