Michał Rogalski: Pułapka na szczury

26 kwietnia 2015

O spektaklu Szczury w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie

Szczury/fot. Magda Hueckel

Szczury/fot. Magda Hueckel

Szczury to spektakl, w którym twórcy chcieli zastawić pułapkę na widza żądnego dobrej nowatorskiej sztuki, obnażyć jego własne ograniczenia i uprzedzenia. Problem w tym, że sami w tę pułapkę wpadli, tworząc spektakl pełen uprzedzeń, zamotany w nałożone przez obraną konwencję ograniczenia.

 

Nad sceną, po skosie, wisi wielkie sklepienie: ogromna płaszczyzna złożona z mniejszych prostokątów, które początkowo dają nieco zniekształcone oblicze tego, co dzieje się poniżej, a w trakcie spektaklu stają się przezroczyste i ukazują ceglaną, zniszczoną tylną ścianę dużej sceny Teatru Powszechnego. To ukośne sklepienie, umowny dach, to chyba jedyny wysłany w kierunku widzów sygnał, że dramat będący punktem wyjścia dla spektaklu – Szczury Gerharta Hauptmanna – dzieją się w dużej mierze na strychu, gdzie w nieludzkich warunkach panna Paulina Piperkarcka rodzi dziecko, tutaj przedmiot wymiany handlowej.

 

W spektaklu nie mamy jednak panny Piperkarckiej, strych jest, jak napisałem, wysoce umowny, a precyzyjną strukturę pierwowzoru wymieniono na sto dwadzieścia minut bez przerwy. Na scenie Teatru Powszechnego pojawia się za to Polina (Karolina Adamczyk), Ukrainka, która w pierwszej scenie spektaklu stara się o pracę w mieszkaniu warszawskiej klasy średniej. Czy jest to klasa średnia nie wiadomo na pewno, bo program przekonuje usilnie, że mamy do czynienia z elitą, kostiumy aktorów sugerują, że jest to elita raczej niezbyt elitarna odzieżowo, a brud i umowność scenografii w ogóle elitarność elity dezawuują. W  pełnej psychicznej przemocy rozmowie o pracę uczestniczy trójka bohaterów: Polina, jej przyszła pracodawczyni Hanna (Eliza Borowska) i Bruno (Michał Czachor), brat Hanny.  I to jest pierwsza pułapka.

 

Raz

Pierwsza pułapka, w którą wpadają twórcy Szczurów, została zastawiona przez nich samych. Reżyserka, Maja Kleczewska, w towarzyszących premierze wypowiedziach prasowych podkreślała, że wie jak robić spektakle, które się podobają, tylko nie widzi sensu robienia takich spektakli. Szczury w Teatrze Powszechnym są owocem tej filozofii tworzenia nie gładkich cacuszek, lecz widowisk chropowatych, trudnych i wymagających od widza odbiorczego wysiłku. Tyle że tym razem ta prowokacja osunęła się w dość natrętny dydaktyzm.

 

Zamiar był bowiem taki, aby poprzez dramaturgiczne przetłumaczenie głównego problemu z Hauptmannowskiego na współczesne (nie popisał się tu dramaturg, Łukasz Chotkowski, któremu dramat po prostu rozsypał się podczas prób modyfikacji) stworzyć coś żywo prowokującego. Z takiego powodu wątkowi handlu dzieckiem nadano polsko-ukraiński charakter, żeby obnażyć polskie wygodnictwo, ksenofobię, pogardę dla słabszego, wreszcie napawanie się własnym statusem, którego atrakcyjność jest wysoce wątpliwa. Pomysł dobry, ale okazał się strasznie dydaktyczny, bo stworzone przez twórców dialogi o stosunkach polsko-ukraińskich wcale nie starają się rozbijać stereotypu, ale poruszają się w jego ramach (trudno o bardziej stereotypowe potraktowanie wątku ukraińskiego w teatrze niż postać Poliny).

