Natalia Kamińska: Wskrzeszenie autora

17 kwietnia 2016

O spektaklu Dziady w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym w Warszawie

Dziady/ fot. Jacek Domiński

Dziady/ fot. Jacek Domiński

Łatwo można ulec pokusie odczytania Dziadów w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa jako komentarza do naszych mitów narodowych. Sądzę jednak, że jeśli ustawilibyśmy je w szeregu podobnych spektakli, których mamy obecnie zatrzęsienie (a co czyni się niejako odruchowo przy każdej współczesnej realizacji dramatów romantycznych), moglibyśmy wiele stracić.

Język teatralny litewskiego twórcy jest specyficzny – wchłania wielkie dzieła literatury europejskiej (jak choćby słynna trylogia szekspirowska – inscenizacje Hamleta, MakbetaOtella czy znane polskim widzom z łódzkiego festiwalu Nowa Klasyka Europy i toruńskiego Kontaktu Boska komediaRaj wg Dantego) i tłumaczy je na alfabet marzeń dziecięcych, naiwnych, ale jednocześnie wystarczająco pierwotnych, by traktować świat metafizyczny na równi z realnym. Jednak to tylko pozornie swobodna gra wyobraźni – znaczenie jest zakodowane w spektaklach Nekrošiusa w bardzo precyzyjny i konsekwentny sposób. To dziwne połączenie. Z jednej strony ta poetyka budzi we mnie dawno zapomniane, dziecięce (nie mylić z dziecinnym) spojrzenie, pozbawione uprzedzeń i bagażu doświadczeń, pozwalające na wejście w przedstawiony świat łatwo i bezrozumnie; z drugiej świadomość rangi reżysera i złożoności znaczeń zawartych w jego spektaklach zmusza do wytężonej pracy intelektualnej. Dylemat! Czy mam z uwagą śledzić pozostawione przez autora tropy i tym samym dać sobie szansę na napisanie odkrywczej recenzji, czy może lepiej pozwolić się ponieść?

Być może ta dychotomia jest pozorna, a jednym z możliwych sposobów zinterpretowania tego spektaklu jest wyjście poza próby odczytania go jako logicznego ciągu znaczeń i zadanie sobie pytania nie o to, co oznaczają określone symbole (np. poszczególne gesty dłoni, tak ważne w teatrze Nekrošiusa), ale jak oddziałują?

Zapędy interpretatorskie studzić może także fakt, że twórca zabiera nas daleko poza teren znany i oswojony – do pierwotnego lasu, przestrzeni pogańskiego rytuału i dalej, w zaświaty. Nieprzygotowani, stajemy po stronie wtajemniczonych, co w teatralnym uniwersum litewskiego reżysera zdaje się oznaczać: za grobem. I rzeczywiście – właśnie tam rozgrywa się pierwsza i druga część Dziadów. Na obrzęd udają się nie żywi wieśniacy, a dusze. Znaczenie mają nie słowa, a gesty. Dziewica (Wiktoria Gorodeckaja), postać balansująca na styku dwóch światów, otwierająca i zamykająca spektakl, podczas swojego monologu wycina w powietrzu inicjały Adama Mickiewicza. Proste gesty (jak ręka przyłożona do twarzy) odzwierciedlają podstawowe emocje – trwogę, przejęcie, współczucie. Wszystkie te ruchy wydają się przymusowe. Dłoń jest sprawcza. Guślarz-Diabeł (Marcin Przybylski), prawie stale obecny na scenie koryfeusz, trzyma w dłoni ołówek. Nie pióro, a właśnie ołówek. Rogami diabłów towarzyszących Konradowi (w tej roli Grzegorz Małecki) podczas Wielkiej Improwizacji są właśnie czerwone ołówki. Na końcu sceny jeden z nich otrzymuje bohater pochowany w trumnie zbudowanej z wydań Dziadów, aby wypisać autografy swoim współczesnym – Maryli, Słowackiemu, Norwidowi i Towiańskiemu. W porównaniu z piórem ołówek jest narzędziem niewinnym, chwilowym, wszystko, co zapisane, łatwo można zetrzeć. W przedszkolu mogliśmy używać tylko jego, pozwolenie na długopis było nobilitacją, oznaczało wejście w świat dorosłych.

Jednak w świecie Necrošiusa z długopisem jesteśmy bezradni. Nic nam tu nie pomogą stosy przeczytanych książek, kolejno zdobywane stopnie naukowe czy chmura skomplikowanych słów mających dookreślić coraz to bardziej efemeryczne zjawiska. Tym, czego naprawdę tu potrzebujemy, jest czystość dziecięcego spojrzenia.

