Ryszard Abraham: Dobra aktorka

22 stycznia 2016

Rozmowa z ANNĄ KARCZMARCZYK, tegoroczną absolwentką Wydziału Aktorskiego warszawskiej Akademii Teatralnej 

Anna Karczmarczyk/fot. K. Pisarek

Anna Karczmarczyk/fot. K. Pisarek

Ryszard Abraham: Bardzo wcześnie zaczęłaś swoją przygodę z aktorstwem. Jak doszło do tego, że stanęłaś pierwszy raz przed kamerą filmową?

Anna Karczmarczyk: Na samym początku była przygoda z harcerstwem, występy w jasełkach i amatorskich przedstawieniach. Mając lat siedem byłam na spacerze z tatą i podszedł do nas pan, który okazał się agentem aktorskim. Zaproponował mi sesję fotograficzną, której następstwem było podpisanie mowy z agencją. W ramach przygodny zaczęłam statystować w różnych produkcjach telewizyjnych. Byłam dzieckiem z ADHD i fascynowało mnie wszystko, co działo się na planie filmowym (śmiech). Następnie zmieniłam agencję i w wieku trzynastu lat dostałam epizod w serialu Na Wspólnej, po kolejnych trzech latach przyszła rola w Galeriankach w reżyserii Kasi Rosłaniec. I tak to się zaczęło.

Dużo grałaś, zanim zostałaś studentką Akademii Teatralnej. Czy szkoła była ci potrzebna, aby grać?

Była potrzebna, żeby zacząć grać w teatrze. Do tego, co robiłam przed podjęciem studiów, czyli filmy i serial, wystarczyła wiedza zdobyta na planie. W Akademii nie ma zajęć praktycznych przed kamerą, ponieważ szkoła nie posiada odpowiedniego zaplecza w postaci dobrego sprzętu filmowego, studia, profesjonalnego oświetlenia i dźwięku. Owszem, są inscenizowane, a potem analizowane ewentualne sytuacje, jakie mogą się zdarzyć na planie, ale to jest teoria z bardzo małym elementem praktyki. Tak przynajmniej było, kiedy ja studiowałam, bo słyszałam, że obecnie młodsi koledzy mają zajęcia z Borysem Lankoszem i Maciejem Stuhrem, co znaczy, że coś się zmienia w tej materii.

Wybierając uczelnię na Miodowej mamy pewne marzenia, wyobrażenia (czasami na wyrost) związane z zawodem, profesorami, swoim miejscem w teatrze. Czy Akademia spełniła twoje oczekiwania?

Na szczęście takich oczekiwań nie miałam i to uchroniło mnie przed rozczarowaniem. Do szkoły zdałam za pierwszym razem, przygotowałam się rzetelnie do egzaminów, ale traktowałam je bardziej jako sprawdzian własnych umiejętności i nie przypuszczałam, że od razu uda mi się zdobyć indeks. Zadawałam również na italianistykę, ale się nie dostałam, więc zostałam niejako skazana na czteroletni pobyt na Miodowej (śmiech). Pedagogiem, który najwięcej mnie nauczył i wywarł istotny wpływ na postrzeganie tego zawodu, był profesor Andrzej Domalik.

Co roku do egzaminu wstępnego na wydział aktorski przystępuje ponad tysiąc chętnych osób. Po czterech latach nauki tylko nieliczni wykonują ten zawód i potrafią się z niego utrzymać.  Co jest powodem tak dużego zainteresowania tym kierunkiem? 

Mylne wyobrażenie o polskim show-biznesie, a co za tym idzie: „łatwa” kariera w serialach, tabloidach, sława zdobyta na „nicnierobieniu, ale za to byciu” na wszystkich możliwych bankietach, niebotyczna sława i uwielbienie widzów oraz niewyobrażalne pieniądze. Odnoszę wrażenie, że jeszcze funkcjonuje stereotyp aktorstwa jako najłatwiejszego i przynoszącego największe profity zawodu na świecie.

Tradycją i obowiązkiem w Akademii Teatralnej jest udział studentów w egzaminach reżyserskich. Jak wspominasz swoje doświadczenie w tej materii?

