Ryszard Abraham: Keep smiling

14 sierpnia 2011

Wywiad z Kamilem Przystałem, tegorocznym absolwentem wydziału aktorskiego Akademii Teatralnej.

Kamil Przystał

Ryszard Abraham: Co Cię skłoniło do tego, żeby zdawać do szkoły teatralnej?

Kamil Przystał: Gdy byłem w drugiej klasie gimnazjum, dostałem się do Amatorskiego Teatru Ruchu i Pantomimy MIGRESKA. Znalazł mnie jeden z moich mistrzów, pan Zbigniew Skorek, który nadał kierunek moim teatralnym dążeniom. Przyszedł do mojej klasy, spytał, kto chciałby być w jego teatrze. Koledzy mnie namawiali, ja się nie garnąłem. W końcu pan Zbyszek wskazał palcem i powiedział: Ty! Ty jesteś Kamil i ty przyjdziesz! I to był taki palec boży, który mnie wskazał. No i w końcu przyszedłem. Pojechałem na warsztaty teatralne. Myślałem, że będzie fajna zabawa i że odpocznę. Okazało się, że była ciężka praca (mieliśmy zajęcia z tańca, z robienia masek, z ruchu, pantomimy…)

Na zajęciach z pantomimy dostałem etiudę (wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to jest etiuda) pantomimiczną pt. Bose stopy. Długo zastanawiałem się nad nią, aż w końcu ją przygotowałem. Kiedy był wieczór etiud (jeszcze wtedy w ogóle nie chciałem być aktorem), wszyscy pokazywali swoje pomysły. Wszyscy mieli muzykę, ja nie miałem. Panu Zbyszkowi opisałem o czym mniej więcej to będzie. Wedy wyszukał 5 koncert fortepianowy Beethovena (muzyka, która była użyta w Pikniku pod wiszącą skałą) i do tej muzyki pokazałem etiudę. Po skończeniu czułem się niesamowicie. Zobaczyłem publiczność: moi koledzy płakali, mój profesor płakał, tubylcy (to było w Pasterce, w Górach Stołowych) płakali i turyści też płakali. Wtedy, stojąc tam na scenie, poczułem, że chcę być aktorem, że chcę to robić.

Tychy, z których pochodzisz, nie kojarzyły mi się dotąd z rozwiniętą kulturą teatralną, sztuką żywego słowa, prężnie działającym teatrem amatorskim… A tym czasem jest tam Teatr Mały, który nie posiada stałego zespołu artystycznego tylko pełni funkcję impresaryjną, Teatr BELFEGOR, Amatorski Teatr Ruchu i Pantomimy MIGRESKA, Amatorski Teatr Ruchu WAMPA. Czy to środowisko rodzinnego miasta miało wpływ na wybór drogi życiowej?

Pochodzę z blokowiska, mieszkałem na 16 piętrze. Tychy są podzielone na osiedla: A, B, C, D itd. Ja mieszkałem na osiedlu O. Chciałem być wojskowym, kierowcą jak mój tata, chciałem pracować w hotelu, myślałem, że może pójdę na turystykę i hotelarstwo. Intensywnie zajmowałem się sportem, ponieważ mama była trenerką łyżwiarstwa figurowego. Grałem w piłkę nożną, siatkówkę, jeździłem na łyżwach, tańczyłem w zespole ludowym. No i w końcu pojawił się teatr. Wtedy trochę odłączyłem się od kolegów, zacząłem żyć kulturą. Zbigniew Skorek nie tylko zaszczepił we mnie miłość do teatru, ale również pokazał piękno muzyki klasycznej, którą dotychczas kojarzyłem głównie z bajek animowanych. To był przełom w moim zainteresowaniu kulturą. Nasze próby w teatrze to nie był tylko ruch i pantomima, ale także słuchanie muzyki i oglądanie dobrych filmów, uczestniczenie w kulturze miasta, chodzenie na Śląską Jesień Gitarową, która odbywa się co dwa lata (bardzo ważny międzynarodowy festiwal), Tyskie Spotkania Teatralne czyli festiwal teatrów amatorskich z całej Polski. Poświęciłem temu dużo swojego wolnego czasu, kosztem moich kontaktów z kolegami; oni chodzili grać w piłkę, a ja w piątek, sobotę i niedzielę siedziałem w teatrze.

Miniony sezon był dla Ciebie bardzo pracowity. Pojawiłeś się w trzech spektaklach dyplomowych w Collegium Nobilum: jako Alosza w Braciach Karamazow Dostojewskiego w reż. Jarosława Gajewskiego; Longueville w Straconych zachodach miłości Shakespeare’a w reż. Bożeny Suchockiej; Pan od Joli w Iwaszkiewiczowskich Pannach z Wilka w reż. Mai Komorowskiej. Która z tych ról była dla Ciebie najtrudniejsza?

