Marek Skrzetuski: Gdzie jest Wyspiański?

4 lipca 2011

O spektaklu Wesele w reż. Katarzyny Raduszyńskiej z PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie, filia we Wrocławiu

Polskie wesele zawsze było wydarzeniem szczególnym. Uroczystością, w której tradycyjne, uświęcone wiekami obrzędy skutecznie przeplatały się ze swoistą rozwiązłością, pogardą dla trzeźwości, ujętym w specyficzne konwencje szaleństwem. Tak było też i przed ponad stu laty, gdy Stanisław Wyspiański pisał swoje Wesele. Sztuka ta posłużyła się obrzędem jako  pretekstem, pewną stricte polską formą, w którą ujęto aktualne polskie problemy. Jednak głównym problemem spektaklu wrocławskich studentów jest to, że forma przerosła treść.

Wesele stanowi idealny materiał do uwspółcześnienia, wciąż inspiruje do nowych odczytań. Nie dziwi więc przyjęta konwencja współczesnego polskiego wesela: sali skąpanej w białych balonikach, stołów suto zastawionych butelkami wódki, weselników w niedopasowanych garniturach, kapeli rytmicznie wystukującej biesiadne przyśpiewki. Konwencja oddana z dużą – przyznać trzeba – wiernością rzeczywistości.

Przedstawienie może się podobać. Jest bardzo plastyczne, aktorzy wylewają z siebie siódme poty biegając, tańcząc, wyprawiając akrobacje, ofiarnie poddając się wymagającym zabawom weselnym. Wszystkiemu towarzyszy grana na żywo muzyka: gitary, perkusja, pianino, śpiew… Warto wspomnieć o ciekawej interpretacji Obławy Jacka Kaczmarskiego, podejmowanej w pewnej chwili przez Poetę. Wodzirej zaś do wspólnej zabawy, śpiewania oraz skandowania stara się zagrzać również publiczność. Ciekawe i zabawne to. Szkoda tylko, że w tym wszystkim poważnie zaciera się wymowa dramatu Wyspiańskiego.

Niestety, pod postacią konwencji zanika kluczowy dla tekstu podział polskiego społeczeństwa. Muzyka niejednokrotnie zagłusza wygłaszane kwestie, myśl widza często nie jest w stanie nadążyć za szybko recytowanym wierszem, skandowanie niektórych kluczowych kwestii obdziera je nie tylko z oryginalnego, ale jakiegokolwiek głębszego sensu. Poza doskonale dogranymi i wybijającymi się scenami z udziałem Poety (w tej roli Wojciech Rusin) oraz genialnie przedstawionej Racheli (Marta Kędziora), gra wydaje się być dość nużąca. Na scenie dzieje się wiele – akcja jednak często nie ma większego związku z wypowiadanymi kwestiami.

Spośród nawiedzających weselników Osób Dramatu jedynie wejście Wernyhory ma wymiar materialny i zauważalny dla widza. Nazbyt po macoszemu potraktowano dialog ze Stańczykiem, pozbawiono go dramatyzmu, zagłuszono tym, co działo się na drugim planie. Chociaż ostatnie sceny trzeciego aktu ratują ogólną ocenę – z bardzo ciekawą interpretacją zagłuszenia weselników w chocholim tańcu – to spektakl cierpi na chroniczny brak celu, wizji przekazania widzowi określonej myśli, konkretnej interpretacji. Sam w sobie jest jakby chocholim tańcem z Wyspiańskiego – nazbyt często jednak Wyspiańskiego pozbawionym.

 

Marek Skrzetuski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

15 + nine =