Michał Rogalski: Motyle są nazbyt wolne

21 lutego 2014

O spektaklu Motyle są wolne w reżyserii Zbigniewa Lesienia w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie

Niesiony niby na motylich skrzydłach recenzent pomknął delikatnie w strony swej młodości, aby zażyć dobrego teatru w starym stylu, wolnego od słabości teatrów stołecznych. Wracał zasmucony, delikatnie ocierając łzę, która przyczaiła się w kąciku oka.

Motyle są wolne/ fot. Izabela Rogowska

Motyle są wolne/ fot. Izabela Rogowska

Już pierwszy rzut oka na scenę dawał pewne nadzieje. Scenografia solidna, nie żaden symbolizm, nie żadne projekcje cyfrowe, ale drewniane, zwyczajne meble. Łóżko z drabinką pod umownym sufitem, stół, krzesła, drzwi zwyczajne sztuk dwie i jedno dodatkowe przejście pod łóżkiem. Do tego komoda – ktoś nadmiernie czepliwy mógłby stwierdzić, że niepasująca odcieniem do reszty – oraz ściany, ograniczające przestrzeń dużej sceny od tyłu. Wszystko razem sprawia wrażenie, że przedstawienie zamierza czerpać z życia, mówić o prawdziwych ludzkich problemach, a nie dryfować w obszarach fantazji. Ktoś, kto wcześniej sprawdził, o czym w zarysie będzie sztuka, mógłby zaoponować, że przecież akcja rozgrywa się w nowojorskim wynajętym mieszkaniu, a tu mamy do czynienia raczej z daleko idącą umownością i scenografem pracowicie studiującym katalog Ikei. Jednak ktoś inny, kto już usiadł wygodnie w miękkim fotelu solidnie wyremontowanego Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie i nastawił się na przyjemny wieczór z poprawnym, przynoszącym zadowolenie aktorstwem, szybko uciszyłby tego pierwszego kogoś.

Oboje jednak zdumieliby się i zaniepokoili po trzecim dzwonku, kiedy przyjemny mrok ogarnia widownię, a nowe reflektory zaczynają szumieć cichutko, bowiem z ustawionego na scenie keyboardu, a może raczej z rozmieszczonych na sali głośników, zaczyna pobrzmiewać melodia, która niepokojąco przypomina muzykę w windach korporacyjnych wieżowców lub chałupniczo konstruowane reklamy regionalnych produktów, emitowane w lokalnej telewizji kablowej. A przecież, jak głoszą materiały prasowe umieszczone na stronie teatru, „sztuka opowiada historię młodego, inteligentnego kompozytora, Dona”. No cóż, być może mamy do czynienia z niezwykle początkującym kompozytorem. Po chwili Don (Wojciech Kowalski) wstaje, odbiera telefon i przeprowadza rozmowę, która zastosowanymi środkami wyrazu i sztucznością tonu niebezpiecznie przypomina teatralne produkcje Młodzieżowego Domu Kultury (które oczywiście jak najlepiej świadczą o Młodzieżowym Domu Kultury, ale niepokoją w profesjonalnym teatrze). To jednak dopiero początek atrakcji. Po chwili na scenie pojawia się jego nowa sąsiadka, Jill (Paula Bąk), zajmująca właściwie drugą część arbitralnie podzielonego przy pomocy komody mieszkania. Don, po którym jeszcze przed momentem nie było tego widać, okazuje się być niewidomy, a Wojciech Kowalski całkiem dobrze, choć z kilkuminutowym opóźnieniem, zaczyna ów brak wzroku odgrywać.

Dialog między bohaterami wypada sztywno, nie ma w nim emocji, za to w przypadku Pauli Bąk widać duży wysiłek aparatu mowy, aby mówić dostatecznie głośno. Sztywności rozmowy nie są winni sami aktorzy, bowiem przekład sztuki (na stronie teatru postanowiono nie ujawniać jego autora) nie należy do najlepszych. Frazy, które mają oddać urok sąsiedzkiej pogawędki o niczym brzmią sztucznie, pełne są wyrażeń nieużywanych w języku potocznym, a często także zamiast zdań prostych aktorzy muszą mierzyć się z kilkukrotnie złożonymi. Jedynym (chlubnym) wyjątkiem w aktorskim pejzażu pozostaje Małgorzata Wiercioch. Jej pani Baker – choć opiera się na schemacie mówiącej głośno i wyraźnie, a przy tym patrzącej na wszystkich z góry, damy z wyższych sfer – jest rolą przemyślaną. Pani Baker nie uderza być może głębią swych przeżyć i dramatyzmem losu – trudno byłoby tego oczekiwać po takim rodzaju dramatu – ale nie czuć w niej fałszu i zagrana jest gładko.