Wszystkie były trudne i w każdą z tych ról włożyłem mnóstwo pracy. Wydaje mi się jednak, że Alosza był najtrudniejszy – miałem mało czasu na przygotowanie. Nie był to nawet pełny miesiąc, ponieważ ciężko było zgrać terminy prób. Wiele rzeczy nam nie sprzyjało, ale walczyliśmy. No i powstał spektakl. Alosza jest trudnym bohaterem, w porównaniu z innymi bohaterami Braci Karamazow, którzy mają w sobie mnóstwo energii, skrajnych uczuć (od miłości po złość). Wydobywają je z siebie i przekładają na scenę. Alosza zaś chowa wszystko do środka, wszystko przyjmuje, ze wszystkim się zgadza, doradza, jest słuchaczem. Bardzo trudno było mi odnaleźć się w tej przestrzeni, kiedy wszyscy wybuchają jak wulkan. Ja musiałem być „białą, czystą kartką”, która przyjmie na siebie wszystkie ich problemy. Pracując, bardzo często chciałem reagować, działać, robić coś… Jeżeli pamiętasz, w tym spektaklu zazwyczaj stoję jak słup soli, słuchając i będąc tylko energią. Tego wymagał ode mnie prof. Gajewski – żebym był minimalny w ruchach, w tym, co robię, żebym był białym kolorem (jak to nazwaliśmy), który wszystko na siebie przyjmuje.

Jeśli chodzi o Longueville’a, trudno było mnie przekonać do tego, żebym był wesoły, szczęśliwy, pełen energii. Taki jestem w życiu, bardzo nie chciałem powielać tego na scenie. Chciałem, żeby ta postać była trochę inna, zadziorna. Ale potem zrozumiałem, że profesor Suchocka bardzo dobrze mnie prowadziła. Słyszałem opinie widzów, że rzeczywiście każdy z czterech panów w spektaklu Stracone zachody miłości jest inny. Mówili, że Longueville jest zadziorny, ma w sobie coś takiego ostrego. Zatem udało się. To była trudna praca: przekonać się do własnej energii, emploi i móc wykorzystać to na scenie.

A Pan od Joli to świetna zabawa, to była po prostu przyjemność pracować z panią Mają. Uwielbiam tę rolę, uwielbiam skakać przez stół, wszyscy się tym zachwycają, pani Maja też. A jest to chyba najprostsza rzecz, jaką tam robię. Bardzo się cieszę z tego, że nie miałem tam tak wielkiej partytury jak inni moi koledzy. Oni mieli duże role. U pani Mai zawsze pracuje się co do milimetra. Wraz z Igorem Obłozą (drugi Pan od Joli) mieliśmy wolność i rozwalaliśmy całą atmosferę, którą nabudowali koledzy. To było cudowne, że mogliśmy niszczyć to, co oni zbudowali. (śmiech) Oczywiście, nasza destrukcyjna energia była skrzętnie zaplanowana przez Panią Profesor i potrzebna w spektaklu.

Czy mógłbyś scharakteryzować metody pracy reżyserów, z którymi zetknąłeś się przy dyplomach?

Bożena Suchocka nauczyła mnie mówić wierszem, a z tym miałem problemy. Moim mistrzem był, jest i będzie Zbigniew Zapasiewicz. Profesor Suchocka pokazała mi piękne zasady mówienia wierszem: jak wykorzystać rym, średniówkę. Nauczyła mnie, jak przenosić rymy, składnie, jak dzielić wiersz, żeby był logiczny. Wyjaśniła od bardzo technicznej strony, gdzie stawiać akcenty, by mówić z sensem. Jej praca była bardzo inscenizacyjna. Chciała, żeby to dobrze wyglądało. Chciała nas bardzo „dobrze pokazać”, z jak najlepszej strony, wykorzystać nasze atuty. Wszystko jest przemyślane, poukładane w jej głowie. Zawsze jest przygotowana na zajęcia, wie, czego chce i umie to egzekwować od studenta. Mogę jej zaufać, bo daje dobre, trafne.

Jarosław Gajewski. Uwielbiam u niego to, że wszystko wychodzi z improwizacji, impulsu, z działania w grupie, że jest energia. Chciałbym tworzyć taki teatr, w którym jest energia, atmosfera, w który wchodzi świat metafizyczny. To jest coś, co uwielbiam w teatrze. Gajewski otworzył mnie na drugim roku – miałem z nim wtedy po raz pierwszy zajęcia. Pokazał mi, jak piękny może być teatr, magiczny. Nie miał nigdy gotowej recepty. On nie wie, my nie wiemy, razem się badamy, razem szukamy. Może tak, a może tak. Zawsze można u niego mylić się, popełniać błędy, zrobić coś z improwizacji. Bardzo dużo bierze z aktorów i to mi się podoba.

