Mateusz Kaliński: Bełkot. 7 października

13 października 2016

Mięśnie dłoni są napięte, skore do drgnięć, zalewa je ciepło. Kolor skóry prawie normalny – jedynie delikatne zaczerwienie w obrębie knykci. Wystawienie dłoni prawej na działanie deszczu, wiatru lub chłodu zmienia barwę kostek na fioletową; dłoń lewa pozostaje bez widocznych zmian.

Na ekranie lub tablicy interaktywnej (wszystko jedno w gruncie rzeczy), prowadząca pokazuje memogeniczność Mony Lisy. Palimpsest, czyli nadpisanie. La Gioconda jako Fiona ze Shreka, jako kostucha, jako prężąca się modelka. Mona Lisa kubistyczna. Mona Lisa kwantowa. Mona Lisa udręczona.

Blondynka dwie ławki przede mną, urody niezwykle kuszącej przez delikatność rysów, wzbudza szybszy przepływ krwi. Kojarzę ją z innych zajęć, ale nie pamiętam jej imienia. Szansa, by je poznać najpewniej nastąpi, ale dopiero co zmarnowałem szansę idealną, by nie tylko imienia się wywiedzieć, ale i zagaić rozmowę. Rozpisywać się nie będę na ten temat, ponieważ wstyd jedynie rozpala i wzbudzana suchość w gardle. Ale i zaraz pojawia się myśl: czy warto? Czy rzeczywiście szansa utracona? Może blondynka siedząca dwa rzędy przede mną nie tylko do szczęścia, ale i do niczego w ogóle nie jest mi potrzebna? Jak smutne by to nie było, prawdziwym problem nie jest znalezienie osoby na tyle uprzejmej, by chciała pójść do łóżka, lecz takiej, która by chciała dzielić samotność. Ale w tym momencie i wszystkich innych właściwie, przypisuję Eterycznej Blondynce każdy możliwy wspaniały przymiot. Ochoczo obdarzam ją każdą ze cnót. Widzę w niej głębokie pokłady dobroci i mądrości. Dostrzegam jej wrażliwość i zdolność znoszenia samotności. Podziwiam biegłość w sztuce i kamasutrze. Wierzę w każde jej niewypowiedziane słowo i ufam jeszcze nieistniejącym uśmiechom. Aż opadam na ławkę w zachwycie, półsennych marzeniach, Monie Lisie, banale i katordze dnia poprzedniego.

Wczoraj udałem się do Muranowa na Zagubionych Zelenki. Potem na jedno, jedno tylko piwo w Pardon To Tu. Tam Jenga, potem Dixit. O drugiej nas wyprosili, no to dalej, do Zagłębia Zakątkowego. W okolicy Nowego Światu mocno podpity mężczyzna, prawdopodobnie turysta z Portugalii lub Hiszpanii, próbował się z nami zaprzyjaźnić. Około czwartej uznaliśmy, że pora wracać. Dotaczaliśmy się na przystanek autobusowy od palmy na rondzie de Gaulle’a do centrum głośno śpiewając. Lubię śpiewać, często śpiewam, mimo że nie powinienem. A najgłośniej po alkoholu. Jacyś ludzie poprosili nas byśmy zaśpiewali coś Queenu.

W N35 moją zmęczoną głowę, nie wiedzieć czemu, dręczyła myśl o doświadczeniu pokoleniowym. Obok mnie dwóch Ukraińców i jedna Ukrainka prowadzili raczej kiepską grę erotyczną. A raczej jedynie pan i pani prowadzili, ponieważ ich kolega nie dostał zaproszenia. Kręcił się po autobusie, przesiadał z miejsca na miejsce, poruszał nerwowo nogą i równie nerwowo bawił się zapalniczką.

Doświadczenie – pijaństwo? Powroty nocnymi? Brak doświadczenia naszym doświadczeniem? F. powiedział, że jestem na fali wznoszącej. Miło to było usłyszeć, ale czy jestem w istocie? Ani wzlotu, ani spadku, ani stagnacji. Zawieszenie? Istota? A może płynę po prostu? Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że dość słabo pamiętam rok 2014. Trochę mnie to smuci. I wzbudza poczucie winy, tak jak wzbudza poczucie winy jedno, jedno tylko piwo w Pardon To Tu.

Dosyć regularnie wpadam w stany absolutnej niemożności, które oznaczają, w zależności od mocy, dnie lub tygodnie zaszycia w zaciemnionym pokoju. Zaciemnionym, ponieważ upodobałem sobie zasunięte zasłony. Szczelnie zasłanianie okna ma u mnie wymiar obsesyjno-kompulsywny – żaden promień czy choćby sugestia, że słońce w zenicie, jest niedopuszczalna. Niemożność w warunkach permanentnej półciemności to odrzucenie wszystkiego i wszystkich, z wyjątkiem tęsknych rozmyślań o tysiącu Eterycznych Blondynek i Smukłych Brunetek obdarzonych najlepszymi możliwymi walorami. Lecz zamknięcie w niemożności absolutnej, nie oznacza wcale odrzucenia nocnych wypadów na jedno, jedno tylko piwo. Powtórka z alfabetu za pomocą inicjałów towarzyszy. A, be, we, ge, de, e, je. Alfabit uże my znajem, uże piszem i czitajem. I wsje bukwy po pariadku bez aszybki naziwajem. I zasunięcie zasłon jeszcze szczelniejsze, jeszcze dokładniejsze być musi, gdyż słońce rani podwójnie, a nawet potrójnie, kiedy oświetla drżące dłonie, olane sprawy czy rzucone studia.

Więc co z tym doświadczeniem? A może traumą? Zdaje się, że noce to zapis rozpaczliwych prób leczenia traum pokoleniowych w sensie najszerszym. Bo nie naszego, ani poprzedniego pokolenia, ale wszystkich istniejących od wynalezienia nocy. Zastanawiałem się nie raz nad doświadczeniem oraz traumą naszego pokolenia i trudno było mi pogodzić się z brakiem wyraźnego punktu zaczepienia. Bo pokoleniowego doświadczenia wymienić praktycznie się nie da, bo jako takiego nie mamy. To raczej zbiory punkcików wspólnych, niż jeden konkretny. A trauma? W tym rozbiciu? Każdy ma swoją prywatną? Całkiem możliwe.

10 października 2016

Przeglądając to, co napisałem w piątek, stwierdzam ze smutkiem, że Eteryczna Blondynka prawie wyleciała mi z głowy. Próbuję przywołać jej wygląd, choćby przybliżony obraz i nic. Ledwo cień błąka się gdzieś z tyłu głowy, a ja, nie mogąc Eteryczną Blondynką przesłonić wspomnienia weekendu, ponownie popadam w poczucie winy spowodowane jednym, jednym tylko piwem. Bo niewiele zrobione z tego, co zrobić zamierzałem i wyspać się także nie mogłem. Jak określiła M., znów się szlajałem, choć w rzeczywistości w miejscu tkwiłem. I po co mi to? Przeglądam tekst napisany w piątek i zastanawiam się jak to się stało, że mimo znudzenia odganianiem traum nocnymi wypadami, ciągle w tym szukam oderwania. I znów będzie trzeba zapełnić swój tydzień, jak tylko uda się nadrobić to, co w weekend zaniechane. Może doświadczeniem pokoleniowym i traumą pokoleniową jest utopienie czasu w morzu słodko-gorzkich drinków?

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

12 − three =