Martyna Bielińska: Nie drąż!

26 lutego 2013

O filmie Drogówka w reż. Wojciecha Smarzowskiego.

drogówka

„Siedem dni, siedmiu policjantów, siedem grzechów głównych” – tak brzmi slogan reklamowy najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego pod tytułem Drogówka. Reżyser ponownie penetruje naturę ludzką z właściwą sobie przenikliwością. Tym razem pod lupą znalazło się środowisko warszawskich policjantów z wydziału drogowego. W rolach głównych wóda, korupcja, przemoc, seks, zdrada, moralna nędza. Widzowie ponownie mogą zakołysać się w rytm szlagieru „Biały Miś”, a dla odmiany sprawdzić, czy w polskim kinie można zrobić udany paradokument pomieszany z filmem sensacyjnym i kryminałem.

Na pierwszą część filmu składa się relacja o roboczym tytule „z życia policjanta” w Polsce, gdzie zawód ten nie należy do szanowanych. Początkowe ujęcia zrobione zwykłą kamerą i telefonem komórkowym pokazują imprezę służbową, ale w gronie rodzinnym, która odbywa się na komendzie. Wóda leje się gęsto, dym przeszywa wszystko, jest frywolnie. Potem następuje sekwencja z interwencji i zatrzymań, z której można urządzić plebiscyt na najlepszą wymówkę i najzgrabniejszy unik zatrzymanego kierowcy. W przerwach policjanci stacjonują w tak zwanym „chinolu” – podrzędnym barze z chińskim jedzeniem, gdzie wiodą dysputy o długości przyrodzenia przedstawicieli poszczególnych nacji. Siedmiu policjantów (w tym jedna kobieta, grana dobrze przez Julię Kijowską) symbolizuje słabości i główne grzechy ludzkie. Protagonista sierżant Ryszard Król (Bartłomiej Topa) co prawda słynie z tego, że „nie bierze” (łapówek), ale zdradza żonę (pycha). Sierżant Bogdan Petrycki (Arkadiusz Jakubik) to seksoholik (nieczystość), szczęśliwy mąż i ojciec, którego nadrzędnym hasłem jest „stojąca pała nie ma sumienia”, ma także barwny nawyk językowy – nadużywa sformułowania de facto. Sierżant Marek Banaś (Eryk Lubos) to w gorącej wodzie kąpany rasista (gniew). Sierżant Henryk Hawryluk (Robert Wabich) ma lepkie ręce i bywa donosicielem (lenistwo). Sierżant Krzysztof Lisowski (Marcin Dorociński)  pasjami zajmuje się przekrętami i lichwiarstwem (chciwość). Starszy posterunkowy Jerzy Trybus (Jacek Braciak) pije na umór i bije rekordy promilowe na komendzie (nieumiarkowanie w piciu). Posterunkowa Maria Madecka (Julia Kijowska) cudzołoży i pomaga kolegom uniknąć mandatów (zazdrość). Po nocy spędzonej na wyścigach samochodowych i burdelowych uciechach z Wisły wyłowione zostaje ciało sierżanta Lisowskiego. O zabójstwo zostaje oskarżony sierżant Król, któr, pewien swej niewinności, mimo dotkliwego kaca usiłuje oczyścić się z zarzutów, całkiem zręcznie wymykając się obławie.

