Robert Mróz: Karę musi wymierzyć Bóg

21 kwietnia 2012

O spektaklu Sędziowie w reż. Piotra Kulczyckiego w Teatrze Wolandejskim w Warszawie.

sędziowie / materiały teatru

Wyspiański. Sędziowie. Kolejna interpretacja klasyki. Kolejne świadectwo braku interesujących, nowych pomysłów. Kolejny raz wyjdę z teatru znudzony i rozczarowany… a może jednak nie?

Zasób tekstów, stworzonych przez tysiąclecia istnienia sztuki dramatu, pozwala zrealizować teatralne ambicje niemal każdemu. Nie masz własnego konceptu? Sięgnij do dzieł o ugruntowanym statusie, zrealizuj je bezpiecznie i zgodnie z utrwalonymi regułami, a z pewnością przyciągniesz publiczność – w końcu widzowie najbardziej lubią te sztuki, które już dobrze znają. Podejście to najczęściej skutkuje jednak jedynie nadprodukcją bezpłciowych, wtórnych i zwyczajnie nudnych spektakli, zdolnych do wywołania co najwyżej jednej gwałtownej emocji – irytacji. Na szczęście nie oznacza to, że prawdziwi entuzjaści całkowicie wyginęli. Po prostu na niektórych z nich trudno natrafić, tak jak to ma miejsce z zespołem Teatru Wolandejskiego – grupa amatorów, występująca na scenie jednego ze stołecznych dzielnicowych domów kultury, nie przyciąga na swe spektakle tłumów spragnionych wrażeń widzów, a mimo to jej członkowie wykazują to, co w sztuce najważniejsze: pasję.

Spektakl Wyspiańskiego niewątpliwie należy do kanonu polskiego dramatu, ale posiada pewną dodatkową zaletę – nie jest do szczętu wyeksploatowany, co pozwala cieszyć się nim bardziej niż kolejną adaptacją Kordiana czy Ślubów panieńskich. Jako próba przypomnienia współczesnej publiczności dzieła niemal całkowicie zapomnianego jest więc spektakl Teatru Wolandejskiego całkowicie usprawiedliwiony. Co więcej, twórcy nie ograniczyli się do mechanicznego odtworzenia struktury tekstu, ale postawili na własną interpretację, a to wyszło sztuce zdecydowanie na dobre. Wybrali tylko najważniejsze kwestie, koncentrując się na możliwie najdobitniejszym przedstawieniu wątku zbrodni i kary, kończąc przedstawienie już po czterdziestu minutach. Skrupulatnie przygotowali scenografię, pomagającą stworzyć przytłaczające wrażenie nieuchronności tragedii. Wszystko to sprawia, że spektakl warszawskiego zespołu, przy wszystkich jego wadach, ogląda się z zainteresowaniem.

Oto znajdujemy się w karczmie Samuela – Żyda, którego starszy syn Natan uwodzi pracującą dla ojca Jewdochę, zmusza ją do dzieciobójstwa, a następnie morduje. Zarówno ojciec, jak i syn, jawią się jako ludzie do cna zepsuci, a jedyną osobą o czystym sercu w całej rodzinie jest Joas, młodszy syn Samuela. Na scenie widzimy też ojca Jewdochy, któremu Samuel niegdyś odebrał wszystko, na czele z córką, i który nie stara się nawet ukryć swego cierpienia oraz niewinnego Urlopnika – na niego ostatecznie spada cała wina za popełnioną przez Natana zbrodnię. Winę orzekają tytułowi sędziowie – karykaturalne postacie, których głupawe zachowanie bezlitośnie obnaża zepsucie ustanowionego przez ludzi systemu sprawiedliwości. Dlatego też ostateczną karę, w starotestamentowy sposób sprawiedliwą, musi wymierzyć Bóg.

Przy tak mrocznej i ponurej fabule decyzja o narzuceniu inscenizacji bardzo szybkiego tempa i skróceniu jej do niecałych trzech kwadransów jawi się jako z jednej strony szalenie ciekawa, ale z drugiej – bardzo ryzykowna. Ciekawa, gdyż dzięki temu udało się wydobyć z dramatu jego esencję, atmosferę nieuniknionego potępienia, bez potrzeby uciekania się do efektownych, rozpraszających uwagę dodatków. Dosadnie i prosto do celu. Ryzyko, którego niestety nie udało się z sukcesem uniknąć, polegało tu na tym, że łatwo było z tempem przesadzić. W kilku momentach aż prosi się o chwilę wytchnienia, by móc zastanowić się nad wypowiedzianymi właśnie słowami i w spokoju przeanalizować przebieg wydarzeń. Takie chwile pozwoliłyby też na baczniejsze przyjrzenie się scenografii i pewnym detalom, niewątpliwie stanowiącym jedne z bardziej frapujących elementów spektaklu. Krata, brutalnie zamykająca dostępną aktorom przestrzeń sceniczną i podkreślająca opresyjną atmosferę ponurego życia Samuela i jego synów, oraz konfesjonał, wymownie podkreślający nieuniknioność pokuty za straszliwe grzechy, w połączeniu z zawieszonymi na szyjach bohaterów, splecionymi z konopnego sznura pętlami, skutecznie kreują charakterystyczne dla moralizatorskich dzieł Wyspiańskiego napięcie – dodatkowo podkreślane przez dynamiczną grę świateł, niejednokrotnie zupełnie wyłączanych i dzięki temu materializujących na scenie mrok obecny w duszach głównych bohaterów.

Także aktorzy dobrze odnajdują się w ponad stuletnim repertuarze archaicznych słów, nie starając się na siłę dopasować gestów do kwiecistego momentami tekstu. Szczególnie Błażej Dawidson w roli Samuela zwraca uwagę oszczędnym, acz wiernym oddaniem cynizmu swego bohatera, który w miarę rozwoju tragicznych wydarzeń, zwieńczonych okrutną boską karą, osuwa się coraz głębiej w rozpacz i roztrzęsienie, ale mimo to do końca nie potrafi przyznać się do grzechu. Nie sposób przy tym jednak nie zauważyć, iż malutka scena Domu Kultury Stokłosy stanowiła dla twórców poważne ograniczenie – gdy na pierwszym planie znajduje się równocześnie kilka osób, spektakl staje się nieco chaotyczny.

Wskazane wady nie są jednak w stanie zatrzeć pozytywnego wrażenia, jakie wywołują Sędziowie. Zręcznie unikając widocznych w tekście uprzedzeń rasowych, wydobywając to, co w dramacie uniwersalne i najważniejsze, zespół Teatru Wolandejskiego zaprezentował się jako niezwykle interesująca alternatywa dla renomowanych instytucji kultury (zresztą nie pierwszy raz, polecam Małżeństwo z kalendarza!). Spostrzeżenie to prowokuje jednak pewną mniej radosną refleksję: jak to się dzieje, że najciekawszych adaptacji klasycznych dzieł dokonują nie ludzie posiadający wszelkie wysoko cenione kwalifikacje i pracujący w, można by rzec, pierwszym obiegu teatralnym, ale grupa nikomu nieznanych amatorów? Twórcom z Teatru Wolandejskiego powodzenia, a pozostałym – chwili refleksji życzę.

Robert Mróz

Stanisław Wyspiański, Sędziowie

Scenografia i reżyseria: Piotr Kulczycki

Występują: Błażej Dawidson, Stanisław Kubiak, Anna Bielecka, Marta Bąberska, Andrzej Kacperski i inni

Premiera: 2 grudnia 2006 roku, Teatr Wolandejski w Warszawie.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 × two =