Michał Rogalski: Czas zamącony się mści…

4 lipca 2011

Wielopolu, Wielopolu Tadeusza Kantora.

Koniec I wojny światowej i rozpad monarchii austrowęgierskiej zastały Tadeusza Kantora w wieku lat trzech w małym miasteczku Wielopole Skrzyńskie. Cała galeria postaci, pojawiających się w spektaklu Wielopole, Wielopole…, od Ciotki Mańki doskonale znającej Apokalipsę po oddział rekrutów-piłsudczyków, jest raczej wyobrażona niż przypomniana. Kantor mistrzowsko wykorzystuje obrazy – zapamiętane we wczesnym dzieciństwie lub nabyte w ciągu późniejszej edukacji – i buduje z nich sugestywne sekwencje, polifoniczne sceny.

On sam nazywał scenariusze swoich spektakli partyturami a swoją w nich rolę traktował jak rolę dyrygenta. Nieprzypadkowo. Przebieg i następstwo scen w inscenizacjach są budowane środkami muzycznymi. Kontrapunkty, dysonanse, zmiany tonacji, ale również swoisty rytm łatwiej w nich dostrzec  i odczuć niż szacowne związki przyczynowo-skutkowe.

Tak wyglądała metoda pracy Tadeusza Kantora już w latach sześćdziesiątych, gdy inscenizował dramaty Witkacego. Do perfekcji zaś została doprowadzona (tak się przynajmniej powszechnie uważa) w Umarłej klasie (1975) – spektaklu manifeście kantorowskiego Teatru Śmierci, o którym każdy porządny wielbiciel teatru nie słyszeć nie mógł. W cieniu Umarłej klasy pozostaje również Wielopole, Wielopole…. Powszechnie uważa się je za drugi ze spektakli inscenizowanych w konwencji Teatru Śmierci. Ten pogląd wymaga jednak gruntownego przemyślenia.

Czy fakt, że pierwowzory postaci występujących w inscenizacji nie żyją, sprawia, że sam spektakl staje się teatrem śmierci? Czy zmyślenia wykwitające na strzępkach pamięci przywodzą na myśl tylko rozpad, gnicie, rdzewienie czy – a choćby i nawet – ekstatyczne umieranie? Czy nie jest to raczej teatr życia? Teatr  tęsknoty za światem, którego już nie ma, a którego samemu nie miało się okazji doświadczyć? Może Wielopole, Wielopole… to szary jak szara piechota sen pogrobowca.

Kantor przetwarza w artystyczną materię czas pełen zamąceń i niepokoju i czas się na nim mści (lub też artysta chce, abyśmy tak myśleli). Zmyślenie staje się koszmarem tak intensywnym, że hipnotyzuje nawet tych, którzy z racji wieku widzieli tylko jego zapis na filmowej taśmie. A teraz i oni roją swoje o nim zmyślenia.

Michał Rogalski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

two × four =