Mateusz Kaliński: Powidoki – opisane i obejrzane, niesmak pozostał

31 stycznia 2017

Historia o rozbudzonych oczekiwaniach i bolesnym rozczarowaniu, mimo że film wcale nie był zły

Powidoki/fot. Anna Włoch

Powidoki/fot. Anna Włoch

Z notatnika (w Ramonie – przy szklaneczce małego piwa – świeżo po seansie): Film w dużej mierze rozczarowujący. Słaby scenariusz – to nie są zdania, to są wypowiedzi. Wygłaszają hasła, a nie mówią. Linda genialny, dużo ratuje. Estetycznie majstersztyk. Świetna scena z manekinami. Ale nie jest tak fajnie, jak być mogło.

Poszedłem z N. na jeden z przedpremierowych pokazów Powidoków do Atlantica. Rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach oznaczonych numerami 1 i 2 w X rzędzie. Rozpoznałem z daleka znaną polską pisarkę. Możliwe, że też myślała o napisaniu recenzji. Ciekawiło mnie, czy także ma tak samo wysokie oczekiwania wobec filmu jak ja. Przyznaję, że od momentu, w którym usłyszałem o powstawaniu obrazu o Strzemińskim, moje nadzieje nieustannie rosły. Nadzieje na to, że powstanie film co najmniej bardzo dobry. Jednak, kiedy nawet osoby współtworzące ten film rzucały jednoznaczne, niezbyt pochlebne uwagi, obawy wkradły się w oczekiwania i przeważyły nad nadziejami. Koniec końców, siedziałem w fotelu kinowym jak na szpilkach.

W wywiadzie udzielonym amerykańskiemu serwisowi Deadline, Bogusław Linda stwierdził dosadnie, że scenariusz do ostatniego filmu Andrzeja Wajdy jest chujowy. Bezpardonowa wypowiedź aktora wzbudziła chwilowe kontrowersje, jednak po seansie moja ocena scenariusza autorstwa Andrzeja Mularczyka była niestety podobna. I udzieliło mi się także rozczarowanie tak silnie wyczuwalne w wypowiedzi Lindy. Mógł to być naprawdę świetny film. Co więc jest, zamiast tego, co mogło być?

Powidoki skupiają się na ostatnich latach życia artysty Władysława Strzemińskiego, kiedy malarz był gnębiony przez represyjny stalinizm. I właściwie można powiedzieć, że to wszystko. Oczywiście pojawiają się wątki poboczne: historia miłości pięknej studentki do profesora Strzemińskiego; co jakiś czas jest wspominany związek malarza z rzeźbiarką Katarzyną Kobro; nie zabrakło też niebezpiecznej intrygi studentów tuż pod nosem radzieckiej władzy. Jednak bez tych wstawek, wspomnień właściwie, film niewiele by stracił. Straciłaby jedynie postać Strzemińskiego, ponieważ każde działanie, każda osobna historia i tak skupia się na malarzu. Oczywiście rozumiem, że Strzemiński jest w tym filmie najważniejszy – jest to w końcu film o Strzemińskim – jednak sposób prowadzenia pozostałych postaci sprawia wrażenie, jakby ktoś chciał widza przekonać, ze poza malarzem nikt nie jest specjalnie interesujący, albo, co gorsza, specjalnie żywy. Bo ostatecznie do tego wszystko się sprowadza: jest jeden żywy Strzemiński, a reszta to tekturowe figury. Właściwie to równie dobrze można byłoby zostawić Lindę, resztę zaś aktorów zastąpić odpowiednio wyciętymi i pomalowanymi kartonami i nikt by się nie połapał. Minister kultury? Karton czerwony z demonicznym uśmieszkiem (policjanci i agenci także czerwoni, ale już bez uśmieszku). Bohaterowie zastraszeni przez władzę (banalnie zbiorczo, ponieważ co drugi jest zastraszony i każdy w ten sam sposób)? Pasuje jasnoszary. Studenci? Tutaj mam małą zagwozdkę. Jaki kolor można dać studentom wpisanym w dosyć prosto ukazaną relację mistrz – uczeń? Jakiego koloru kartony obskakują Strzemińskiego jak małego szczeniaczka?

