Mateusz Kaliński: Bełkot. 28 listopada 2016

2 grudnia 2016

Łatwo jest zrecenzować czy w choćby w kilku słowach omówić film dobry lub przeciętny. O słabym obrazie także nietrudno sklecić kilka zdań. Jednak co począć, kiedy przyjdzie zmierzyć się z najgorszym filmem świata? I wcale nie popadam w egzaltację mówiąc „najgorszy”. Jest to słowo – posiłkując się terminologią bokserską – wagi ciężkiej. A „dzieło”, o którym mowa, także do cherlaków nie należy. Nie ma odrobiny przesady w nazywaniu The Room Tommy’ego Wiseau najgorszym filmem świata.

Gdybym powiedział, że coś w tym filmie nie wyszło, to byłoby to jedno z największych niedopowiedzeń na jakie mnie stać. Zadziało się – oj zadziało – coś bardzo złego. Leży dosłownie wszystko. Czy reżyseria, czy scenariusz, czy gra aktorska, czy montaż, czy każdy inny możliwy aspekt – położone po całości. Przy czym wszelkie przesłanki wskazują na to, że The Room wcale żartem nie jest, jak widz mógłby się spodziewać. Legendy głoszą, że Tommy Wiseau szykował nawet swój film do Oscarów, co mimo wszystko wydaje się imponujące. Czy aż tak pewny był wartości obrazu? Kim on w ogóle jest? Nie wiadomo skąd pochodzi (akcent sugeruje europejskie korzenie, pewne podania nawet polskie), czym oprócz kinematografii w życiu się zajmuje, skąd wziął kilka milionów na produkcję filmu – same pogłoski. Artysta wręcz do przesady strzeże swojej prywatności. A jednak – w sposób niemal donkiszotowski – dokonał czegoś wielkiego. Kręcąc film wyjątkowo beznadziejny, stworzył dzieło niezwykle kultowe.

 Okazję do zapoznania się z The Room miałem kilka dni temu, kiedy z N. udałem się na pokaz do Klubu Komediowego. Co trochę mnie zaskoczyło, sala wypełniona była po brzegi, z trudem udało się znaleźć miejsca, z trudem dopchaliśmy się do baru, z nie mniejszym trudem udało nam się powrócić na zajęte wcześniej składane krzesełka. Na każdym z nich leżało po kilka plastikowych łyżeczek, których znaczenie, dla nas, pierwszy raz oglądających The Room, miało wyjaśnić się chwilę później. Zanim jednak przeszliśmy do pokazu właściwego, wysłuchaliśmy prelekcji w formie quizu z nagrodami. Pytania rzecz jasna dotyczyły Tommy’ego Wiseau i dzieła jego życia. Odpowiedzi, choć opierały się na niepotwierdzonych nigdy przez samego zainteresowanego pogłoskach, dostarczyły kilku informacji, które rzuciły trochę światła na powstanie The Room. Nie tylko widz czuje się zdezorientowany, kiedy ogląda film – tak samo musiała się czuć część obsady, ponieważ nie tylko nie znali całości scenariusza, lecz także ogólnego zarysu filmu. Wymienieni w napisach początkowych producenci w rzeczywistości z filmem nie mieli nic wspólnego. Zdaje się nawet, że zmarli długo przed rozpoczęciem prac nad filmem. Oznacza to, że Wiseau prawdopodobnie sam musiał finansować powstawanie dzieła, co kosztowało go około 6 milionów dolarów. Oczywiście pochodzenie pieniędzy jest niejasne.

Łyżeczkami znalezionymi na krzesełkach mieliśmy rzucać w ekran, kiedy w kadrze pojawi się zdjęcie łyżki, które, nie wiedzieć czemu, było ważnym elementem dekoracji. Widzowie jednak postanowili sztućców nie żałować i w efekcie przez cały seans plastik z cichymi stuknięciami odbijał się od twarzy aktorów.

Kilka wersów wyżej użyłem słów „nie wiedzieć czemu” i myślę, że są one najlepszą syntezą obrazu Wiseau. Nie wiedzieć czemu. Tutaj nikt nic nie wie. Wydawałoby się, że autor (reżyser, scenarzysta, producent, odtwórca głównej roli) jednak ma czegoś świadomość, lecz wydaje się to zbyt ryzykownym założeniem. Jakim sposobem The Room zdobył taką popularność? Myślę, że ma to związek z urokiem nieporadności, który zaserwował nam reżyser. Na podstawie filmu powstała gra komputerowa (która przy okazji stara się wyjaśnić niezrozumiałe wątki), książka czy nawet adaptacja sceniczna. Miłośnicy dzieła są w stanie z pamięci przywołać niemal cały scenariusz (właściwie to każdy, kto raz oglądał, byłby to w stanie zrobić – jak kiepsko nie byłby by film napisany, to jednak frazy wpadają w ucho). Choć film jest wyjątkowo zły, urok niewątpliwie posiada, a Wiseau jawi się jako współczesny, kinematograficzny Don Kichot, który akurat nie rozbija się o wiatraki przemysłu filmowego, lecz raczej o swój talent.

Mateusz Kaliński

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty − 2 =