Mateusz Kaliński: Demonów jest wiele, a najgorszym z nich jest nuda

22 czerwca 2017

O spektaklu Wiele demonów w reżyserii Mikołaja Grabowskiego z Teatru Imka w Warszawie, koprodukcji z Teatrem Nowym w Łodzi

Wiele demonów/fot. materiały teatru

Wiele demonów/fot. materiały teatru

Kilka lat temu, jeszcze w liceum, moja klasa została wysłana na inscenizację Ferdydurke do jednego z warszawskich teatrów. Niewiele z tego wydarzenia zapamiętałem, ale czy jest czym się przejmować? Ot, takie przedstawienie dla szkół, jedno z tych, w jakich chyba każdy uczestniczył. Jak ma się to wspomnienie do Wielu demonów?

Spektakle, filmy, powieści i tomiki poetyckie, na które spada najsroższa z ocen – nuda – szybko i trwale zostają zapomniane. I tak właśnie może być z Wieloma demonami w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Najpoważniejszym z zarzutów, które stawiam inscenizacji powieści Jerzego Pilcha, jest właśnie powszednia i banalnie rozumiana nuda.

Do położonej na Śląsku Cieszyńskim Sigły po dłuższej nieobecności wraca Julia Mrakówna, córka pastora, jednak trudno powiedzieć, by ojciec przywitał ją z otwartymi ramionami. Nie przyjechała sama – towarzyszy jej katolicki narzeczony. Nie jest to jedyne zmartwienie pastora, ponieważ jego druga córka, Ola, zaginęła. W dużym skrócie tak prezentuje się intryga. Do tego trochę farsy, trochę grozy, trochę krzyków i nawet śmiechu z widowni. Niedużo, akurat tyle, by spektakl trwał nieco ponad dwie godziny z przerwą. Co paradoksalne, jeśli weźmie się pod uwagę czas trwania spektaklu, wszystko zdało mi się niemożliwie przeciągnięte, jakby za wszelką cenę chciano wykorzystać całą dawkę humoru powieściowego oryginału. Przez to sceny mające świetny potencjał (na przykład moment wynoszenia trumny łączący makabryczną groteskę z toksycznością stosunków w rodzinie denata), stają się przegadane i nużące. Charakterystyczne dla Pilcha „gadanie”, które sprawdza się w tekście, na deskach teatru wypada dosyć mdło.

„Gadanie” jest słowem, które pasuje jak ulał do tej konkretnie adaptacji, lecz dlaczego coś, co Pilchowi zgrabnie wychodzi, Grabowskiemu zepsuło spektakl? Wiele demonów w tekście okładkowym określone zostało świętem opowieści. I tak w istocie jest, ale święto gadania w Imce umieściłbym bliżej świąt, które nikogo nie interesują (i nikt nie pamięta, kiedy wypadają), niż oczekiwanego przez niemal wszystkich Bożego Narodzenia. Pilchowska fraza należy do charakterystycznych, znajduje wielu miłośników (w tym mnie), jednak jej teatralną wersję odebrałem jako wyraz dziecięcego zachwytu przy jednoczesnym braku zrozumienia. Problemem jest to, że pisarstwem Pilcha nietrudno się zachłysnąć. Mało, że dialogi – pozostanie przy nich być może wyszłoby na korzyść – każda z postaci ma swoje kwestie narratorskie i w tym jest pies pogrzebany. Zamiast adaptacji dramaturgicznej dostajemy wierną kopię. A wszak nie wszystko można przekopiować. Narracja powieściowa uczciwie rozdzielona pomiędzy Siglan (tak uczciwie, że nieraz w pół zdania zmienia się narrator) rozbija płynność, dezorientuje i wzbudza u widza pragnienie: „niech oni skończą gadać!”. Pilcha tym nie oddają, a widza męczą.

Rozbicie płynności i zamierzona być może dezorientacja widza byłyby ciekawym i wartościowym pomysłem, gdyby nie to, że spektakl z założenia prowadzony jest nieznośnie bezpiecznie. Tak bezpiecznie, że nawet wymuszona nagość nikogo, nawet największych miłośników teatralnych nagości, nie jest w stanie zainteresować (zresztą, czy kogokolwiek teraz wymuszona nagość interesuje?). Pojawia się kolejne podobieństwo do licealnej Ferdydurke – szkolność, nastawienie na widza niewymagającego. Dostajemy adaptację utworu rozpoznawalnego autora (notabene to kolejna próba przeniesienia prozy Pilcha na deski teatru – obok Innych rozkoszy krakowskiego Teatru Stu czy Dziennika przebudzenia gdańskiego Teatru Szekspirowskiego), zrealizowaną lekko, z tak zwanym „humorkiem”, bez specjalnego wgłębiania się w problematykę. Grabowski nie prowokuje do stawiania pytań, poza kilkoma niuansami wszystko jest dosyć oczywiste.

Akcja posuwa się dosyć powoli, niemal odhaczając z listy kolejne powieściowe punkty węzłowe. Aktorzy, choć robią co mogą, nie są w stanie zachwycić lub przynajmniej zapaść w pamięć. Owszem, bywają zabawni, kiedy trzeba, oddają grozę, kiedy demony zaczynają wyłazić, ale jakby niepełnie, jakby w rzeczywistości nie czuli się dobrze w swoich rolach. Możliwe, że to konsekwencja niechęci do podjęcia ryzyka, o której wcześniej wspomniałem. Scenariusz wszak nie wymagał popisów.