Nie brałam udziału w wielu egzaminach na wydziale reżyserii, ponieważ kiedy była ku temu sposobność, ja przygotowywałam się do grania w przedstawieniu w reżyserii Andrzeja Najmana w Teatrze Kwadrat i zostałam zwolniona z tego obowiązku. Natomiast na pierwszym roku wystąpiłam w Matce Joannie od aniołów Iwaszkiewicza w reżyserii Tomasza Cyza. Również u Tomka, będąc już na czwartym roku, zagrałam w bajce oraz w Idiocie Dostojewskiego.

W Collegium Nobilium zagrałaś Ninę Zarieczną w Sześciu portretach z mewą w tle Antoniego Czechowa w reżyserii Andrzeja Domalika. To rola z dużymi tradycjami scenicznymi. Zmierzyły się z nią w powojennym polskim teatrze w Warszawie m.in.: Alicja Pawlicka, Anita Dymszówna, Krystyna Janda, Agnieszka Grochowska, Marta Król czy Dominika Kluźniak. Czy istnieje coś takiego jak obawa przed porównaniem z  wielkimi poprzedniczkami?

Zwariowałabym, gdym myślała o poprzedniczkach i w efekcie w ogóle nie wyszłabym na scenę (śmiech). Widziałam w tej roli Dominikę Kluźniak w Teatrze Narodowym. Historycy teatru zapewne robią takie porównania i zestawienia, ale ja się tym nie interesuję, bo to nic nie wnosi do procesu przygotowywania roli. Poza tym nasz spektakl był jednak przedstawieniem szkolnym, przygotowanym przez studentów pod okiem pedagoga. To trochę inna kategoria i raczej nie jest ona poddawana szczegółowej analizie i interpretacji przez krytyków teatralnych. Prawie w ogóle nie ukazują się recenzje z przedstawień dyplomowych, więc na dobrą sprawę nie wiem, jak wypadła moja rola w porównaniu z propozycją Agnieszki Grochowskiej.

Katarzyna Anna Małachowska przygotowała z tobą i koleżankami z twojego roku bardzo ciekawy i odważny projekt Warsztat II pokazywany w szkolnym teatrze i na festiwalach. Czy przedstawienie to było efektem pracy przy egzaminie semestralnym, czy powstało jako dodatkowa inicjatywa pedagoga i studentek?

To była dodatkowa inicjatywa. Projekt opierał się na naszych osobistych przeżyciach i towarzyszących im emocjach. Metodą improwizacji na podany przez reżyserkę Katarzynę Annę Małachowską temat, za pomocą ciała i gestu, stworzyłyśmy uniwersalną historię o człowieku.

Teraz, po czasie, możemy już o tym rozmawiać bez emocji. W ubiegłym roku nie doszło do premiery jednego z przedstawień dyplomowych. Co było powodem, że ten z początku dobrze zapowiadający się spektakl ugrzązł w martwym punkcie i trzeba było sięgnąć po tak drastyczne decyzje jak odwołanie pokazu i usunięcie z repertuaru Collegium Nobilium przedstawienia?

Wolałabym do tego nie wracać, ale skoro pytasz… Zawiódł brak pomysłu, koncepcji i konsekwencji w realizacji, ogólny chaos na etapie przygotowań. Zbyt długo na próbach brnęliśmy w improwizację, która w ostateczności prowadziła donikąd i nie pomagała w skonstruowaniu postaci scenicznych. Poświęciliśmy bardzo dużo serca i czasu temu przedstawieniu, odważyliśmy się nie tylko obnażyć nasze dusze, ale również ciała. Efekt był taki, że powstała niezrozumiała i nielogiczna hybryda, która nie przedstawiała sobą żadnej wartości scenicznej. Na naszą prośbę, kilka dni przed premierą zaproszono na próbę władze wydziału i uczelni, które jednogłośnie zadecydowały, że lepiej zrezygnować z przedstawienia, iż wystawić na kompromitację studentów.

Roman Wilhelmi tak wspominał swoje studenckie lata w ówczesnej PWST: „Miałem problemy w szkole, ponieważ otwarcie mówiłem, że kocham siebie w tym zawodzie. Nie kocham teatru ani filmu. Lubię to. Urodziłem się po to, by grać duże rzeczy. Dlatego chcę być aktorem. Trzeba mieć na to siłę, i ja ją mam.” Istnieje coś takiego jak „miłość do aktorstwa”? Czy to zdrowe uczucie? Bywa odwzajemnione?