Maja Komorowska to jest ścisła partytura. Można powiedzieć, że to jest takie smaganie bacikiem aktorów przez panią Maję, bo uczy dyscypliny. Tam w ogóle nie ma przypadku, wszystko jest zaplanowane, każde spojrzenie, ruch. Jeżeli zrobi się za duży ruch, to ona to widzi i już upomina, że jest źle. Po każdym spektaklu u pani Mai są uwagi, które trwają godzinę, czasem półtorej. Co było źle? Co było nie tak? Co trzeba zmienić? To jest ścisła partytura. Wszystko robimy nutka po nutce, tworzymy całą melodię spektaklu.

Każdy z tych profesorów nauczył mnie czegoś ważnego. Myślę, że będę wykorzystywał to coś w przyszłym życiu, to coś pięknego, nowego.

Z wypowiedzi reżyserów waszych spektakli dyplomowych pamiętam, że już w czasie zajęć na wcześniejszych latach mieliście okazje zetknąć się z tymi tekstami, które potem stanowiły materiał literacki przedstawienia dyplomowego.

Braci Karamazow robiliśmy na drugim roku, ale tylko jedna grupa (moja). Miałem na egzaminie dwie sceny. Jedna to była Alosza/Liza. Robiłem to wtedy z Martą Kurzak, która w Braciach Karamazow teraz nie gra (Lizę gra Agata Góral). Wiedziałem o Aloszy tylko tyle, że jest odpowiedzialny, stąpa po cienkim lodzie, bardzo kocha Lizę i już wtedy nie był mnichem.

Jeżeli chodzi o Stracone zachody miłości, to ja byłem w tej grupie, która nie pracowała nad tym tekstem. Moi koledzy robili to w drugim semestrze trzeciego roku. Longueville’a grał wtedy Mateusz Banasiuk i on miał grać tę postać w dyplomie. Ja w ogóle miałem nie grać w tym przedstawieniu, ale mój kolega Rafał Zawierucha dostał główną rolę w filmie. Miał wówczas grać Banię, ale ostatecznie role się poodwracały. Właśnie Banię zagrał Banasiuk, a ja  Longueville’a.

Pannami z Wilka też spotkałem się na trzecim roku i tam również byłem Panem od Joli, ale miałem też w tym egzaminie większe partie.

Zastanawia mnie, na ile korzystny jest powrót po długim czasie do tego samego tematu. Fakt, starsi, bardziej doświadczeni, z innym nastawieniem, ale jednak jest to ta sama literatura. Może nowy utwór dostarczyłby nowej jakości, coś nowego odkrył w was samych?

Myślę, że jest to taka literatura, do której warto wracać przez całe życie. Podobnie jest z filmami, które widziałem będąc w drugiej klasie gimnazjum, np. Amadeusz Milosa Formana. Wtedy na filmie zasnąłem, bo zupełnie go nie rozumiałem. Wróciłem do niego potem jeszcze dwa razy i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tak samo jak Piknik pod wiszącą skałą, który oglądałem siedem razy. Uważam, że wielką literaturę można czytać przez całe życie i zawsze będzie miała inny wydźwięk, za każdym razem będzie się odkrywać w niej coraz więcej. Bracia Karamazow to ogromne tomisko, jest w nim wiele rzeczy do odkrycia. To, co my pokazywaliśmy na scenie, to jest zaczyn do tego, co można z tym zrobić za kilka, kilkanaście lat. To cudowna literatura. Nowością były dla mnie Stracone zachody miłości. Było mi trudniej – nowy materiał, trzeba więcej robić w krótkim czasie. Koledzy, którzy już to robili, byli o krok dalej; czułem, że muszę nadganiać. Tak, warto wracać do wielkiej literatury.

Bracia Karamazow byli w czerwcu grani w Teatrze Ateneum. Ja widziałem spektakl kilka dni po premierze. Jakich dokonaliście zmian w przedstawieniu, na przestrzeni tych kilkunastu miesięcy?

