Robert Mróz: Wrzaskliwe szaleństwo księcia

4 lipca 2011

O spektaklu Hamlet w reż. Seung Hoon Chaia z Uniwersytetu Suwon, Instytut Teatru i Filmu

Cóż począć, gdy spektakl, który się obserwuje, przemawia do nas językiem dramatycznie odmiennym od wszystkiego, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić? Gdy ekspresja aktorów, ich sposób poruszania się i operowania głosem uparcie nie chce podporządkować się żadnemu wygodnemu schematowi interpretacyjnemu, a konteksty, do których odwołują się twórcy, zakorzenione są w historii kraju leżącego na drugim krańcu świata? Można, a wręcz trzeba, starać się zgłębić i zrozumieć przekaz płynący ze sceny, jednak jest to zajęcie na tyle trudne i żmudne, że pierwsze godziny po zakończeniu występu siłą rzeczy poświęca się na przeżywanie towarzyszących odbiorowi sztuki emocji. W przypadku koreańskiego Hamleta nie mogą to być wrażenia inne niż radość i oczarowanie.

Kiedy mgła zasnuwająca scenę powoli zaczyna opadać, z umieszczonej na środku trumny, stanowiącej jedyny element scenografii, zaczyna mozolnie wydobywać się coś. To coś okazuje się być kobietą, która, wydając z siebie co chwila przeraźliwy chichot, powoli zamienia podartą i zaplamioną balową suknię na czerwone, dziurawe pończochy, ozdobiony lubieżnymi koronkami gorset i rozmazany, wyzywający makijaż. W krąg nikłego światła reflektorów, niosąc świecę, wkracza mężczyzna. Oto i Hamlet, a kobieta to jego matka. Jej nowy wizerunek przeraża syna, czego wyraz daje on w ekspresyjnym tańcu, w którym trudno odnaleźć wyrazisty rytm, ale który bezbłędnie wyraża niezrozumienie, szok, a w końcu i czarną rozpacz bohatera. Wiemy już, że dla Koreańczyków nie jest ważne trzymanie się litery tekstu – niepotrzebne są im początkowe partie dramatu, niepotrzebni Ofelia, Klaudiusz i Fortynbras. Mamy skupić się tylko na Gertrudzie i Hamlecie, którego ciało – spektakl obywa się bez słów – służy mu za medium wyrażające rozszarpujące go emocje. Biegając i miotając się po parkiecie, bohater zaczyna zdradzać objawy szaleństwa, które ostatecznie prowadzi go do zbliżenia z matką połączonego z brutalnym mordem, dokonanym na niej przy ogłuszającym akompaniamencie tradycyjnych koreańskich bębnów buk.

Zbryzgany czarną krwią Hamlet pogrąża się coraz głębiej i głębiej w szaleństwie, a makabryczne doświadczenie śmierci staje się początkiem rytuału wywoływania duchów. Pojawiają się tajemnicze, wystrojone w czerwień postacie, powstaje mężczyzna przebity mieczem, budzi się dziwny, ubrany w smoking i wywijający parasolką dżentelmen, jakby wyjęty z planu koreańskiej Deszczowej piosenki. Czy to tylko wytwory rozsypującej się wyobraźni bohatera, czy prawdziwi reprezentanci świata zmarłych? Czy jesteśmy świadkami próby uchwycenia działania zmaltretowanego umysłu, czy quasi-historycznego traktatu o przenikaniu się przeszłości i teraźniejszości? Tego nie wiem, jednak z pewnością, kiedy krąg upiornie zawodzących postaci zacieśnia się, wiążąc w środku bohatera, czujemy, co mógł mieć na myśli reżyser mówiący, że „teatr jest podróżą w poszukiwaniu śmierci”. Na scenie niepodzielnie panuje już śmierć – świat żywych staje się niemożliwy do odróżnienia od świata duchów, czerwona poświata ogarnia każdy skrawek dostępnej postaciom przestrzeni, budzi się nawet kobieta, której śmierć przed chwilą widzieliśmy na własne oczy. To, że możemy obserwować duchy, tak jak obserwujemy żyjących, nie świadczy o ich przybyciu do naszego świata, ale raczej o naszym wtargnięciu do ich rzeczywistości, zapowiadającym również rychłą śmierć głównego bohatera, która istotnie spotyka go w spektakularnym finale.

Pojawia się pytanie: czy to w ogóle jeszcze Hamlet? Co prawda wyłapujemy wiele znajomych sytuacji i motywów, choćby pełniącą w spektaklu istotną rolę czaszkę (czy jednak możemy uznać, że jest to czaszka Yoricka?), ale wszystko to zdaje się być tylko pretekstem do prezentacji propozycji całkowicie autonomicznej, jedynie luźno wspierającej się na tragedii Shakespeare’a. Pozbywając się większości wątków i postaci, twórcy każą nam zastanowić się nad naturą szaleństwa, doświadczyć nieuchronności śmierci, ale już niekoniecznie chcą opowiedzieć historię zemsty i rozterek z nią związanych.

Wyczerpująca  nie tylko dla grających, ale i dla widza ekspresyjna pantomima, portretująca okrucieństwo i brutalność, wymagająca od aktorów zaangażowania każdego, nawet najmniejszego mięśnia do wiernego oddania nieokiełznanych emocji targających postaciami w sekwencjach dzikich tańców i gestów, poprzez swoją hermetyczność i niedostępność stawia przed widownią nie lada warunki. Odwołując się do koreańskiej historii i tradycji, buduje wysoki mur przed śmiałkami chcącymi zapuścić się w świat tamtejszego teatru. Jednak wylewające się ze sceny uczucia, czytelne dla widza w każdym zakątku świata, pozwalają wybić w tym murze dziurę na tyle dużą, by można było prześlizgnąć się na drugą stronę i z zachwytem obserwować dziwy i cuda nieodkrytej jeszcze krainy.

 

Robert Mróz

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 + eight =