Marcin Miętus: Wysokie obcasy

12 maja 2016

O spektaklu Wszystko o mojej matce w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie

Wszystko o mojej matce/materiały prasowe

Wszystko o mojej matce/materiały prasowe

Nowy spektakl Borczucha nie jest spektaklem ani o matkach, ani o chorobie. Pomimo zdominowanej przez aktorki obsady, nie jest również spektaklem o kobietach. To przedstawienie o dwóch mężczyznach, ich pamięci i dziwnej do nazwania tęsknocie. Także o samym teatrze – stanowi bowiem próbę rozwikłania jego tajemnicy.

Zofia Borczuch i Krystyna Zarzecka zmarły na raka. Matka Michała w 1986 roku, matka Krzysztofa dwanaście lat później. Przez ostatnie kilka miesięcy obydwaj panowie nosili się z pomysłem stworzenia spektaklu o nich. Tak powstało Wszystko o mojej matce w krakowskiej Łaźni Nowej.

Po Paradiso, również przygotowanym w Nowej Hucie, Fauście z Teatru Polskiego w Bydgoszczy oraz nagrodzonej na Boskiej Komedii Apokalipsie z warszawskiego Nowego Teatru Borczuchowi udało się stworzyć kolejne interesujące, autorskie przedstawienie, które mimo pewnych zbieżności – zwłaszcza estetycznych – stanowi odrębną wypowiedź artystyczną, jak dotychczas najbardziej osobistą .Wszystko o mojej matce, nawiązujący tytułem do filmu Almodóvara, opiera się na wspomnieniach reżysera (a także współtwórcy spektaklu, Krzysztofa Zarzeckiego) i na stworzonym – w dużej mierze na podstawie prób, rozmów oraz improwizacji – autorskim tekście Tomasza Śpiewaka. Michał Borczuch po raz wtóry wytrąca z tradycyjnego teatralnego fotela widza przyzwyczajonego do mniej lub bardziej realistycznych historii snutych ze sceny. Na gruncie polskiego teatru to reżyser osobny, z którego twórczością zdecydowanie warto się zapoznać, choć pewnie nie każdemu jego teatr przypadnie do gustu.

A jaki to teatr? Intuicyjny, afabularny, często podejmujący wątki metateatralne. Reżyser konsekwentnie przełamuje skostniałe ograniczenia, nie stroni od współczesnych rozwiązań, starając się szukać nowego języka. Wszystko o mojej matce imponuje doskonałą pracą światła oraz projekcjami zgrabnie wkomponowanymi w nowoczesną przestrzeń (abstrakcyjna scenografia Doroty Nawrot).W budowaniu unikalnej teatralnej ekspresji pomagała wcześniej Borczuchowi między innymi współpraca z osobami spoza teatru, tak zwanymi wykluczonymi – dziećmi z domu dziecka (Lepiej tam nie idź), autykami (Paradiso), niewidomymi (Faust). W spektaklu z Łaźni Nowej Borczuch postawił na sześć wspaniałych – skądinąd już przez niego „wypróbowanych”– aktorek oraz stałego współpracownika (i przyjaciela, jeśli wierzyć słowom padającym w spektaklu) Krzysztofa Zarzeckiego. Efekt jest znakomity, zwłaszcza że Borczuch z wyczuciem prowadzi aktorki (z czego zresztą słynie też Almodóvar). Już sama ich sceniczna obecność tworzy na scenie specyficzną energię, której z przyjemnością poddaje się widz. Dla autorów spektaklu stają się one z kolei doskonałym instrumentem uruchomiającym pamięć.

Rasiakówna, Budner, Niemczyk, Żak, Biernat i Ojrzyńska – każda z nich ma swój moment. Wyśmienita jest zbiorowa scena grzybobrania. Wspólna wycieczka do lasu to najbardziej intensywne wspomnienie Zarzeckiego z czasu gdy jego matka jeszcze żyła. To co widzimy jest próbą tej sceny. Aktorki w szpilkach chodzą po wysypanej częściowo ciemnym żwirem podłodze, zbierają wyimaginowane grzyby, próbując jednocześnie uzyskać od Zarzeckiego wskazówki dotyczące ich roli. Coś musiało wydarzyć się tym lesie! – rzuca podejrzenia Budner, odgrywając miniparodię Psychozy Hitchcocka. Aktorka oczekuje od znajdującego się na granicy cierpliwości Zarzeckiego psychologicznych motywów postaci którą ma zagrać – czyli jego matki. Nie o to chodzi – próbuje łagodnie wytłumaczyć aktor-reżyser. Jakie to wszystko metafizyczne – westchnie Ewelina Żak. Nie! – zbija ją z tropu Zarzecki. Przestarzały model aktorstwa, który reprezentują kobiety znajdujące się właśnie na scenie, staje się bezradny wobec teatru spod znaku impresji, wyobraźni, ulotnej pamięci – zdaje się mówić reżyser. To żart ze strony Borczucha, kontynuowany z obecną jedynie na projekcjach Martą Ojrzyńską, która wyjechała do Hollywood żeby robić karierę. Najlepiej za pomocą metody aktorskiej Stanisławskiego lub Strasberga, która ciągle jest w Stanach bardzo popularna.

