Mateusz Kaliński: Bełkot. 25 lutego 2017 r.

12 marca 2017

Bełkot/Mateusz Kaliński

Obudziłem się o świcie – słońce wyrwało mnie ze snu (grube zasłony przepadły) i ni to westchnąłem, ni to stęknąłem: jak ja bardzo chciałbym być debiutantką! Czyli mogiła. Wpadam w żart, żartuję przed sobą i nic to innego jak mogiła. Od razu opanował mnie niepokój, serce zamarło i wpadłem tym w jeszcze większy żart, ponieważ już widziałem siebie we fraku pozującego „na ściance”, z pewnie trzymanym kieliszkiem wyśnionego szampana, podziwiałem w wyobraźni łabędziowatość pannic, triumfowałem obdarzony łaskawym spojrzeniem i delikatnym uśmiechem – bez dwóch zdań wpadłem w wyimaginowany bal jak śliwka w kompot. I to właśnie jest mogiłą ciemną i głuchą, mogiłą dosłowną. Posadziłem na niej fantazyjne kwiaty, kolorowe i plastikowe roślinki, które utrzymują wiosnę przez całą wieczność, i otoczyłem moją ciemną i głuchą mogiłę tłumem aniołków troskliwie pilnujących spokojnego rozkładu.

Nie będąc wcale wytrwanym cukiernikiem zabrałem się za pieczenie ciasta i – jakżeby inaczej – wyszedł zakalec. Nie mogłem jednak tego tak zostawić i oblałem całe ciasto grubą warstwą lukru, oprószyłem cukrem pudrem i obrzuciłem kilkoma różnymi posypkami. Dorzuciłem jeszcze świeczki oraz zimne ognie i tak oto podaję mój tort. Smacznego! I – co niezmiernie ciekawe – już czuję się jak debiutantka! Znaczy działa perfekcyjnie! Oblekam się w białą suknię, skóra samoistnie się wygładza, szyja zaś wydłuża i – proszę, jestem łabędziem! Ach, popadam w złośliwość, a prawda jest taka (długo zwlekałem by się przyznać), że przebrałbym się nawet za kolorowego ptaka by dostać się na bal. Nawet za ptaka z Ulicy Sezamkowej, jeśli miałoby to pomóc. Tymczasem chyba musi mi wystarczyć moje ciasto z zakalcem i kawa w papierowym kubku. Całe szczęście, że mogę wtórować Jarmuschowskim bohaterom i udawać, że kawa jest szampanem; a co mi tam, mogę obsypać się brokatem i celebrować (kogo? co? ha! co tylko się da!).

Popadam w złośliwość, a w rzeczywistości padam na kolana przed balem debiutantek. Ale, ale, żadna to hańba! Wszak od dawna wiadomo, że w rzeczywistości padamy na kolana przed swoimi antagonistami – więcej, padamy na kolana nawet przed swoimi największymi wrogami! Na pocieszenie dodam, że oni także klęczą przed nami. Cała Polska pada na kolana przed sobą nawzajem. Powstaliśmy z kolan? Nie jestem do końca pewien, wobec kogo powstaliśmy, ale nie ma co się oszukiwać, powstaliśmy, aby potem znowu paść. Im głośniej krzyczymy, tym bardziej bolą nas rzepki. Padamy przed historią jako wartością, ale także jako absurdem. Czy oddajemy jej cześć, czy strzelamy z zabawkowej armaty, robimy to z niemal religijnym uniesieniem. Wkręca mi się uparcie w głowę przykład ******, wkręca i nie chce odejść, więc niech będą i oni. Czy uznajemy ich za bohaterów, czy za bandytów, to i tak przed nimi klęczymy. I chyba oni mają tę przewagę, że z dniem, w którym przestali być ż*****, a stali się Ż***** (przestali być ludźmi na rzecz bycia ideą), nie są zobowiązani do niczego. Oczywiście nie klęczą (wyklęczeli swoje i mają wolne?), bo czy idea może paść na kolana? Tak samo z Mickiewiczami, Kopernikami, Chopinami, noblistami, bohaterami, królami (i innymi naszymi „dobrami narodowymi”). Oni nie muszą już nic (a może nie mogą?), my za to możemy, możemy dużo i wybieramy klęczki. Zabawne, prawda?

(Wygwiazdkowałem ******* nie z powodu panującej cenzury, ponieważ takowej nie ma, lecz z powodu o wiele bardziej – mam nadzieję – wyrafinowanego. Myślę, że prawie każdy domyśla się, kogo za gwiazdkami ukryłem, kto w rolę partyzanta tu wpada, ale jednak zostawiam odrobinę tajemniczości. Po co ją od razu rozwiewać? Liczę także na to, że, mimo prostoty zagadki, czytelnik pokusi się o wstawienie swojego typu, o którym być może nawet nie pomyślałem. Antagonizmów – zdrajców i bohaterów jednoczesnych – nam nie brakuje. Proszę więc o wstawienie swoich ulubieńców i, drodzy państwo, na kolana! Chyba, że nie chcecie klękać. Na to też jest rada, dosyć prosta nawet. Jednak żeby nie było za łatwo, o postawie wyprostowanej ani słowa. Jak to mówi piękna fraza, „wiem, ale nie powiem”.)

Żart poranny napawa mnie grozą, ponieważ sam przed sobą obnażyłem swoją słabość, w którą gotów jestem z rozpędu uderzyć, byle tylko nie wpadać do mogiły. Czyż nie uznaję w ten sposób wartości rozkładu? Rozumowanie trochę jak z samobójstwem u Schopenhauera – nie można się zabić, jeśli jest się przeciwko życiu, ponieważ wtedy potwierdza się jego wartość. Absurdem odpędzam od siebie grozę i tym padam przed nią na kolana? I padam też przed absurdem. Zapętlam i zapętlam (i mógłbym tak w nieskończoność), a mam wrażenie, że zaczyna umykać kwestia najistotniejsza: jak dostać się na bal debiutantek? Gotów jestem do poświęceń: mogę się przebrać za każdą postać z Ulicy Sezamkowej, mogę udawać, że książę jest prawdziwym księciem, że debiutantka faktycznie debiutuje, że Jerzy Gruza jest poważanym reżyserem – mogę paść razem z nimi (i przed nimi) na kolana, byle tylko wziąć udział w nabożnym absurdzie i odsunąć od siebie grozę mogiły. Na marginesie: czym różni się groza żartu od grozy mogiły?

Mateusz Kaliński

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one + 16 =