Robert Mróz – Włoski Hamlet

13 marca 2011

o filmie Italiani Łukasza Barczyka.

Italiani / plakat filmu

Hamlet – dzieło adaptowane, przerabiane, interpretowane setki razy. Czy opierając się na nim można pokazać jeszcze coś nowego, absorbującego? Łukasz Barczyk stara się nas przekonać, że można. Niestety, ponosi spektakularną porażkę.

Nad fabułą nie ma się co rozwodzić, bo też i nie ona jest tu najważniejsza – żona zdradza męża, jej kochanek go zabija. Syn zamordowanego (intrygujący Krzysztof Warlikowski, którego osoba z pewnością przyciągnie do kin teatralną publiczność) zna prawdę, bo objawił mu ją we śnie duch ojca. Nie podejmuje jednak żadnych działań – milczeniem wskazuje winnego. W międzyczasie okazuje się, że chodzi tu jednak o coś trochę innego, ponieważ na pierwszy plan wysuwa się erotyczna fascynacja matką, zresztą odwzajemniona. A wszystko to w otoczeniu stylizowanym na Włochy lat 30. ubiegłego wieku – toskański zamek, charakterystyczne, potężne trzydrzwiowe samochody, mundur jednego z bohaterów, przemówienia Mussoliniego płynące ze staroświeckiego radioodbiornika. Ale miało nie być o fabule.

W sytuacji, gdy wszystkie możliwe wątki zostały już w kinie przetworzone, gdy każdą historię regularny bywalec kinowych sal widział już zdecydowanie zbyt wiele razy, a popkulturowy, popcornowy schematyzm jest w stanie przeżuć i wypluć dowolną ilość dowolnie skomplikowanych treści, popularne jest twierdzenie, że autonomiczna, autorska wypowiedź możliwa jest jedynie poprzez nowatorską formę. Także i Łukasz Barczyk w jednym z wywiadów stwierdził, że jego marzeniem jest sprowadzenie rozmowy o filmie do rozmowy o formie, czego dobitny dowód daje swoim nowym filmem. Fenomenalne zdjęcia Kariny Kleszczewskiej natychmiast przywodzą na myśl sztukę wideoartu. Przybrudzone, chropowate obrazy kręcone z ręki kreują atmosferę niepokoju i są najmocniejszą stroną przedsięwzięcia. Pojawiające się co jakiś czas retrospekcje pokazano za pomocą pięknych, rozświetlonych i delikatnie rozmazanych sekwencji detali, z wyczuciem obrazujących być może kompletnie nieistotne, a być może absolutnie kluczowe wspomnienia bohatera.

Wydawałoby się, że umieszczenie wydarzeń w nietypowej, wykrzywiającej i wyostrzającej rzeczywistość formie i przesunięcie akcentów z kryminalnej historii zemsty na wątek kazirodczy stanowi świetną trampolinę do skoku w poszukiwaniu ciekawych sensów, do zagłębienia się w psychikę bohaterów i tym samym do odkrycia przed widzem nowej warstwy dobrze znanej opowieści. Niestety, dogodna okazja została koncertowo zmarnowana. Twórcy rozgrywają historię zaskakująco sztampowo, mamiąc widza rzekomym bogactwem odniesień i pod psychoanalitycznym płaszczykiem nieudolnie skrywając emocjonalną i znaczeniową pustkę, która przekłada się na przemożne uczucie nudy, szerokimi falami ogarniające coraz to dalsze rzędy zapełnionej do ostatniego miejsca (toć to jest wielkie artystyczne wydarzenie!) kinowej sali. Nie to jest jednak największym grzechem Barczyka, Warlikowskiego i spółki. To, co razi najbardziej, to zapatrzenie w siebie, nieumiejętność dialogu z widzem – przez cały film miałem uporczywe wrażenie uczestnictwa w wakacyjnym wyjeździe grupki dobrych znajomych, jednym z tych, gdzie każdy nieznajomy czuje się obco i niepewnie, głównie dlatego, że nie ma z pozostałymi wspólnych tematów do rozmowy. Uczucie to paradoksalnie wzmagane jest przez chwaloną przed chwilą warstwę wizualną – zniekształcenie brzegów kompozycji wygląda jak rama obrazu, co samo w sobie jest bardzo ciekawym konceptem ukazującym dzieło sztuki jako autonomiczną całość, jednak w tym przypadku, odcinając film grubą kreską od świata, przeczy wszelkim inspiracjom i powoduje, że sztuka zaczyna dusić się w swoim własnym sosie.

Co bardziej wyczuleni na filmową formę czytelnicy mogliby teraz zaprotestować – być może wcale nie chodziło o jakiekolwiek znaczenia, może celem był sam obraz i, skoro strona wizualna robi jak najbardziej pozytywne wrażenie, to wszystko jest w porządku. Jasne, fabuła nie musi być podstawą obrazu kinowego i niejeden twórca dobrze wyszedł na rezygnacji z jakiejkolwiek opowieści i skoncentrowaniu się na kolorach i kadrach. Tyle tylko, że wtedy trzeba przestać udawać, że jednak się coś opowiada, nie próbować usilnie stwarzać pozorów głębokiej opowieści. Trudno odnaleźć taką tendencję u Barczyka. Są w Italiani co najmniej dwie doskonałe sceny – pierwsza, sugerująca stosunek seksualny matki z synem i druga, również nasączona wyzywającym erotyzmem, tym razem bardziej dosłownym. Pierwsza mroczna i statyczna, druga rozgrywająca się w świetle południowego słońca i pełna ruchu – pokazują niesamowitą świadomość formy i uświadamiają oglądającemu, jak wielkim osiągnięciem mogłoby być nowe dzieło Barczyka, gdyby tylko twórca popatrzył na nie z dystansu i pozbył się tej wątłej namiastki opowieści, tak niemiłosiernie męczącej.

Już przy okazji poprzedniego filmu młodego twórcy, Nieruchomego poruszyciela, padały głosy, że misternie konstruując swoją układankę, reżyser przestaje zwracać uwagę na odbiorcę i, przywdziewając szaty nierozumianego artysty, zapewnia sobie twórczą wolność kosztem artystycznej samotności. Stwierdzenie to nadal pozostaje w mocy.

Robert Mróz

 

Italiani

Reżyseria: Łukasz Barczyk

Scenariusz: Łukasz Barczyk, Krzysztof Warlikowski

Zdjęcia: Karina Kleszczewska

Muzyka: Robert Sędzicki

Występują: Krzysztof Warlikowski, Renate Jett, Jacek Poniedziałek, Thomas Schweiberer, Margherita di Rauso

Produkcja: Polska

Dystrybucja: Gutek Film

Data premiery: 11.03.2011r.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eighteen + one =