 

Dwa

Druga pułapka jest bezpośrednio związana z pierwszą: to rozsypująca się dramaturgia. Daleko posunięte trawestowanie i dodawanie do tekstu elementów heterogenicznych, które są częścią pracy dramaturga, od dłuższego czasu zakorzeniło się na dobre we współczesnym teatrze. Samo sięgnięcie po takie środki artystyczne nie jest więc  żadnym usprawiedliwieniem: to żadne novum, jeśli chodzi o zmianę na polskiej scenie. Trawestacja nie stanowi dobra samego w sobie, potrzeba jej dodatkowego uzasadnienia, którego w Szczurach brakuje. Pierwotna konstrukcja dramaturgiczna uległa tutaj destrukcji i twórcy nie dają niczego w zamian. Chaos się nie tłumaczy. Widz po prostu nie wie, po co pojawiają się na scenie postaci dyrektorstwa (Maria Robaszkiewicz i Michał Jarmicki), którzy występują nie jako zwierzchnicy, ale przyjaciele/dziadkowie Hanny i jej męża (Mateusz Łasowski). Napięcia wykreowane w dialogach z ich udziałem (jak choćby w scenie z wizytą u świeżo upieczonej matki) są sztuczne i nierealistyczne. Konfuzja, jaką wzbudza w dyrektorstwie samo istnienie dziecka, jest zupełnie nieumotywowana.

 

Także powrzucane w tekst sztuki wypowiedzi, wzięte wprost ze współczesnego życia teatralnego, pełnią trudną do zidentyfikowania funkcję. Owszem, skandalizujące swego czasu wypowiedzi Joanny Szczepkowskiej czy Grzegorza Małeckiego, które aktorzy Szczurów wypowiadają jakby na chwilę wychodząc z ról, można potraktować jako zabawne interludia, będące jednocześnie gestami dystansu. Nie krytykujemy tylko was, o publiczności – zdają się mówić twórcy – ale i wobec własnego gniazdka jesteśmy krytyczni, także tu obnażając napięcia, upadki i ślady przemocy dyskursywnej. Można by to nawet potraktować jako uderzenie się w piersi, ale uderzenie wyjątkowo delikatne i znów natrętnie dydaktyczne, bo dotykające nie samych twórców, ale raczej ich kolegów po fachu.

 

Trzy

Pułapka trzecia to pułapka zmarnowanego potencjału. Nie jest bowiem tak, że Szczury ogląda się tak, jakby był to spektakl zrobiony w dwa tygodnie i na kacu. Na scenie widać masę pracę włożoną w poszczególne sceny i widać znaczny wysiłek aktorów, aby nadać postaciom głębię i wiarygodność psychologiczną. Trzeba oddać wyrazy uznania całemu zespołowi aktorskiemu, który włożył w kreowaniu inspirowanego Hauptmannem świata bardzo dużo wysiłku. Szkoda tylko, że ta aktorska praca zostaje zniweczona przez zacinającą się dramaturgię i przyjęcie przez reżyserkę pozycji wyższości wobec odbiorcy (w myśl niewypowiedzianego motta: „robię trudną sztukę, więc mam prawo”). Wyszła z tego księga obrazków utrzymanych w bardzo skrajnych nastrojach: od grozy i wściekłości po erotyzm i rozpacz.

 

Nie wiadomo tylko, czy było warto, bo spektakl zostawia widza z poczuciem twórczej impertynencji, a nie z wrażeniem interesującej prowokacji. A szkoda, bo oprócz potencjału aktorskiego w spektaklu tkwi pewna siła estetyczna, która bierze się z jednej strony z powtarzalności klasycznych dla teatrów Kleczewskiej gestów (choćby niepokojące zwierzęce maski), z drugiej zaś z interesujących rozwiązań scenograficznych. Doskonała była też maszyna do bicia piany, która to piana w końcowych partiach spektaklu zalewa całą scenę, by potem przy pomocy dmuchawy do liści zostać popchniętą w stronę widowni. Za daleko jednak nie dolatuje. Nielicznym mydlanym obłoczkom udaje się dopaść drugiego rzędu. Pierwszy rząd, z pragmatycznych względów, był pusty – nie sprzedawano na niego biletów. Może i dobrze, bo widzowie z pierwszego rzędu byliby nie tylko nieudolnie sprowokowani, ale i cali w bańkach. Można by nawet powiedzieć: wpienieni. I kto by to wszystko potem przekłuwał?

 

 Michał Rogalski

 

Szczury według dramatu Gerharta Hauptmann

przekład: Tomasz Małyszek

Teatr Powszechny w Warszawie

premiera: 10 stycznia 2015 (spektakl obejrzany 29 marca 2015)

reżyseria: Maja Kleczewska

dramatrugia: Łukasz Chotowski

scenografia: Wojciech Puś

obsada: Karolina Adamczyk, Eliza Borowska, Agnieszka Krukówna, Karina Seweryn,  Maria Robaszkiewicz, Tomasz Chrapusta, Michał Czachor, Michał Jarmicki, Mateusz Łasowski.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nineteen − 17 =