Przez jednowymiarowość znacznej większości postaci, aktorzy nie mieli właściwie co zagrać. Wystarczyło, że byli. Scenarzysta skupił się na Strzemińskim i jego córce Nice kreowanej przez Bronisławę Zamachowską. Niestety jej rola nie należy do dobrze zagranych. Nie należy nawet do zagranych przyzwoicie. Boleśnie i irytująco drewniana Zamachowska odtwarza postać na poziomie akademii szkolnej, jednak, uczciwie przyznaję, intuicja podpowiada mi, iż kiedyś być może będzie z niej dobra aktorka. Podejrzewam, że mogła nie zostać dobrze poprowadzona przez Wajdę. Należy zwrócić uwagę na to, że przed młodą Zamachowską postawiono wyjątkowo trudne zadanie, któremu niełatwo byłoby sprostać wielu dorosłym aktorom po szkole teatralnej. Zwalanie na nią całej winy wydaje się być nietrafionym pomysłem, ponieważ mogło zabraknąć opieki reżysera. Są momenty, w których przykuła moją uwagę, pozytywnie zaskoczyła. Mam na myśli niuanse widoczne przy scenach związanych ze śmiercią rodziców. Wiążę z nią – możliwie, że naiwnie – pewne nadzieje i wydaje mi się, że będzie warto dać jej za kilka lat szansę.

Jeśli zaś chodzi o kreację Bogusława Lindy, to chapeau bas! Jest on jednym z powodów, dla których Powidoki warto zobaczyć. Aktor wybornie oddał bunt, chęć pozostania niezależnym oraz pasję, nie popadając przy tym w patetyczność. Linda Strzemińskim po prostu jest, doskonale go rozumie. Łatwo popaść w groteskę podczas grania osoby niepełnosprawnej, można być niepełnosprawnym za bardzo, jednak Bogusław Linda daleki jest od przesady. Wydaje się on być oswojonym z brakiem dwóch kończyn, przez co pokazuje, że nie jest to wcale najistotniejsza kwestia. Tak samo jak z problemy w nawiązywaniu bliższych kontaktów z ludźmi. Widoczne jest, że mimo troski o swoją córkę, trudno malarzowi ją okazać. Troska jest obecna, jednak pozostaje niemal niezauważalna, ukryta w niuansach gry Lindy. Podobnie jest w scenie, w której zakochana w artyście studentka Hania (Zofia Wichłacz) wyznaje swoje uczucie. Strzemiński komentuje to jedynie słowami „a myślałem, że gorzej już nie będzie” (co wzbudziło śmiech na sali kinowej), jednak poprzez mimikę, ton głosu Linda perfekcyjnie ukazał jak skomplikowana jest dla obojga owa sytuacja. Można powiedzieć, że cały wątek miłosny przedstawiany dotąd w filmie nieznośnie nudnie (niemal obojętnie), poprzez subtelności w grze aktorskiej zyskał głębszy, ciekawszy wymiar. Może nawet dzięki temu zaistniał, wprowadził rzeczywiste uczucie, które wcześniej ograniczało się do przynoszenia kwiatów przez studentkę, która, kiedy tylko mogła, rzucała pełne uwielbienia spojrzenia. Jednak to wszystko to tylko szczegóły. Tym, co według Lindy warto było ukazać, jest silna pasja. Owa pasja jest rzeczywistym motorem działań dla artysty. Strzemiński nie buntuje się przeciwko władzy, bo uważa ją za nieludzki i opresyjny system. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie , że niewiele go ona interesuje. Ważna jest sztuka i to dla niej artysta jest gotów poświęcić wszystko, decydując się na opór wobec dyktatury. Opór, którego w żadnym wypadku nie powinno się nazywać się walką. Strzemiński nie walczy ani nie buntuje się w głośny, kinowy sposób. Można powiedzieć, że po prostu nie zgadza się na socrealistyczny, narzucony przez władzę model sztuki, nie zamierza go zaakceptować ani przyjąć i gotów jest ponieść wszelkie tego konsekwencje. Linda przedstawił to w sposób mistrzowski.

