Michał Rogalski: Skutki solidnego warsztatu

16 kwietnia 2014

O spektaklu Szkice z Dostojewskiego w reżyserii Mai Komorowskiej w Teatrze Collegium Nobilium

Umieszczenie słowa „szkice” w tytule spektaklu jest wskazówką daną widzowi, aby powstrzymał się przed poszukiwaniem jakiejś spajającej całość myśli czy jednoczącego pomysłu fabularnego. Wypada tutaj raczej rozkoszować się konkretem, uważnie śledzić detale i przyglądać się artystycznym napięciom na poziomie pojedynczych scen, a trzeba przyznać, że w spektaklu dyplomowym studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej jest się czemu przyglądać.

Szkice z Dostojewskiego/ fot. Bartek Warzecha

Szkice z Dostojewskiego/ fot. Bartek Warzecha

Kiedy pracownik uniwersytecki w całym majestacie swej naukowej potęgi i w całym blasku swych dotychczasowych dokonań zasiada do pisania szkiców, znaczy to, że brakuje mu pomysłu na książkę albo jest nieco zbyt leniwy, aby napisać spójną, systematycznie poprowadzoną, opowieść. Tak przynajmniej mógłby pomyśleć ktoś złośliwy. Pisanie szkiców może jednak także wynikać z potrzeby zebrania w jedną całość myśli gromadzonych cierpliwie latami, pojawiających się często przy okazji, które nie dają się ze sobą do końca pogodzić i uspójnić, ale też wydają się autorowi nazbyt cenne, aby po prostu oddać je na pastwę kurzących się po kątach brudnopisów pełnych notatek.

W przypadku tego spektaklu dyplomowego, zrealizowanego pod kierunkiem Mai Komorowskiej, chodzi właśnie o strach przed utratą cennych detali, a nie o narracyjne lenistwo. Tytuł „Szkice z Dostojewskiego” to nie kawałek brezentu na pokrycie niedoróbek, ale ciekawa dyskusja z ograniczeniami i uwarunkowaniami specyficznego tworu teatralnego, jakim jest spektakl dyplomowy. Skoro bowiem efektem twórczej pracy zespołu ma być dyplom, to nie poszukiwanie spójnej narracji powinno być głównym celem przyświecającym reżyserowi i aktorom, nie wydobywanie spajającej wszystko konstrukcji, ale właśnie praca nad detalem, szczegółem, nad każdym najdrobniejszym aktorskim gestem. Celem tej pracy jest doskonalenie warsztatu każdego z członków aktorskiego zespołu i danie mu możliwości pokazania się od najlepszej strony. Ten cel musiała mieć w głowie Maja Komorowska, kiedy przystępowała do realizacji ostatniego w swojej karierze dydaktycznej spektaklu dyplomowego.

Przedstawienie dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich – pod tytułem Wokół Myszkina – jest przemyślanym wyborem ciągu scen z Idioty Dostojewskiego, druga zaś – zatytułowana Wokół Aloszy – to analogiczny dramaturgiczny zabieg dokonany na Braciach Karamazow tego samego autora. Już podtytuły wskazują na to, że w obydwu częściach w centrum opowieści znajdować się będzie jeden konkretny bohater, wokół którego rozpędzi się machina opowieści. Ten bardzo udany konstrukcyjny zabieg pozwala zredukować nadmiar pobocznych wątków i przełożyć na język teatru pewien aspekt powieściowej narracji Dostojewskiego.

