Mateusz Kaliński: Bełkot. 31 stycznia 2017

9 lutego 2017
wiewiórka/rys. Alicja Szewczyk

wiewiórka/rys. Alicja Szewczyk

Nie tak dawno temu napisałem o prześladującym mnie sobowtórze Tołstoja. Chwilę później natknąłem się w BUW-ie na ożywionego Czesława Niemena. Nie przywiązałem już do tego żadnej wagi, choć teraz wydaje mi się, że jednak powinienem. Bo po Czesławie pojawił się Lech Wałęsa na Dworcu Centralnym, po Lechu zaś osiedlowy Marlon Brando (z czasów Tramwaju zwanego pożądaniem), a po Marlonie katastrofa. Powinienem był interpretować wszelkie znaki, ponieważ każdy z nich – nasycony fatalizmem – zapowiadał nadejście kolejnego sobowtóra.

Pierwsze wzmianki pochodzą co prawda z okresu licealnego, sprzed sześciu czy siedmiu lat, ale żadna z nich nie zawracała mojej uwagi – ktoś gdzieś widział kogoś podobnego do mnie. Podobieństwo, ledwie iluzja powiązań, wydawało się nic nie znaczyć. No bo co miało znaczyć? Kolejne pogłoski, tym razem poważniejsze, znam z relacji A. i J. Ktoś, już nie tyle co do mnie podobny, co mi bliźniaczy, wsiadł zadowolony do pociągu w Pruszkowie. Już szły się przywitać, już szły śmieszkować, a ja jednak jakiś obcy, jednak jakby nie-ja. Nie-ja? Nie-on? Nie, na pewno on. A może nie? Spotykały zagadkowego nie-mnie jakiś czas i nagłe pojawienie się mojego sobowtóra spowszedniało, w końcu przycichło. Aż zostałem odnaleziony na Tinderze. Konto swego czasu posiadałem, jednak nie przedstawiałem się jako Kamil. Ani jako Michał, bo kolejne konto zostało zdemaskowane. Kilka dni później znajomy wysłał mi zdjęcie modela-amatora i oczywiście na nim nie kto inny jak ja. Miałem okazję przyjrzeć się pierwszy raz swojemu nowemu prześladowcy i faktycznie, nie ma mowy o pomyłce, nie-ja dokładnie jak ja.

Jeśli chodzi o Tołstoja, to łatwo mi zaakceptować pojawienie się jego namacalnej, żywej wersji. Nawet łatwo mi zaakceptować pojawienie się Tołstoja we własnej osobie, ale jak teraz zaakceptować pojawienie się bezbłędnej kopii siebie samego? Mam iść dalej i przyznać mu swoją osobowość? Mimo wszystko ciekawi mnie, jakie życie prowadzi mój sobowtór. Kogo poderwał na Tinderze? Więcej miał par ode mnie? Ile z tego randek wyszło? Co potem z tym randkami? Widział go ktoś, jak przemierzał ulice z jakąś panną pod rękę? Wyobrażam sobie moment rzeczywistego spotkania, najlepiej zaplanowanego, przygotowanego. W pociągu czy w BUW-ie nawet nie wchodzi w rachubę. Doniosłość poznania nie-mnie wymaga, by okoliczności były, jeśli nie doniosłe, to co najmniej sprzyjające. Niech to będzie kawiarnia z salą dla palących. Palisz? – pytam sobowtóra. – Oczywiście, że palisz. Nie? To przynajmniej ja zapalę. Niech kawę nam poda nie kto inny, jak sobowtór Foucaulta, a czemu by nie? Patrz, panie, jakie spotkanie z Innym. Jest nie-ja? No jest! I co teraz? Czym się, nie-ja, zajmujesz, kim w ogóle jesteś?

Programuję jego odpowiedzi i oto czego się dowiaduję (oprócz tego, że niepalący): studia skończone z wyróżnieniem, dobra praca w błyszczącym wieżowcu, szczęśliwy w związku (pokazuje mi zdjęcie na telefonie – ładna, ładna, nie w moim typie), zamierzam się oświadczyć, przyszli teściowie pokochali, regularna siłownia, czasem trzeba się rozruszać, wolę psy, a tam, nudy, nudy, chciałbym, ale sam wiesz, przerwa mi się kończy, potem projekt ogarnąć, dużo roboty, zresztą, czasem tylko piwo (góra dwa!), nie mam czasu, ale jakby co, to jesteśmy w kontakcie, no oczywiście, ty też! Wychodzi na to, że szybko kończą nam się tematy do rozmowy, podobieństwo właściwie przestaje być aż tak uderzające. Owszem, ciągle coś jest, ale, ale włosy trochę krótsze, zamiast brody lekki zarost, ogólnie wydaje się pełniejszy (nie to że gruby, widać siłownia służy, powinienem rozważyć). Wodzimy wzrokiem po kawiarni, współklienci pogrążeni w rozmowach. Ładna brunetka (dostrzegam jej nienaturalnie powiększone źrenice – czuję, że mógłbym wpatrywać się w nie godzinami) po drugiej stronie sali uśmiecha się uroczo do siedzącego do mnie tyłem chłopca, dwie kobiety około trzydziestki siedzą głowa w głowę przysunięte, szepczą nieustannie, wybuchając od czasu do czasu zduszonym śmiechem, starszy mężczyzna udaje, że czyta gazetę, często spogląda na zegarek. Spojrzenia moje i nie-moje rzadko, bo rzadko (celowo prowadzone osobno, w tym jednym jesteśmy zgodni) się przecinają, a jeśli już, to uśmiechamy się nieśmiało i znów uciekamy. Myślę, że zaraz będzie pora wracać, ale to zaraz. Jeszcze przez chwilę poudajemy zażyłość, nawet jeśli po wyjściu, pożegnaniu, zapewnieniach ponownego spotkania obaj odetchniemy z ulgą (ponowna zgodność, może aż tak bardzo się nie różnimy?).

Tak sobie wyobrażam nasze spotkanie. Palę na balkonie i obserwuję podwórko. Na nagich gałęziach kiwają się leniwie sroki. Na dole, na śniegu swoje ślady zostawia wiewiórka. Dosyć często ją widzę, gdzieś w pobliżu musiała się zadomowić. Zawsze, kiedy na nią patrzę zastanawiam się, skąd ona się wzięła, tak daleko od jej naturalnego środowiska. I co ją podkusiło, aby podjąć wędrówkę? No i czemu wybrała akurat to podwórko?

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nineteen + fifteen =