Za motto filmu mógłby posłużyć morał płynący z zapijaczonych ust starszego mężczyzny do towarzyszki życia i picia, w pewnym podrzędnym lokalu gastronomicznym: „Jebnąłem Ci to jebnąłem, nie drąż!”. Wulgaryzmy wypełniają treść dialogów po brzegi. Czy policjant, czy mąż stanu, biznesmen, czy prostytutka – wszyscy klną na potęgę. Już na tym poziomie zostaje zgrabnie uwypuklony element naszej rzeczywistości. Lecz dużo istotniejszy jest wydźwięk zakazu drążenia. Świat na ekranie, boleśnie przypomina ten za oknem w swoim podszyciu kombinatorstwem i rozsmakowaniu w korupcji. Policjanci biorą, a obywatele dają lub usiłują wręczyć łapówki. To poziom podstawowy układanki. Ale ilekroć któryś z bohaterów włączy telewizor lub radio, ucho dopada komunikat o przekrętach na szczeblach władzy i w każdym obszarze życia. Sierżant Król zaczyna wnikać w rzeczywistość, bo walczy o życie. Od pewnego momentu jednak powoduje nim już nie instynkt samozachowawczy, ale chęć dojścia do prawdy i być może poprawy świata. Niestety Smarzowski nie pozostawia złudzeń, jak kończy się walka z wiatrakami. Wydaje się, że nie będzie nadużyciem posłużenie się przy ocenie i opisie filmu określeniem moralitet. Wojciech Smarzowski rozłożył moralność i naturę ludzką na czynniki pierwsze i każe się na nią gapić przez blisko dwie godziny. Reżyser poprzez swą wnikliwość nie stosuje się do polecenia by nie wnikać. W ciasnych kadrach, często subiektywnych, co widzimy? Zgniliznę – Polaków w swoim żywiole: krętactwa, korupcji, zgrabnego lawirowania pomiędzy dobrem i złem. Z jednej strony mamy przywiązanie do tradycji rodziny, domu, wiary. Z tymże pielgrzymki prawie wszyscy wracają nachlani. Żonaci zdradzają żony, a one ich. By znów posłużyć się dialogiem żony do męża: „Kochanie, stało się coś? Nie. Bo nie śmierdzisz wódą”. Gdzie należy wyrzucać śmieci z budowy? – oczywiście do lasu, na dzikie wysypisko. Ale wciąż teoretycznie mówimy o drogówce. Tylko że zatrzymani i obywatele niezależnie od zajmowanego stołka są tacy sami. A gdy pojawia się potrzeba prawdy, to odpowiednio ukręca się jej łeb.

Warto poruszyć jeszcze kwestie strony formalnej. Na obraz składa się zestaw ujęć profesjonalnych operatora, które został przetkany filmami ze zwykłej kamery (typ rejestracja komunii) oraz z telefonów komórkowych. Już w scenariuszu Smarzowski założył, że każdy policjant będzie wyposażony w telefon, i ostatecznie z materiałów sporządzonych przez aktorów zrobił spory użytek. Ten zabieg odpowiada za wrażenie paradokumentu. Ponadto jest nawiązaniem do rzeczywistości, w której ludzie nieustannie rejestrują zdarzenia. Warszawa również ma poturbowane, zapijaczone i nędzne oblicze, ale prawdziwe. Zdjęcia Piotra Sobocińskiego juniora są surowe, a kadry ciasne, często subiektywne. Panowie wykorzystali także zdjęcia z monitoringu stolicy, które prócz konsekwencji formalnej(kolejny element kolażu ujęć) jednak dla mnie są symbolem spoczywającego nad nami wielkiego oka, które może stać na straży bezpieczeństwa, ale również uświadamia, że ktoś ma nad nami nieustanną kontrolę. Mówiąc o aspektach technicznych, warsztatowych nie sposób pominąć montaż. Paweł Laskowski dokonał tytanicznej pracy na tak różnorodnym materiale. Nadał dobre tempo akcji i w odpowiedni sposób dawkuje napięcie. Z dużym uznaniem należy wspomnieć o aktorstwie. W Drogówce dokonuje się rzecz niebywała, jaką jest gra zespołowa. Przy takim nagromadzeniu znakomitych odtwórców ról na metr taśmy filmowej każda z postaci jest wiarygodna. Prócz głównych grzeszników swą obecność znakomicie zaznaczył Marian Dziędziel, tym razem jako komendant Gołąb.

Smarzowski nie zawiódł. Znów stworzył znakomity film, który w jakimś sensie jest kontynuacją WeselaDomu Złego. Z tym, że ukazany został efekt zaniedbań w dziedzinie moralności czy spustoszenia, jakie poczynił PRL. Diagnoza jest druzgocąca, choć przybrana została w formę komediową. Dialogi są soczyste, kipią od przekleństw, ale nie bawi sama ich obecność. Dowcip bywa grubo ciosany, mimo to na projekcjach sala często wybucha śmiechem. Tylko czy naprawdę wiemy, z czego się śmiejemy? Z ujrzanych na ekranie, dziwnie znajomych, groteskowych postaci?

                                                                                                                    Martyna Bielińska

Scenariusz i Reżyseria: Wojciech Smarzowski

Zdjęcia: Piotr Sobociński jr

Montaż: Paweł Laskowski

Muzyka: Mikołaj Trzaska

Premiera: 1 lutego 2013 r.


tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

fourteen + seven =