Mateusz Kaliński: Bełkot. 21 lutego 2017 r.

1 marca 2017
Bełkot/Mateusz Kaliński

Bełkot/Mateusz Kaliński

Pierwszy raz do Eufemii przyszedłem z okazji zlokalizowania tam bazy melanżowej dla uczestników międzynarodowego festiwalu ItSelf. Jeśli teraz – po prawie roku obecności w Teatrakcjach – moje zrozumienie współczesnego teatru nazwałbym, delikatnie mówiąc, niezadowalającym, to wtedy byłem głąbem totalnym. Dlatego też zaangażowany we współtworzenie bloga festiwalowego, mogłem pisać jedynie o bankietach i wieczornych spotkaniach właśnie w Eufemii.

Nie pamiętam, kiedy miałem okazję być tam następny raz, jednak od niepewnego w czasie powrotu przychodzę regularnie we wszystkich możliwych porach. Nie biorąc pod uwagę oczywistych możliwości wieczornych przechodzących płynnie w możliwości nocne, Eufemię nawiedzam głównie przed południem, kiedy mam okienko między zajęciami i nie bardzo mam co ze sobą zrobić. Czas, który jest wyrwany z kontekstu, ponieważ skupia się na oczekiwaniu, wypełniam zestawami kawa-papieros, herbata-papieros, kieliszek wina-papieros i jakoś leci, szczególnie, że zwykle towarzyszą mi A. i J. Zatrzymam się jednak na chwilę przy winie. Bez dwóch zdań jest to jedno z najpaskudniejszych, jakie w życiu piłem, a mimo to nie umiałbym nie zamówić kolejnej lampki, cholera, karafki. Oczywistym właściwie wydaje się, że nigdy tu o karafki nie chodziło.

Z Eufemii mam sporo dobrych wspomnień, kilka – delikatnie mówiąc – nie najlepszych: miałem tu swoje pierwsze randki, nie wiedzieć czemu miałem tu też swoje ostatnie; upijałem się radośnie, upijałem się też smutno; czasem działo się za dużo, czasem boleśnie się nudziłem, a jednak trudno mi zrezygnować z przesiadywania w tej piwnicy. Czuję się z tym miejscem dosyć silnie związany, czuję się tak właściwie od początku. Nie chcę tropić powodu, dla których tak szybko zżyłem się z Eufemią. Myślę, że wystarczy powiedzieć, że jest mi tam po prostu dobrze.

Można pomyśleć, że ktoś mi zapłacił za reklamę, ale cóż, niestety tak nie jest. Rozpływam się we wspomnieniach, ponieważ Eufemii niedługo nie będzie. Gdzieś w okolicach maja albo czerwca mają zamknąć ją na amen. Przyznaję, że informacja o tym wzbudziła spory smutek w moim sercu, uczucie porównywalne do wiadomości o śmierci lubianego pisarza oraz gonitwę myśli dotyczącą zmian w wieczornych wycieczkach. Barów w Warszawie nie brakuje, zamknięcie Eufemii nie sprawi, że grupka osób pogrąży się w ciężkiej depresji i przestanie wychodzić z domów, ale czuję, że zostanie jakaś pustka.

Faktem jest, że w ostatnim czasie z uporem godnym lepszej sprawy zamykane zostają kolejne miejsca. Dziś Pardon To Tu było czynne ostatni raz, chwilę temu zrównali z ziemią Emilkę, niedługo w diabły pójdzie Eufemia. To, że lokale, miejsca znikają, nie jest niczym szczególnie odkrywczym. Ale kurczę, szkoda strasznie.

Kilka godzin temu przechodziłem obok ruin zakładów w Ursusie. Hale, które nadal robią wrażenie (co prawda coraz bardziej ponure), powoli rozpadają się ze starości lub przy pomocy buldożerów. Pamiętam, jak jeszcze kilka miesięcy temu biegałem tam z aparatem i bawiłem się w fotografa. Przynajmniej udało mi się utrwalić jakąś cząstkę, nawet jeśli konkretnie jest nią kupa cegieł. Co ciekawe, teraz zamieszkały tam lisy. Czasem spotykam jednego z nich błąkającego się nocą po ulicach.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 × four =