Nie nazwę jednak Wielu demonów wybitnie nieudanym spektaklem. Mimo całej listy zarzutów, pewne elementy przykuły uwagę. Przede wszystkim jest to scena rozmowy Oli i Julii, tuż przed zniknięciem tej pierwszej. Dialog wybija się jako kulminacja wielokrotnie wcześniej sygnalizowanej kwestii konfrontacji silnej jednostki z równie silną, konserwatywną społecznością, w tym wypadku luterańską. Młode dziewczyny, szczególnie Ola, kwestionują ludową zabobonność, gusła, które nijak nie przystają do rodzącej się dopiero nowej epoki. Ich głównym narzędziem oporu przeciwko konserwatyzmowi jest kontrastująca z zachowaniem pozostałych mieszkańców Sigły względnie otwarta seksualność. Szokująca, lecz przede wszystkim zniewalająca. W swojej istocie małe, lokalne skandale urastają do poziomu wieloaspektowej rewolucji kulturowej. Grabowski oddał Pilchowskie zestawianie ze sobą w opozycjach pojęć wolności i powinności, luteranizmu i katolicyzmu oraz młodości i starości. Ostatnia ze skrajności została przedstawiona w rozmowie dziewczyn szczególnie interesująco. Leżące na piętrowym łóżku Ola i Julia z młodości, rozkwitu seksualności i pewnej naiwności, wpadły nagle w starczy i chorobliwy dygot. Ich dłonie podkuliły się, zadrżały, a ich mowa utraciła wyrazistość i płynność. Widzę w tym nawiązanie do biografii autora powieściowego pierwowzoru. Jerzy Pilch, co nie jest tajemnicą (uczynił to jednym ze sztandarów swojej twórczości), od dobrych kilku lat boryka się z problemami zdrowotnymi. W leżących na piętrowym łóżku młodych dziewczynach ujawniła się według mnie postać pisarza. Co ciekawe, znikła w tym momencie letnia perwersja dziewczyn (oraz, bądźmy szczerzy, nazywanego pierwszym podrywaczem III RP Pilcha także), a została starość oraz choroba – jeden z tytułowych demonów.

Warto też wspomnieć o scenografii, która stanowiła świetne tło dla dialogów. Dosyć skromna, składająca się ze staromodnych przedmiotów umieszczonych w niecodziennych kontekstach (przykładowo trumna, która utknęła w drzwiach), co stworzyło dysonans wobec widza. Pewien niepokój wprowadzały także wyświetlane z rzutnika cytaty pochodzące z powieści. Dekoracja, swoim absurdem subtelnie kontrastująca z bohaterami, oddawała specyfikę języka Pilcha. To, co jest dość charakterystyczne dla jego prozy, to połączenie humoru i farsy z metafizyczną grozą. Fraza swoje, żart swoje, ale za nimi ukryte są całe sensy, które czynią Pilchowską twórczość naprawdę wartościową. W spektaklu cały ten niepokój, cała groza ujawniają się przede wszystkim za plecami bohaterów. W drugiej części uwagę przyciąga zajmujący większość przestrzeni dmuchany namiot. Zanim jeszcze wpompowywane powietrze w pełni go postawiło, stwarzał on nastrój pewnej bajkowości, sielankowości. Im bardziej rósł, im większy szum wydawała pompka, tym silniejszy narastał niepokój. Makabryczne rozwiązanie zagadki zniknięcia Oli odegrano już pod napompowanym w pełni namiotem. Tam także siglańska gromada zebrała się na finałową kolację wigilijną.

Nie będę udawał, że wobec Wielu demonów miałem specjalne oczekiwania. Przyznaję się, że raczej odczuwałem obawy, które niestety zostały potwierdzone. Powieść, na podstawie której powstała sztuka, uważam za jedną z ciekawszych propozycji wydawniczych ostatnich lat. A spektakl? Niestety przerażająca nijakość. Szkoda, wyjątkowo szkoda, niewykorzystanego potencjału. Jedna naprawdę udana scena nie czyni spektaklu udanym. Czy Wiele demonów w reżyserii Grabowskiego czeka zapomnienie, tak jak stało się z, bądź co bądź, anonimową Ferdydurke?

Mateusz Kaliński

Jerzy Pilch

Wiele demonów

Premiera: 16 maja 2017 w Teatrze Imka w Warszawie

Reżyseria i scenografia: Mikołaj Grabowski

Asystent reżysera: Adam Kupaj

Adaptacja: Mikołaj Grabowski

Kostiumy: Zuza Markiewicz i Izabela Dąbrowska

Choreografia: Katarzyna Małachowska

Reżyseria świateł i multimedia: Michał Grabowski

Obsada: Iwona Bielska (gościnnie), Maria Dejmek (gościnnie), Joanna Król, Agnieszka Rose (gościnnie), Łukasz Gosławski, Dymitr Hołówko (gościnnie), Marcin Kalisz (gościnnie), Tomasz Karolak (gościnnie) /Michał Sitarski, Dariusz Kowalski, Adam Kupaj (gościnnie), Konrad Michalak, Wojtek Oleksiewicz , Piotr Ligienza (gościnnie)

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eighteen − twelve =