Linia demarkacyjna szczególnie silnie zarysowuje się w połączeniu scen Widzenia Księdza Piotra i Salonu Warszawskiego. Twórca wykorzystuje tu kojarzący się z nadzieją symbol bociana, tak silnie zrośnięty zarówno z polskim, jak i litewskim krajobrazem. Przeobraża się w niego Ksiądz Piotr (w tej roli Mateusz Rusin) podczas swojego przejmującego monologu. Gdy na scenę wchodzą goście Salonu, po bocianie zostają jaja – nadzieja na odrodzenie. Ci ludzie nie są już dziećmi, nie ma tu też tradycyjnego podziału na dwa obozy – to jednolita grupa dobrze ubranych, przeciągniętych przez formację kulturową mieszczuchów, dla których jedyne, co można zrobić z bocianimi jajami, to zagrać nimi w golfa. Tylko Adolf, zbierający datki dla wywiezionych, wyróżnia się czerwonymi butami – on jest ze świata bociana, wsi, dzieciństwa. Pozostali mogą się zdobyć jedynie na pusty gest – podarowania książki, rękawiczki czy zegarka, potrafią jedynie markować współczucie, ale nie są zdolni do odczuwania.

Postaci dzieci z czwartej części i Aniołów towarzyszących Konradowi w celi zostały połączone (wcieliły się w nie Paulina Korthals i Paulina Szostak). To one – nieumyślnie, przez zabawę – powodują jeden z dreszczy metafizycznych charakterystycznych dla teatru Nekrošiusa. Wydaje się, że u litewskiego twórcy metafizyka ma dwa poziomy – jeden bliższy, oswojony świat pogańskich duchów przyrody i drugi – nieuosobiony, nieokiełznany, groźny. W Hamlecie ten dreszcz powodowały krople wody skapujące z podwieszonej pod sufitem piły, w Makbecie – przywodzący na myśl oko błysk światła kończący przedstawienie, w Dziadach – zawodzący dźwięk, który wydała harmonia potrącona przez jedną z dziewczynek. Dyskretny znak, że jest tu ktoś jeszcze.

Nie od razu daje się zauważyć kilkunastometrowy kontur pomnika Mickiewicza (ten wileński, autorstwa Zbigniewa Proszaszki, którego zdjęciem na stronie internetowej Teatr Narodowy zbywał wszystkich ciekawskich do ostatnich dni przed premierą), górujący nad resztą scenografii. Dostrzegłam go dopiero w momencie, kiedy został podświetlony na wejście Gustawa – później zdawał się pełnić rolę portalu między światem namacalnym a metafizycznym, który zrósł się z rzeczywistością wykreowaną przez wieszcza. Sprawiało to wrażenie, jakby sam autor próbował się uwolnić ze swojego pomnika, zerwać z siebie wszystkie tradycje interpretacyjne i na powrót stać się żywym twórcą zespolonym ze swoim dziełem. Ogromny i niecielesny, sprawia wrażenie demiurga, któremu wytwór wymknął się spod kontroli. Może dlatego diabły obserwujące monologującego Konrada grzebią go na końcu w grobowcu zbudowanym z tomów Mickiewicza?

Mamy zatem Wieszcza-żywioł, usiłujący otrząsnąć się z narosłych przez lata sposobów analitycznej lektury jego dzieła, ale jednocześnie będący właśnie dzięki niemu słyszalnym; mamy gesty, które w o wiele większym stopniu niż słowa otwierają znaczenie, ale jednocześnie więżą wykonującego je w obrębie tego znaczenia, mamy wreszcie słowo pisane, które, będąc fundamentem tego świata, staje się jednocześnie grobem dla jego twórcy. To, co jest początkiem, jest jednocześnie końcem. Jedyna droga do wolności zamyka się w więzieniu. Zatem paradoksy? Eimuntas Nekrošius w inscenizacji Dziadów rzuca widzowi wyzwanie – albo, zgodnie z dziewiętnastowieczną kategorią wczucia (Einfülung), odważymy się wejść w ten świat jak dzieci, bez uprzedzeń i presupozycji, albo zostaniemy bezradni u jego progu, z notatnikiem i ołówkiem w ręku. A w świecie tym zasady logiki nie obowiązują.

Natalia Kamińska

Dziady Adam Mickiewicz

data premiery: 10 marca 2016

reżyseria: Eimuntas Nekrošius

scenografia: Marius Nekrošius

muzyka: Paweł Szymański

kostiumy: Nadežda Gultiajeva

reżyseria światła: Audrius Jankauskas

opracowanie tekstu: Rolandas Rastauskas

asystentka reżysera: Anna Turowiec

realizatorzy dźwięku: Rafał Barański, Mariusz Maszewski

realizatorzy światła:   Bartłomiej Kaczalski, Zbigniew Szulim

Obsada:

Gustaw-Konrad: Grzegorz Małecki

Guślarz, Diabeł: Marcin Przybylski

Ksiądz Piotr: Mateusz Rusin

Dziewczyna, Maryla: Wiktoria Gorodeckaja

Ksiądz (cz. IV): Piotr Grabowski

Pani Rollisonowa: Kinga Ilgner/Danuta Stenka

Senator: Arkadiusz Janiczek

oraz: Bartłomiej Bobrowski, Karol Dziuba, Anna Grycewicz, Joanna Gryga, Robert Jarociński, Paulina Korthals, Grzegorz Kwiecień, Kacper Matula, Kamil Mrożek, Paweł Paprocki, Piotr Piksa, Paulina Szostak, Magdalena Warzecha i Adrian Zaremba

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 + 8 =