Robert Mróz: Chrzest w brudnej wodzie

29 października 2010

Marcin Wrona stara się postawić w sytuacji granicznej nie tylko bohaterów, ale i widza. Mimo pewnych niedoróbek jego próba zaowocowała bardzo mocnym filmem.

Scena z filmuMichał żyje spokojnie i dostatnio. Żona, córka i dobrze prosperująca firma dają mu wszystko, czego potrzebuje. Jednak pewnego dnia do jego mieszkania wkroczy Janek – przyjaciel z dzieciństwa, zawdzięczający Michałowi życie. Skomplikowana przeszłość połączyła ich nierozerwalną, wręcz braterską więzią. Powiedzieć, że wraz z tym, jak Michała zaczną coraz natarczywiej nękać demony przeszłości, więź ta zostanie wystawiona na próbę – to nie powiedzieć nic. Bo wydarzenia, jakie czekają bohaterów, są nie próbą, lecz wyrokiem.

Z chwilą, gdy w poniedziałek Janek po raz pierwszy po długiej rozłące widzi się z Michałem, widz, za pośrednictwem roztrzęsionej, nerwowej kamery, przekracza próg mieszkania wraz z nim. Zbliżenia na twarze, zaglądanie w każdy zakamarek – uczestniczymy w życiu ekranowych postaci. Szybko okazuje się, że taki sposób pokazywania bohaterów nie będzie służył zaspokojeniu voyeurystycznych pragnień publiki, tak chętnie wyzyskiwanych przez kino. O nie, Wrona każe nam partycypować w wyczerpującym wyczekiwaniu na wykonanie dawno zasądzonych kar, stawia nas w samym środku wydarzeń, nie pozwalając nawet na chwilę wytchnienia. Cały czas, od poniedziałku do niedzieli, kiedy to odbyć ma się tytułowy chrzest syna Michała, towarzyszymy bohaterom. Dlatego z dnia na dzień napięcie narasta, w końcowych partiach przeradzając się niemal w rzeczywiste współodczuwanie z postaciami.

Reżyser nie chce, byśmy oglądali bezcelowe zmagania Michała i Janka postawionych w sytuacji granicznej – chce, byśmy razem z nimi ją przeżywali i cały czas mieli świadomość nieuchronności tragicznego końca. Bo oto demony przeszłości nie tylko pukają do drzwi – one już je wyważają. Michał zdradził swój gang, a za taką winę kara musi być najwyższa. Kiedy kończą się pieniądze na codzienny haracz, trzeba pożegnać się z życiem. Bohater nie chce przy tym całkowicie się poddać – mając pełną świadomość tego, co go czeka, układa plan, który pozwoli mu uratować rodzinę. Kluczowym elementem tego planu jest Janek. Ten nie ma zamiaru zaakceptować takiej kolei rzeczy i próbuje działać. Wszystko jednak na próżno i ostatecznie mężczyzna musi zdobyć się na największą chyba ofiarę w imię przyjaźni.

Zanim jeszcze na dobre zacznie się film, na ekranie widzimy rycinę Dürera „Kain i Abel”. Widzowie już od tego momentu wiedzą, jak zakończy się „Chrzest”. Jednak akt bratobójstwa nie poddaje się tu oczywistej interpretacji. Bo przecież nie chodzi tu o zazdrość czy gniew. To raczej akt braterskiego miłosierdzia, pozwalający Ablowi uniknąć losu po stokroć gorszego, jakim byłaby śmierć z rąk okrutnych gangsterów. A że są oni okrutni, przekonujemy się bardzo dobitnie w jednej ze scen. Niestety, to właśnie ta scena jest pęknięciem na monolicie, jakim miał szansę być scenariusz filmu Wrony. Oto jesteśmy świadkami egzekucji dokonanej na dłużniku przez szefa gangu, Grubego, i jego ludzi – w tym zmuszonego do udziału Janka. Ten niewyobrażalnie brutalny akt fizycznej przemocy nie tylko powoduje mimowolne odwrócenie głowy u co wrażliwszych widzów, ale przede wszystkim zaburza misternie konstruowany klimat całkowitego psychicznego osaczenia. Jego bezpośredniość najzwyczajniej w świecie nie jest tu potrzebna, ponieważ wszystkie informacje, jakie możemy dzięki niemu zdobyć – o szalonym wręcz okrucieństwie gangsterów i o udziale Janka, który ma być pomocny w wytłumaczeniu jego ostatniego czynu – przekazane są także w innych scenach. Zamiana przemocy psychicznej na fizyczną wygląda w tym kontekście na wymuszoną, tak jakby film wymagał urozmaicenia i wzmocnienia przekazu, podczas gdy tego właśnie nie potrzebuje.

Na szczęście twórcy szybko wracają do poprzednich metod budowania napięcia i film odzyskuje odpowiedni, „duszny” klimat. Im bliżej do niedzieli, kiedy wszystko ma się zakończyć, tym staje się mroczniejszy. Bardzo ciekawe jest, jak realizatorzy, dla wzmocnienia wymowy dzieła, niemal całkowicie unikają nawet najmniejszych wątków pobocznych, niejako izolując bohaterów od prawdziwego życia i pozostawiając ich sam na sam tylko z jedną sytuacją. Takie zabiegi są potencjalnie niebezpieczne, łatwo mogą prowadzić do spłycenia psychologii postaci poprzez pozbawienie ich cech charakteru nieistotnych dla wąsko rozumianej historii. Jednak w „Chrzcie” mamy do czynienia z postaciami z krwi i kości, do tego dobrze zagranymi. Nie mówię tu tylko o postaciach pierwszoplanowych – doskonałą rolę stworzył na przykład Adam Woronowicz (gra Grubego), który filmy dobiera umiejętnie, tak, by uniknąć zaszufladkowania.

Po seansie rodzi się pytanie: czy chrzest – odkupienie, wymazanie grzechów – w ogóle jest możliwy? Czy śmierć Michała, która stanowi przecież początek prawdziwej udręki Janka, zmuszonego do dźwigania ciężaru zbrodni (cóż z tego, że dokonanej z miłosierdzia?) jest jakimkolwiek rozwiązaniem? Na ekranie widzieliśmy tylko ziemską, ludzką sprawiedliwość, nieuznającą żadnych odwołań i usprawiedliwień. Ta boska, związana z sakramentem, nie ujawniła się. I nawet mimo narażającego misterną konstrukcję narracyjnego pęknięcia, wątpliwości gdzieś z tyłu głowy dźwięczeć nie przestają.

Robert Mróz


„Chrzest”

Reżyseria: Marcin Wrona
Scenariusz: Grzegorz Jankowski, Grażyna Trela, Dariusz Glazer
Występują: Tomasz Schuchardt, Wojciech Zieliński, Adam Woronowicz, Natalia Rybicka i inni
Zdjęcia: Paweł Flis
Muzyka: Marcin Macu
Produkcja: Polska
Rok produkcji: 2010
Dystrybucja: Best Film

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nineteen − 14 =