Marek Skrzetuski: Algorytm szaleństwa

15 lipca 2012

O spektaklu Podwyżka… Teatru Nieobliczalnego Politechniki Łódzkiej Podwyżka / fot. Maria Jękot

Podwyżka… George’a Pereca jest tekstem wyjątkowym – ni to dramatem, ni to kwestionariuszem. Zamyka akcję w systemie zerojedynkowym, orientując czytelnika na alternatywę. Albo, albo, 50% szans powodzenia i brak innego, realnego wyjścia. Choć pisana na scenę, jest zarazem szalonym wyzwaniem scenicznym, przenoszącym rzeczywistość w okowy algorytmu. Ale czy da się ten algorytm przełożyć na spektakl?

Na to pytanie nie znajdziemy odpowiedzi. Bo choć Podwyżka… w wykonaniu łódzkiego teatru kwestię tę sygnalizuje i nieustannie się do niej odwołuje, to jednak ucieka od sformułowania jakiejkolwiek odpowiedzi. W istocie jest to raczej spektakl oparty na wprowadzonych przez Pereca motywach, niż adaptacja. Trochę szkoda, bo algorytm został przez to doprecyzowany i utracił są uniwersalność.

Nie mamy do czynienia z perecowskim everymanem, ale z sytuacją bardziej skonkretyzowaną. Nasz bezimienny wprawdzie bohater ma żonę, trójkę dzieci i pracuje w przedmiotowej korporacji od 14 roku życia, zarabiając ściśle określoną (po odliczeniu składek, podatków i potrąceń) kwotę. Ta sytuacja wymusza na nim prośbę – nie, żądanie podwyżki od swojego kierownika działu. A jak każdy wie, doprowadzenie do rozmowy w tego typu kwestii jest wyjątkowo skomplikowane.

Jak na politechnikę przystało, istotną rolę w spektaklu spełniają warstwy wizualna, świetlna i audialna. Wyświetlane obrazy wprowadzają głęboko w rozległe korytarze korporacji, po których przemieszczać się bez pomocy GPS-u nie sposób. Rytmiczna muzyka pogłębia wrażenie zamknięcia, a światła dynamicznie potęgują duszną atmosferę. Trzy aktorki niczym anioły stróże (choć w tej sytuacji raczej diabły) przyjmują na siebie role ukierunkowywania naszego nieszczęsnego bohatera. Każda z nich, reprezentując raz bardziej, raz mniej optymistyczne podejście do tematu bawi się nim, popychając, oddając sobie wzajemnie, coraz głębiej zamykając go w okowach systemu. I raz wzmacnia to strach przed kolejną próbą, a raz determinację do czynu. Transformacja głównego bohatera jest zresztą najciekawszym, najbardziej dynamicznym wątkiem spektaklu.

W ten pozornie uporządkowany algorytm, tworzony przez tekst Pereca, poza absurdem i specyficznym humorem wkrada się również (a może przede wszystkim?) szaleństwo. Patrzymy na sceny, w których przestraszony, zmiażdżony bohater zaczyna się miotać, tańczyć, nakręcać… co pomimo próby zbudowania maszynowej atmosfery, wprowadza raczej wrażenie pewnego chaosu. Wszak w sprawnym algorytmie wyjście powinno być jedno: w 50% szansie, że podwyżka jednak zostanie udzielona, wobec 50% zagrożenia, że trzeba będzie zaczynać od nowa. Łodzianie proponują inny sposób przerwania tego koła. Niczym deus ex machina następuje jakiś błąd pętli, zerwanie działania systemu, wyjątek krytyczny.

Ale czy naprawdę jest to jedyne wyjście? I najsłuszniejsze? Motyw algorytmu nawet po tym nas nie opuszcza. Także poza korporacją wszystko zdaje się być zdeterminowane. Bohater próbuje się wreszcie, po raz pierwszy temu przeciwstawić. Niby skutecznie – ale czy rzeczywiście zwycięstwem jest przejęcie nad systemem władzy, dla własnych, czysto egoistycznych potrzeb?

tagi: | Wersja do druku | |

Jeden komentarz do Marek Skrzetuski: Algorytm szaleństwa

  1. […] w wersji elektronicznej dostępny jest tutaj, również na […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × three =