Robert Mróz: Z dużej chmury nie całkiem duży deszcz

19 grudnia 2012

O spektaklu Nietoperz w reż. Kornéla Mundruczó w TR Warszawa.

Nietoperz / fot. Márton Ágh

Nietoperz / fot. Márton Ágh

Nietoperz jaki jest, każdy widzi. Głośno piszczy, drapie, szarpie za włosy i pojawia się znienacka. W gruncie rzeczy jest jednak dość nieszkodliwym zwierzęciem. Podobny opis można z powodzeniem zastosować także do Nietoperza.

Kornél Mundruczó, choć jego kariera teatralna trwa już dekadę, do tej pory znany był raczej jako reżyser filmowy – jego Deltę Łagodnego potwora – projekt Frankenstein mogliśmy niedawno oglądać w polskich kinach. Cechą charakterystyczną jego twórczości jest brak jednoznacznych konwencji – film swobodnie miesza się z teatrem, brutalizm i elementy czarnej komedii z melodramatem i musicalem. Jego najnowszy spektakl, wystawiany na deskach TR Warszawa Nietoperz, stanowi doskonałą ilustrację tej metody.

31 grudnia. Wszyscy przygotowują się do hucznych obchodów święta Nowego Roku 2013. Także i w pewnej specyficznej klinice pacjenci i personel nie próżnują, starając się, by nadchodząca noc była niezapomniana. Klinika jest specyficzna, ponieważ dokonuje się w niej eutanazji. Noc z pewnością będzie niezapomniana, ponieważ właśnie w Sylwestra zażyczył sobie odejść z tego świata słynny niegdyś dyrygent, do którego zamierza dołączyć także jego żona. Absurd tej sytuacji jest widoczny jak na dłoni i Mundruczó od samego początku stara się wycisnąć z niego ile tylko się da. Postacie prowadzą poważne rozmowy o procedurze odchodzenia na tamten świat (każdy przepis musi być ściśle przestrzegany, żeby przypadkiem kontrolerzy się nie przyczepili!), by chwilę potem chóralnie wyśpiewywać radosne, imprezowe piosenki przy akompaniamencie gitary i dyskotekowych, jakże odpowiednich w Sylwestra świateł. Niepasujące do sytuacji rekwizyty tylko potęgują wrażenie dziwności, wciągając widza w świat przedstawiony, każąc mu zastanowić się nad tym, co w tej dziwacznej mieszance jest prawdziwe, a co urojone, co jest sednem, a co tylko rozpraszającym uwagę detalem. W międzyczasie można wysłuchać wielu przednich, acz opartych na mocno czarnym humorze dowcipów, być świadkiem niespodziewanego romansu i wielu innych, zabawnych i dramatycznych sytuacji. Jednym z powodów, dla których ta wybuchowa mieszanka działa, są aktorzy. Nie od dziś wiadomo, że ekipa Rozmaitości jest bardzo zgrana i to zgranie widać w Nietoperzu jak na dłoni – siła spektaklu nie leży w indywidualnych popisach (choć tych, głównie wokalnych, jest wcale niemało), ale w zgodnej współpracy całego zespołu. Na pierwszy plan wysuwają się co prawda pełen cynicznej determinacji Adam Woronowicz jako dyrektor kliniki i autentycznie roztrzęsiona Roma Gąsiorowska jako córka dyrygenta, ale nie przyćmiewają oni choćby Małgorzaty Buczkowskiej w roli przeżywającej ekstremalne wahania nastrojów pielęgniarki.

Oczywiście północ, a więc i godzina, na którą został wyznaczony zabieg, zbliża się nieubłaganie. Liczba żartów maleje, sceny stają się coraz dłuższe i bardziej statyczne, tworząc jednolity, dużo bardziej poważny nastrój. Kontrola reżysera nad formą spektaklu jest godna najwyższego podziwu – korzystając z arsenału środków charakterystycznych dla kina artystycznego (np. niemal pozbawione ruchu sceny są tu odpowiednikiem statycznych ujęć, obecnie niezwykle popularnych wśród filmowych twórców, którym niekoniecznie zależy na popularności) bez większego wysiłku manipuluje emocjami publiki, generując salwy śmiechu z równą łatwością, co grobową ciszę. Szkoda tylko, że ostatecznie zapragnął kontroli nad widzem tak wielkiej, że zapomniał o myślowej spójności spektaklu. Oto bowiem okazuje się, że zabieg eutanazji to wcale nieostatni akt tej pokręconej operetki. W kolejce czeka jeszcze jeden pacjent, którym będzie musiała zająć się pielęgniarka zmagająca się z poważnymi wątpliwościami co do wartości moralnej tej procedury. Atmosfera staje się jeszcze gęstsza, scenografia zaczyna się rozpadać – co ma symbolizować zarówno rozpad samej instytucji, od Nowego Roku zamkniętej, jak i psychiki wspomnianej pielęgniarki – muzyka już nie kojarzy się z imprezą, a wszystkie postacie zdają się balansować na granicy szaleństwa. Motywacja nowego pacjenta jest zupełnie inna niż dyrygenta, poglądy pielęgniarki na temat eutanazji zaczynają dramatycznie różnić się od poglądów lekarza, bohaterowie drugoplanowi również dostają szansę na wtrącenie swoich trzech groszy w kwestiach etycznych towarzyszących prowadzonemu w klinice procederowi. Tym samym spektakl, z angażującego emocjonalnie, zmuszającego do ciągłej uwagi, intelektualnie wyzywającego widowiska przeradza się raczej w przegląd możliwych stanowisk w kwestii eutanazji. Taka dyskusja jest oczywiście niezwykle wartościowa, ale niekoniecznie w spektaklu, którego forma jednoznacznie służy wywołaniu jak najsilniejszych emocji. Nie decydując się na postawienie tezy, a jedynie na analizę alternatyw, Mundruczó bezwiednie osłabia ten efekt i, koniec końców, trudno stwierdzić, jaki w gruncie rzeczy był jego cel w realizacji Nietoperza.

Tak więc, ostatecznie, spektakl Węgra okazuje się zbyt ideowo rozmyty, by w pełni zaangażować emocjonalnie, oraz zbyt formalnie rozbuchany, by skłonić do ostrożnej, wyważonej refleksji. Szkoda, że inscenizacyjne mistrzostwo nie idzie tu w parze z dopracowanym scenariuszem, bo bardzo chciałbym określić Nietoperza – spektakl zapowiadający się na wręcz doskonały – słowami innymi niż „zmarnowany potencjał”.

Robert Mróz

 

 

Nietoperz

Na motywach Zemsty nietoperza Johanna Straussa

Reżyseria: Kornél Mundruczó

Scenariusz: Kata Wéber, Kornél Mundruczó

Scenografia i kostiumy: Márton Ágh 

Muzyka: János Szemenyei

Dramaturg: Gábor Thury

Światło i wideo: Kornél Mundruczó

Obsada: Małgorzata Buczkowska, Roma Gąsiorowska, Agnieszka Podsiadlik, Justyna Wasilewska, Rafał Maćkowiak, Dawid Ogrodnik, Sebastian Pawlak, Adam Woronowicz

Premiera: 20.09.2012r., TR Warszawa

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sixteen − 10 =