Reżyseria w tym spektaklu przypomina sprawowanie opieki z drugiego pokoju, oddzielonego od pierwszego solidnie zamkniętymi drzwiami. To zdecydowanie najsłabsze ogniwo całego przedstawienia (choć muzyka dzielnie bije się z nią o palmę pierwszeństwa). Aktorzy widocznie nie czują się zbyt dobrze na scenie ani ze sobą nawzajem, ani z własnym ciałem. Każdy odgrywa swoją partię,  na którą nakładana jest partia kolejnego aktora. Niby nie ma przestojów, męczących przerw i pomyłek, ale brak też wewnętrznego napięcia. Najlepiej ilustrującym ten irytujący brak komfortu przykładem jest jedna z końcowych scen pierwszej części spektaklu, w której ma dojść do seksualnego zbliżenia między Donem a Jill. Erotycznego napięcia nie widać, aktorzy zbliżają się do siebie i cyk! Gaśnie światło, w tle leci ostentacyjnie romantyczna muzyka jak z tandetnej reklamy środków na potencję lub koronkowej bielizny i nagle – cyk! Światło się zapala, aktorzy siedzą obok siebie w bieliźnie (bo kto w takiej sytuacji nie rzuca się gorączkowo w kierunku bielizny, aby już ubranym w bokserki czy figi spokojnie przytulać się do partnera) i nikt na widowni już nie wie, czy wciąż jest w etatowym teatrze, czy na sali gimnastycznej prowincjonalnego liceum podczas przeglądu teatrów amatorskich (patrz powyższa uwaga o Domu Kultury).

Część pierwsza kończy się niedługo potem, nagłym wejściem matki głównego bohatera, czyli pani Baker, a widzowie po zaledwie trzydziestu paru minutach od rozpoczęcia spektaklu zmuszeni zostają do wyjścia na przerwę, aby nieco odreagować przeżyte emocje. W części drugiej nic się właściwie zmienia. Nie zmienia się nawet dekoracja, która to zmiana mogłaby w jakikolwiek sposób usprawiedliwić tak wczesną przerwę. Część druga trwa dłużej, nieco ponad godzinę, i wciąż przepełniają ją sztywne dialogi o pełnym cierpienia życiu. Na chwilę pojawia się także na scenie reżyser Ralph Austin (Artur Paczesny), który obiecuje Jill rolę w offowym spektaklu, a tym samym chce ją wyrwać z życia Dona tak samo gwałtownie, jak się w nim ona pojawiła. Dobrze jednak, że jest to chwila krótka, bo postać została zagrana przez Artura Paczesnego przy pomocy tak farsowych, ekstrawertycznych i niedopracowanych środków, że pozwolę sobie darować w tym miejscu jakąś subtelniejszą analizę.

Wszystko kończy się w miarę dobrze. Mimo trudności miłość ma szansę kwitnąć. Motyle, choć są wolne, ciągną jednak do siebie w poszukiwaniu bliskości. Para głównych bohaterów zastyga na środku sceny ze spojrzeniem utkwionym gdzieś tuż nad głowami widowni (może to subtelny znak dany operatorowi światła i muzyki?). Żegna nas jakże nowojorska Ewa Bem śpiewając na pożegnanie „Daj mi znak, mały znak, że kochasz mnie…”.

Michał Rogalski

Leonard Gesche, Motyle są wolne
Bałtycki Teatr Dramatyczny im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie
Reżyseria: Zbigniew Lesień
Scenografia: Wojciech Stefaniak
Muzyka: Maciej Makowski
Kostiumy: Wojciech Stefaniak
Inspicjent: Hanna Student
Obsada: Paula Bąk/Marta Chyczewska, Małgorzata Wiercioch, Wojciech Kowalski/Lesław Żurek, Artur Paczesny,
Premiera: 21 IX 2013, spektakl obejrzany: 7 II 2014.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 + 6 =