Mateusz Kaliński: Bełkot. 4 października 2016

6 października 2016

Na początku było słowo i słowo, nie inaczej, było po polsku. Bo to prawda najprawdziwsza, że język polski pierwszy powstał i z inicjatywy nikogo innego jak Boga Najwyższego. Wszak po polsku do Adama w raju mówił i z tego wniosek nietrudny wysnuć, że pierwszy człowiek Polakiem być musiał. A że stworzonym na obraz i podobieństwo, wiadomym jest jakiej narodowości był Stwórca. Zaś inne języki oczywiście z polskiego się wywodzą. Nie byłoby Greki, więc i Sokratesa czy Homera by nie było. Tak jak lingua latina, starożytna i współczesna, bez polskiego to co najwyżej mową prowincjonalną być by mogła i to tylko przy ogromnej ilości szczęścia. Logicznym więc wydaje się, że państwem (dodam, że jedynym), które powinno pełnić rolę przewodnią w dziejach współczesnych całego świata oczywiście jest Polska. No bo jak Amerykanie, Niemce czy Rosjanie mają rządzić czymkolwiek, kiedy władza nam, Słowianom, z ręki boskiej dana?

Spyta ktoś, skąd takie rewelacje wyciągam, a ja mu pokażę uczoną rozprawę księdza Wojciecha Dembołeckiego z 1633 roku. I jasno tam autor ukazuje pochodzenie nasze oraz naszego języka. I jeśli to kogoś nie przekona do tego, że Polska jest prawdziwą ziemią obiecaną, że rola jej w dziejach świata jest niepodważanie wiodąca, to ja go głupim i zmanipulowanym bez skrępowania nazwę oraz z grona rodaków wykluczę.

Wywód jedynowładnego państwa świata Dembołęckiego swoją fantazją wybija się na tle dokonań literackich nie tylko wieku XVII, lecz także wieków wcześniejszych i późniejszych. Utworem dorównującym mu wirtuozerii wyobraźni jest pochodząca rzekomo z X wieku Kronika Prokosza udowodniająca wspaniały rodowód starożytnych Polaków. Dziełko rzecz jasna jest fałszerstwem Przybysława Dyjamentowskiego, pochodzącym z XVIII wieku. Nie dziwi mnie specjalnie to, że takie utwory wtedy powstawały, lecz to, że nawet współcześnie możemy znaleźć osoby święcie przekonane o ich prawdziwości. Właściwie to wręcz wyznawców, którzy na obalanie mitów reagują oskarżeniami o narodowość żydowską czy przynależność do masonerii.

Nie jest moim celem jednak obśmiewanie wierzących w poczet królów lechickich czy rajskie pochodzenie Polaków. Interesuje mnie jedynie przyczyna tak mocnej wiary w tak niedorzeczne tezy. Czy to skrajny przejaw kompleksów narodowych? Chorobliwej zazdrości o starożytne rodowody niektórych państw? Ambicji ponad możliwości? No dobrze, ale od razu Polaków do raju? Do spuszczania łomotu Aleksandrowi Wielkiemu? Bo i takie kwiatki znajdziemy w Kronice Prokosza. Podrzędność zamienić na nadrzędność i to z zapasem, aby nikt nie myślał przeskoczyć? Jest to trochę zabawne, ale i przerażające jednocześnie. Bo budowanie fantasmagorycznej historii narodu kompleksów nie wyleczy, lecz wpędzi w jeszcze większe. Z grajdoła w grajdół. Lecz po co ograniczać metafory, wpędzi nas nawet w dziurę czarną, kopalnię niewyczerpaną kompleksów i paranoi. A to nic innego jak cios miłosierdzia dla dogorywającej tożsamości narodowej.

Tożsamość narodowa wbrew pozorom dogorywa, ponieważ, mimo że coraz większa rośnie duma z bycia Polakiem i naprawdę to wspaniałe, duma ta często urasta w skrajności. A to jak taniec przedśmiertny. Teraz mam na myśli trochę „swobodniejsze”, ale wciąż dość radykalne traktowanie historii i narodu. Kompleksy mniejsze – niewiele, ale mniejsze, czyli wszelkie działania tak zwanej młodzieży patriotycznej. A kogo nazywam „młodzieżą patriotyczną”? Termin ten jest dla mnie dosyć pejoratywny i nie ma wiele wspólnego z patriotyzmem. Czy bluzy, saszetki, dresy, czapeczki, koszulki, łańcuszki, zeszyty w kratkę i linię, kije baseballowe oraz inne dostępne przedmioty codziennego użytku, bogato zdobione symbolami Powstania Warszawskiego czy Żołnierzy Wyklętych, służyć mogą wyrażaniu miłości do ojczyzny? I czemu ta „miłość” wrogim i agresywnym tonem wybrzmiewa? Ostentacyjne demonstrowanie swojego przywiązania do kraju w mojej opinii jest dosyć naiwne i sztubackie. I wynikające z poczucia niższości. Może trochę to makabryczne, lecz od kilku lat przed każdym marszem organizowanym przez pewne głośne organizacje z okazji pewnego niemal całkowicie zdewaluowanego święta narodowego, nawiedza mnie wizja. Wizja ta dotyczy maszerującej przez most Poniatowskiego grupy hałaśliwej młodzieży patriotycznej wykrzykującej hasła i trzymającej transparenty wysyłające niektórych do gazu, a innych wieszające na drzewach zamiast liści, czyli ogólnie wskazujące wrogów ojczyzny. Maszerują tak licznie i głośno, aż w pewnym momencie most nie wytrzymuje ciężaru. Konstrukcja zapada się i wszyscy, jak jeden mąż, wpadają do Wisły i odpływają ze swoimi transparentami daleko, daleko, aż do Bałtyku.

Mateusz Kaliński

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 × 4 =