Nieśmiały i niezwykle empatyczny w stosunku do każdego spotkanego człowieka książę Myszkin (Karol Dziuba) obecny jest na scenie od pierwszych chwil spektaklu. W tej wspaniale skonstruowanej roli nieśmiałość Myszkina, zderzająca się z nieakceptowalną na petersburskich salonach otwartością, znajduje swój sceniczny wyraz. Dobrym przykładem jest tu scena spotkania u Nastazji Filipowny, gdzie mimo pochylonej wstydliwie głowy i lekko przymrużonych oczu z gardła Myszkina wydobywa się zdecydowany głos, który trafnie ocenia słabości i ukryte pragnienia obecnych na spotkaniu gości. Tematem tej części spektaklu jest trójkąt splecionych losów Myszkina, Nastazji i Rogożyna. Miłość łączy się tu z zazdrością, litość z potępieniem, przyjaźń z zajadłą rywalizacją. Kobieta fatalna – Nastazja Filipowna (wspaniała rola Małgorzaty Mikołajczak) – przyciąga jak magnes zarówno Myszkina, jak i prostolinijnego i porywczego Rogożyna (bezbłędny Julian Świeżewski). Fascynacja ta doprowadza do fatalnego końca i kulminuje w scenie czuwania Rogożyna i Myszkina przy zwłokach Nastazji Filipownej w opustoszałym, zamkniętym domu. Bohaterowie siedzą na materacu w kącie sceny, w snopie reflektorowego światła. Poprzez rozmowę (czy może dwa równolegle prowadzone monologi) próbują przepracować niewyrażalne doświadczenie utraty, żalu, bólu i poradzić sobie z poczuciem nieodwracalności. Aktorstwo Dziuby i Świeżewskiego jest bardzo emocjonalne, ale zarazem pozbawione fałszu i pełnowartościowe. Doskonały przykład wytrwałego i wielowymiarowego budowania postaci.

Nie tylko jednak protagonistom należą się słowa uznania. Wszystkie role w pierwszej części spektaklu są dobrze dopracowane. Zachwyca choćby obecny w jednej tylko scenie Kamil Mrożek, którego Kamerdyner zmaga się ciągle z nielicującym z powagą zajmowanego stanowiska wścibstwem. Jego rozdarcie między chęcią dowiedzenia się czegoś więcej o interesancie czekającym na generała Jepanczyna (Filip Kosior), którym jest sam Myszkin, a próbą zdyscyplinowania tego interesanta, który pojawia się w poczekalni z zupełnie niewybaczalnym tłumoczkiem, jest zagrane przy użyciu oszczędnych, ale niezwykle zróżnicowanych środków. Ciekawość i srogość widać nie tylko w głosie, ale także w mimice i ruchach całego ciała, które zmienia się, przechodząc od giętkiej ciekawości do spiętego i pełnego krótkich, szybkich ruchów zniecierpliwienia.

Równie ciekawym przykładem detalicznej pracy nad warsztatem jest obecna na przyjęciu u Nastazji Niemka (Paulina Szostak). Postać została skonstruowana z nieco dziecinnego zniecierpliwienia i ciekawości względem biegu wydarzeń, którego z uwagi na barierę językową nie jest w stanie sama zrozumieć. Jej powtarzane po wielokroć prośby skierowane do towarzyszącej jej na kanapie Darii Alieksiejewnej o wyjaśnienie zajść, których jest świadkiem, i płaczliwe przyjmowanie odmowy, niezwykle ubogacają drugi plan. Interesująco skonstruowany jest także kąśliwy i pozornie zdystansowany wobec trosk tego świata Ferdyszczenko (Stefan Pawłowski), który – z uwagi na kontuzję wykonawcy – porusza się na wózku inwalidzkim. Po spektaklu wyraźnie podkreślono, że nie był to zamysł reżyserski, ale trzeba przyznać, że „przypadkowe” kalectwo doskonale wpisywało się w konstrukcję tej postaci i, dzięki dobremu rozegraniu tej okoliczności przez Stefana Pawłowskiego, wydawało się wręcz świadomym zabiegiem reżyserskim. Słabiej na tle reszty zespołu wypadali aktorzy grający postacie starsze wiekiem, a więc obecnych na przyjęciu generała Jepanczyna i Tockiego (Łukasz Borkowski). Starość jest jednak trudna do zagrania, a poza może nieco przesadnym wigorem i młodością twarzy ich aktorskim konstrukcjom nie można niczego zarzucić.