Sam Zarzecki w zderzeniach z partnerkami radzi sobie doskonale. Igra ze swym niejednoznacznym emploi, a jego sceniczne bycie/niebycie, granie/niegranie nabiera w spektaklu Borczucha intrygujących tonacji. Świetne wrażenie robią sceny z aktorem oraz Haliną Rasiakówną. Ich flirt zabarwiony perwersją (Rasiakówna próbować będzie rolę matki Zarzeckiego w „wieku zaawansowanym”) uwodzi. Sceniczną świadomość Rasiakówna ma opanowaną do perfekcji, to ona kradnie uwagę, podczas gdy Dominika Biernat w ortopedycznym kołnierzu gra dziennikarkę zarzucającą banalnymi pytaniami aktora-Zarzeckiego. Aktorka na stałe zatrudniona w Teatrze Polskim we Wrocławiu pali na nowohuckiej scenie papierosa za papierosem, przegląda się w lustrze, przebiera. Niczym wielka diwa miewa zachcianki –  do sceny z trumną zażyczy sobie schodki (po które zresztą posyła Borczucha, bo to Zarzecki „jest” reżyserem w tej scenie).Jej strój i zachowanie przywołują na myśl Humę Marisy Paredes z Wszystko o mojej matce Almodóvara. Smaczków i odwołań do filmografii Hiszpana jest więcej, przede wszystkim w warstwie muzycznej, krzykliwych kostiumach i kolorowym makijażu kobiet. Aktorki momentami uderzają w wysokie tony (komiczna scena z medium), popadając w egzaltację lub nieadekwatną do sytuacji dziwną obojętność. To konwencja znana z Almodovarowskich Kobiet na skraju załamania nerwowego czy Kiki. Esencję kolażu filmów Hiszpana stanowi występ Rasiakówny do utworu Piensa en mi znanego z Wysokich obcasów.

Intymny świat stworzony przez Borczucha występuje niejako na przekór bieżącym polityczno-społecznym tematom, podejmowanym ostatnio w mediach i kulturze. Nie stanowi też analizy zjawiska śmiertelnej choroby. Mimo że spektakl podejmuje temat raka, nie jest przedstawieniem o śmierci czy odchodzeniu. Raczej o rodzaju tęsknoty, jaki rodzi się w nas po utracie bliskiej osoby, której nie udało nam się poznać na tyle dobrze, jak byśmy chcieli. To perspektywa dwóch mężczyzn – artystów związanych z teatrem, którzy zdecydowali się na wspólny projekt. Udało im się stworzyć przedstawienie przejmujące, lecz nie sentymentalne.

Almodovar nakręcił swój film w hołdzie dla swojej matki. Spektakl Borczucha to w pewnym sensie hołd dla teatru jako medium, dla jego trudnej do zgłębienia tajemnicy oraz możliwości, jakie ze sobą niesie. Czy za jego pomocą można opowiedzieć historię, która dotyczy nas osobiście? Gdzie zaciera się granica między tym, co prywatne a tym, co publiczne? Czy da się w ogóle stworzyć spektakl autobiograficzny? Reżyser raczej mnoży pytania niż udziela na nie odpowiedzi, badając na własną rękę granice teatru oraz jego powiązania z rzeczywistością. Doskonale rozumie różnice między fałszem a prawdą, iluzją teatralną a otoczeniem. Bada ich wzajemne oddziaływanie. Nieskrywana teatralność, zaakcentowana już pierwszej scenie z fabryki kosmetyków Miraculum (gdzie pracowała matka Borczucha) poprzez jej repetycję, powraca między innymi w epizodach z garderoby Rasiakówny, scen z prób, zza kulis. Doskonałe zakończenie stanowi oddanie końcowego monologu Zarzeckiego w usta inspicjentki, która czyta go z kartki, bez emocji. To ostateczny gest podważania teatralnej iluzji.

W pewnym momencie reżyser nawet wychodzi na scenę, prosząc Iwonę Budner, żeby zagrała w jego wspomnieniu: powrocie do domu po zwolnieniu z zajęć szkolnych z powodu wybuchu reaktora w Czarnobylu. To dzień za życia jego matki, który zapamiętał najlepiej. Budner w szpilkach na dziesięciocentymetrowych obcasach „gra” siedmioletniego Borczucha. Dostaje od niego wskazówki. Dostaje też czapkę z daszkiem, którą ściąga z głowy reżyser, a którą Budner wkłada na przyozdobione już kwiatami ufryzowane włosy. Borczuch nie będzie namawiał aktorki do naśladowania jego ruchów, głosu czy zachowania. Teatr po prostu pomaga mu przypomnieć ten szczególny dzień, a fizjonomia Iwony Budner, tak inna od fizjonomii siedmioletniego chłopca, jej kolorowy strój i niebotycznie wysokie obcasy, wcale w tym nie przeszkadzają.

Marcin Miętus

Wszystko o mojej matce

Tomasz Śpiewak

reżyseria: Michał Borczuch

scenografia: Dorota Nawrot

muzyka: Bartosz Dziadosz

dramaturgia: Tomasz Śpiewak

reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski

Obsada: – Dominika Biernat – Iwona Budner – Monika Niemczyk – Halina Rasiakówna – Ewelina Żak – Krzysztof Zarzecki – Marta Ojrzyńska

 

Teatr Łaźnia Nowa

data premiery: 22-04-2016

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 + 18 =