Podczas pisania tej recenzji pozwoliłem sobie na sporą dozę szyderstwa przy komentowaniu scenariusza. Ten fragment ująłem w taką stylistykę, ponieważ chciałem oddać swoje rozczarowanie, które odczuwałem po wyjściu z kina i które odczuwam pisząc te słowa. Scenariusz naprawdę jest tak zły, jak można wnioskować ze słów zarówno Bogusława Lindy, jak i moich. Bohaterowie właściwie nie rozmawiają ze sobą, oni się wypowiadają. To nie są zdania czy dialogi, to są wypowiedzi. Niemal każda zbudowana tak, jakby później miała służyć za cytat. Właściwie to spora część dialogów jest już cytatami pochodzącymi z Teorii widzenia autorstwa Strzemińskiego. Aktorzy, którzy de facto niewiele mieli do roboty, próbowali wygłaszać kwestie tak, by brzmiały możliwie naturalnie. Wydaje mi się, że chyba jedynie Lindzie się to udało.

Jednak, jakby na przekór słabemu scenariuszowi, Andrzej Wajda z resztą ekipy filmowej ciągle próbował zrobić dobry film. Powidoki są niezwykle piękne. Może to sztampowa fraza, ale z radością jej użyłem. Zdjęcia, kostiumy czy scenografia są wyjątkowo udane. Mieszkania Strzemińskiego i Kobry przedstawiono tak, że chciałbym od razu się do nich wprowadzić (N. także miała podobne odczucia). Łódź lat 50. oddaje lepiej niż połowa aktorów przygnębienie i beznadzieję tamtych czasów. Zdjęcia są skomponowane precyzyjnie i estetycznie. W sferze wizualnej wszystko ze sobą współgra, jest idealnym tłem dla wydarzeń (a właściwie dla Bogusława Lindy). Jedna ze scen malowania, kiedy okno przesłoniła wielka płachta z wizerunkiem Stalina, a pokój zabarwił się na czerwono, mówi znacznie więcej o świecie przedstawionym niż wszystkie komentarze bohaterów. Inną sceną, dzięki której wybaczam filmowi większość usterek, jest dekorowanie przez Strzemińskiego manekinów na wystawie. Artysta z trudem owija wokół plastikowych szyi materiał, jednak traci równowagę i upada zwalając na siebie kukły. Leży wyczerpany chorobą wśród sztucznych części ciała. Nad nim wisi plastikowa ręka. W swoim upadku jest samotny, mimo że za szybą wystawową przechodzi tłum ludzi. Niezwykle mocna i estetyczna scena, chyba jedna z najlepszych ze wszystkich filmów Wajdy. Warto Powidoki obejrzeć dla niej, lecz także całej warstwy wizualnej. Odnoszę wrażenie, że reżyser po przeczytaniu scenariusza postanowił samodzielnie opowiedzieć historię przy wykorzystaniu kadrów.

Czy nazwałbym Powidoki złym filmem? Raczej unikam tego określenia w kontekście całości. Scenariusz zaatakowałem chyba z każdej strony, jednak warstwa wizualna oraz gra Bogusława Lindy ratują obraz. I stąd bierze się moje rozczarowanie. Bo jest tu niemal wszystko, by ten film mógł być obrazem bardzo dobrym, godnym zwieńczeniem drogi reżyserskiej Wajdy. Scenariusz niestety wszystko kładzie. Złości mnie to i ubolewam, że całościowo film okazuje się raczej średnio udany. Oczywiście zachęcam do seansu. Jest to film istotny zarówno przez postać Strzemińskiego, jak i kontekst, w którym postawiła obraz śmierć reżysera. Trzeba także wspomnieć, że Powidoki skłaniają do przemyślenia roli artysty wobec władzy. Nie tylko totalitarnej, opresyjnej, lecz każdej, która zdaje się mieć oczekiwania wobec twórcy; każdej, która nad rozwój sztuki stawia jej użyteczność wobec własnych, politycznych celów.

Mateusz Kaliński

Powidoki

Reżyseria – Andrzej Wajda

Scenariusz – Andrzej Mularczyk

Zdjęcia – Paweł Edelman

Muzyka – Andrzej Panufnik

Obsada:

Władysław Strzemiński – Bogusław Linda

Hania – Zofia Wichłacz

Nika Strzemińska – Bronisława Zamachowska

Personalny – Andrzej Konopka

Julian Przyboś – Krzysztof Pieczyński

Madejski – Mariusz Bonaszewski

Szymon Bobrowski, Aleksander Fabisiak, Paulina Gałązka, Irena Melcer, Mateusz Rusin, Filip Gurłacz, Izabela Dąbrowska, Maria Semiotuk, Ewa Wencel, Jerzy Rogalski i inni.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty − 7 =