Część druga, oscylująca wobec tematów z Braci Karamazow, jest być może słabsza pod względem konstrukcji dramaturgicznej. Fascynujące jest za to obserwowanie scenicznych metamorfoz aktorów, którzy pojawili się w pierwszej części spektaklu. Kamil Mrożek i Paulina Szostak, którym w pierwszej części powierzono epizodyczne role, tutaj wychodzą na plan pierwszy jako Alosza i Liza. Alosza Mrożka jest przede wszystkim nieodgadniony. Trudno bowiem dojść do tego, co tak właściwie kryje w sobie jego enigmatyczny i życzliwy uśmiech, którym obdarza każdego napotkanego człowieka. Postać najmłodszego z braci Karamazow jest pod pewnymi względami podobna do Myszkina z pierwszej części spektaklu – obaj znajdują się niejako poza społecznością (Myszkin jako dopiero co przybyły z zagranicy, Alosza jako żyjący poza miejscowością zakonnik), obaj posiadają też szczególny rodzaj wrażliwości na bliźniego.   Jednak dokonująca się w obu bohaterach przemiana wewnętrzna została przeprowadzona w zupełnie inny sposób. U Myszkina o wiele więcej rozgrywa się na zewnątrz (zmyślnie pokazana choroba bohatera jest chociażby symptomem jego inności i słabości, a także zewnętrznym wyrazem  gwałtownych emocji obecnych w życiu wewnętrznym), u Aloszy zaś wszystko skrywa się pod uśmiechem i życzliwością, co do której trudno mieć pewność, że nie ma w niej pewnej dozy ironicznego zdystansowania. Alosza wyczekuje, co świat ma mu do pokazania i dopiero kiedy inni odkryją karty, stara się na to jakoś zareagować. Doskonale widać to w scenie z kapryśną Lizą, gdzie Alosza dostraja się do kaprysów i dylematów Lizy, stając się jakby echem jej wewnętrznych rozterek.

Wspaniale odmienne od tych stworzonych w pierwszej części są także kreacje Juliana Świeżewskiego i Tomasza Olejnika. Rakitin tego pierwszego to prowokujący, chorobliwie zazdrosny o Gruszeńkę (bogata i wielowymiarowa rola Julii Trembeckiej) bezbożnik, który namawiany przez Gruszę próbuje sprowadzić Aloszę na bezdroża występku. Charakterologicznie odmienny od Rogożyna jest przez Świeżewskiego odmalowany wyrazistą kreską – cynizm miesza się tu z dziecinną przekorą, a uwielbienie z chciwością. Także Dymitr Karamazow Olejnika to postać pełnowartościowa. Wykonawca doskonale oddał wewnętrzne wrzenie tej postaci, która rozsadzana jest przez emocje, kipi wręcz od niezdecydowania, ale nakłada na ten cały kocioł afektów pokrywkę konwenansu i przywiązania do religii.

Szkice z Dostojewskiego to przedsięwzięcie udane zarówno dla młodych aktorów, jak dla ich pedagoga. Ci pierwsi, bez pośpiechu, w czasie dwuletniej pracy, zbudowali wielowymiarowe kreacje, które pozwoliły im zaprezentować swój warsztat od najlepszej strony. Ich opiekunka zaś z maestrią wytrawnego pedagoga stworzyła spektakl, w którym na pierwszym planie są właśnie jej podopieczni, a przy tym nie zatraciła dramaturgicznego wyczucia i zdolności kreowania niezwykle twórczej energii na scenie.

 Michał Rogalski

Szkice z Dostojewskiego, na podstawie „Idioty” i „Braci Karamazow” Fiodora Dostojewskiego
tłumaczenie: Jerzy Jędrzejewicz i Aleksander Wat
Teatr Collegium Nobilium
premiera: 12 lutego 2014  

reżyseria: Maja Komorowska
obsada: Ewa Jakubowicz, Katarzyna Leśniakiewicz, Małgorzata Mikołajczak, Paulina Szostak, Julia Trembecka, Łukasz Borkowski, Karol Dziuba, Filip Kosior, Adam Machalica, Kamil Mrożek, Tomasz Olejnik, Stefan Pawłowski, Julian Świeżewski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 × 3 =