Mateusz Kaliński: Bełkot. 17 października 2016

20 października 2016

Często spotykam na swoich zwyczajowych trasach pewnego mężczyznę. Ów człowiek jest osobą starszą, poruszającą się krokiem spokojnym, powolnym, lecz w żadnym wypadku nie niedołężnym. Jest to krok mężczyzny, który choć w wieku zaawansowanym, wciąż roztacza wokół siebie aurę siły witalnej. Jednak tym, co przyciąga mój wzrok i moje myśli ku niemu jest niebywałe podobieństwo, powiedziałbym wręcz bliźniacze, do Lwa Nikołajewicza Tołstoja.

Gdyby tylko chodziło o pewną zbieżność – podobnej długości brodę czy wysokość czoła z rozwianym włosem. Nie, podobieństwo absolutne przebija się we wszystkich niuansach: w posturze, kształcie nosa, wyrazie twarzy, każdej zmarszczce czy głębokim spojrzeniu. Nawet ubiór, choć współczesny, przywodzi na myśl strój dziewiętnastowiecznego rosyjskiego chłopa. Wpisałem w Google „Lew Tołstoj” i przeglądając zachowane wizerunki znalazłem nawet obraz przedstawiający autora Wojny i pokoju w jasnoniebieskiej koszuli. O pomyłce nie może być mowy. Niewątpliwie była to taka sama koszula, jaką miał na sobie dziś sobowtór Tołstoja. Ale czy na pewno sobowtór? Silne jest poczucie, że postać, którą widziałem raptem godzinę temu w autobusie linii 194, nikim innym być nie mogła jak Lwem Tołstojem we własnej osobie.

Nigdy nie nazwałbym siebie wyznawcą prozy akurat tego Rosjanina. Nie oznacza to wcale, że nie doceniam. Wręcz przeciwnie – doceniam i zachwycam się czasem sztubacko. Jednak dla mnie to zawsze Dostojewski górował, to jego utożsamiałem z całą literaturą rosyjską. A tu mnie Tołstoj prześladuje.

Przeglądam kolejne fotografie i znajduję nawet tę, o której pisał Jerzy Pilch w Sobowtórze zięcia Tołstoja. Lecz tam chodziło jedynie o podobieństwo do zięcia i w wymiarze literackim, zaś ja tu stoję przed faktem dokonanym w przestrzeni rzeczywistej. Jestem nawet przekonany, że gdybym tylko odważył się podejść do Mistrza, odezwałby się on pięknym dziewiętnastowiecznym rosyjskim. Dlaczego więc nie podszedłem i wiem, że nigdy nie podejdę?

Oprócz tego, że stres perspektywy spotkania się twarzą w twarz z globalnością nie tylko w przestrzeni, ale i globalnością w czasie pozbawia czucia w nogach, to co, jeśli się mylę? Może to wcale nie Tołstoj we własnej osobie? Przywołuję obraz pana z autobusu i jest on jakiś taki… Nie chodzi o to, że w istocie, w drugim spojrzeniu traci swoje podobieństwo do Lwa Nikołajewicza. Właśnie nie traci, zyskuje jeszcze. Podobny jak najbardziej. Podobny aż do przesady. Jakoś mężczyzna jest zbyt tołstojowski. Jakby właśnie bycie Tołstojem podniósł do rangi mistrzowskiej, albo wręcz samego Mistrza dawno przerósł.

Jednak ustalenie tego, czy mamy do czynienia z Tołstojem we własnej osobie, wymaga szerszego spojrzenia. Co Rosjanin miałby robić w Warszawie? Nawet nie w okolicach centrum, lecz na ustroniu, pięć minut pieszo od granic miasta. Niezwłocznie spieszę z odpowiedzą: ucieczka autora Anny Kareniny z domu w Jasnej Polanie. Dość zagadkowe wydarzenie – osiemdziesięciodwuletni starzec nagle postanowił dać drapaka, co dowodzi, że powód musiał mieć co najmniej dobry. Czy mógł uciec do Polski? A czemu nie? Owszem, gazety rozniosły błyskawicznie wieść o ucieczce, Mistrza poszukiwała nie tylko rodzina, ale i postronne osoby, jednak czym dla takiej postaci miałoby być zmylenie kilku brukowców?

Więc to, że Tołstoj mógł trafić do nas, można uznać za całkiem prawdopodobne. Tylko czemu miałby się ukrywać? To dopiero zagadka, którą trudno jednoznacznie rozwiązać. Cóż on robi na peryferiach Warszawy? Bada współczesną moralność? Będzie opisywał? A kto dziś w powieść realistyczną się bawi?

Ciekawi mnie jak patrzył na świat przez te wszystkie lata. Gazet ponoć nie cierpiał, ale czytał. Jak więc widział obie wojny światowe? Polskę? Rosję? Polsko-rosyjskie, delikatnie wymuszone, przymierze powojenne? A widok z jego perspektywy musi być naprawdę ciekawy. Ze wszelkich miar trans-: transprzestrzenny, transczasowy, transludzki.

Jest taki film, którego ani tytułu, ani fabuły nie pamiętam. Trudno mi też ustalić kiedy go oglądałem. Musiało to być dość dawno temu, może byłem w wieku dziecięcym. Jestem prawie pewny, że obraz był produkcji rosyjskiej i prawdopodobnie opowiadał o porzuceniu przez Tołstoja Jasnej Polany. Trudno moją znajomość filmu uznać za wystarczającą do stawiania jakichkolwiek tez czy snucia domysłów, jednak seans wywołał w najprawdopodobniej dziecięcym umyśle wrażenie, które miało fundamentalny wpływ na postrzeganie przeze mnie Lwa Nikołajewicza. Nie kojarzył mi się on z wybitnością rozumianą literacko. Bliżej było mu do postaci archetypicznej, starzyka włóczącego się po wsiach, kogoś, kogo można by nazwać wędrującym mędrcem. Na taką wizję miały zapewne wpływ długa, siwa broda oraz prosty strój. Starość połączona z pokorą. Myślę, że właściwie nic w tym dziwnego, że świadomie lub podświadomie zaliczyłem Tołstoja w poczet wiecznie żywych.

Mateusz Kaliński

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

four × four =