Myślę, że istnieje coś takiego jak „miłość do aktorstwa”, dobrze, jak idzie ona w parze z pasją. Ja bardzo szybko, mając raptem kilka lat, zadecydowałam, co chcę robić w życiu. I rzeczywiście kocham to robić. Zupełnie inaczej wygląda mój dzień, kiedy mam przed sobą wieczorem granie na scenie lub zdjęcia na planie filmowym. Cały czas wyczekuję tej chwili i mimo stresu czuję się szczęśliwa. Moim życiowym celem jest zostać dobrą aktorką.

Grasz gościnnie w Teatrze Kwadrat w przedstawieniu Ciotka Karola w reżyserii Andrzeja Nejmana i w Teatrze Polonia w Na czworakach w reżyserii Jerzego Stuhra. Obaj twórcy tych przedstawień są aktorami. Czy praca z reżyserem-aktorem różni się od takiej z nie-aktorem?

Z pewnością tak. Mówię to z pewną ostrożnością, ponieważ dotychczas zagrałam w dwóch przedstawieniach i oba reżyserowali aktorzy. Zdaje mi się, że  różnica może polegać na tym, że reżyser-aktor może mieć większe wyobrażenie o możliwościach zagrania roli, żądać  wykonania konkretnych, realnych zadań, a nie wydumanych pomysłów, których nie da się w żaden sposób przełożyć na język teatru. Wyobraźnia takiego reżysera-aktora oscyluje wokół własnej praktyki scenicznej i opiera się na konkretnych wydarzeniach wziętych z doświadczenia.

Polonia – teatr prywatny, Kwadrat – państwowy. Istnieje jakaś różnica np. w organizacji pracy zespołu artystycznego, przygotowywaniu premiery między teatrem dotowanym z budżetu państwa a utrzymującym się samodzielnie?

Nie jestem związana etatowo z żadnym teatrem. Z tego co wiem, zasadniczych różnic w metodach pracy nie ma: dostajesz tekst, uczysz się go, są próby stolikowe, próby sytuacyjne, próby generalne, premiera, próby wznowieniowe, eksploatacja przedstawienia, gościnne wyjazdy. Jeżeli chodzi o organizację pracy, to teatry prywatne mają zazwyczaj z góry na rok zaplanowany grafik wystawień danego przedstawienia i to bardzo ułatwia zarządzanie swoimi terminami, ponieważ mogę przedłożyć producentowi swoją dyspozycyjność nawet z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.

Grasz dużo zarówno w filmach fabularnych, jak i popularnych serialach telewizyjnych. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeżeli się już wystąpi w głównej roli w serialu, to potem trudno otrzymać rolę w filmie kinowym u uznanego reżysera. Czy istnieje w tym zawodzie podział na aktorów telenowelowych, sitcomowych, serialowych, dubbingowych? Czy to tylko środowiskowe mity?

Taki podział istnieje, choć nie wszystkich aktorów on dotyczy. Niektórzy z równym powodzeniem grają w tasiemcowych serialach, jak i w filmach kinowych. Wszystko zależy chyba od szczęścia i talentu. Ja występowałam w filmach, serialach, teledyskach, reklamach, etiudach u studentów, w filmach niezależnych. Jakość tych produkcji nie zawsze była wysoka, ale nie wstydzę się tego i traktuję to wszystko w kategoriach doświadczenia zawodowego. Jestem aktorką i jestem od grania, a nie od wieloletniego oczekiwania na rolę życia, która może nigdy nie nadejść. Lepiej uczyć się na własnych błędach, niż bezczynnie wyczekiwać na telefon od Agnieszki Holland.

W 2013 roku dołączyłaś do obsady serialu Na dobre i na złe. Interesuje mnie czy jako aktorka masz wpływ na losy granej przez siebie postaci, współtworzysz ją z autorami scenariusza, czy dobrowolnie poddajesz się ich woli?

Nie mam wpływu na tworzenie scenariusza, ale przed każdym ujęciem reżyser, czy to Grzegorz Lewandowski, czy Kordian Piwowarski, „przegaduje” z aktorami scenę i razem podejmujemy decyzję o zmianie tekstu, sytuacji czy intencji postaci.

Czego ci życzyć w 2016 roku? 

Zdrowia i dużo pracy.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Rozmawiał: Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Jeden komentarz do Ryszard Abraham: Dobra aktorka

  1. a, 19 kwietnia 2017 o 20:13

    Słodziak… :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

15 + seventeen =