Spektakl zmienia się za każdym razem. Każdy spektakl jest nowy – tym bardziej, że u prof. Gajewskiego możemy sobie pozwolić na wolność. Trzymamy się w pewnych ramach, ale to,  jaki akurat dzisiaj namalujemy obraz, to jest tylko nasza sprawa. Jeżeli podążymy za impulsem kolegi, kolega podąży za naszym impulsem, to jest pięknie. Miałem kilka takich spektakli, gdy czułem, że wszyscy rośniemy. Miałem spektakle, że ja nie rosłem, a grupa rosła, a bywało odwrotnie. Różnie to się zdarza. Spektakl pozmieniał się, niektóre sytuacje uległy zmianom na lepsze. Bardzo dużo podążaliśmy za sobą, z każdym spektaklem.

Czy po przerwie wakacyjnej można będzie zobaczyć spektakl w Ateneum?

Są plany, by pokazywać go w innym warszawskim teatrze. Czy do tego dojdzie – nie wiadomo. Wielu z nas ma już pracę, ciężko zgrać się z terminami, zebrać całą naszą grupę. Mam nadzieję, że będziemy grali, bo to jest cudowna przygoda. To są przecież moi przyjaciele i chciałbym się jeszcze z nimi spotykać na scenie.

Przedstawienia, w których grasz, dostały kilka nagród na XXIX Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi oraz na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych w Warszawie. Czy te wyróżnienia działają na Was (mam na myśli aktorów w nich grających) mobilizująco czy deprawująco?

Nie mam pojęcia! Ja nie dostałem żadnej nagrody, koledzy moi dostali. Same spektakle, w których grałem, tez zostały nagrodzone. Jak to na nich działa – nie wiem. Musisz ich o to zapytać (śmiech). Ucieszyłem się z Grand Prix dla Panien z Wilka. Radość była tym większa, że mogliśmy to razem stworzyć i ktoś to docenił. I tyle. Praca dopiero teraz zaczyna się i trwać będzie dalej. Jest nagroda – fajnie, ale pracujemy dalej, podciągajmy się. Pokażmy, że jest to naprawdę dobre, albo zróbmy to jeszcze lepiej. Przed nami kolejne wyzwania!

Przez cztery lata studiów w Akademii Teatralnej miałeś styczność z wieloma wybitymi twórcami, pedagogami. Kto wywarł na tobie największe wrażenie, czyją lekcję aktorstwa zapamiętasz do końca życia?

Każdy z wykładowców coś mi dał. Na pierwszym roku traktowałem wszystko, co mówili profesorowie, jak prawdę absolutną, choć były to czasami sprzeczne rzeczy. Byli dla mnie wzorami, chciałem być taki jak oni. Bardzo mi się w głowie burzyło, kiedy jeden mówił „zrób to powoli”, a drugi „zrób to szybko” (taki najprostszy przykład). Wtedy zrozumiałem, że każdy ma do aktorstwa swoje indywidualne podejście. Na drugim roku zacząłem łapać od każdego coś, co uważałem za ważne. Na trzecim roku zaczęło się odrzucanie: to jest złe, to mi się nie podoba, wolę to… Czwarty rok – praca przy dyplomach.

Jak myślisz, czego szkoła nie uczy, a powinna?

Uważam, że jest mało ruchu. Wydaje mi się, że po tych czterech latach cofnąłem się ruchowo. Nie zatrzymałem, tylko cofnąłem! A może dlatego tak myślę, że przed szkołą rozwijałem się głównie ruchowo, tanecznie i pantomimicznie. A może po latach nauki w szkole nabrałem większej świadomości swojego ciała, sceny… Może rozwinąłem się… Nie wiem… Dołożyłbym więcej zajęć z ruchu, bo to jest bardzo ważne. Dostałem bogaty warsztat, abecadło, z którego mogę korzystać – mam prawie wszystkie literki (bo wszystkich się chyba nigdy nie zdobędzie), z których mogę budować zdania na scenie.

Maja Komorowska w swojej książce 31 dni maja napisała:

(…) Prawie wszyscy aktorzy, z którymi się zetknął w Nowym Jorku, zarabiają poza teatrem. Pracują w restauracjach, kawiarniach, na stacjach benzynowych… Będzie teraz chyba ciężki czas dla nas, musimy koniecznie zmienić swoje myślenie. Musimy cieszyć się, jeżeli mamy zajęcie, i umieć się przekwalifikować, jeśli go nie mamy. Wiem, że to niełatwe…

Studenci ze szkoły teatralnej powinni się uczyć jeszcze jakiegoś innego zawodu.

Czy masz w zanadrzu inny pomysł na życie, pasję, zainteresowanie, które mógłbyś wykonywać zamiast aktorstwa?

Mam dużo innych pasji. Zdałem od razu po maturze do szkoły teatralnej. Gdybym się nie dostał, mógłbym pracować w sklepie z ubraniami, być barmanem itd. Chciałbym mieć kontakt z ludźmi. Zawsze uwielbiałem pantomimę i coraz częściej do niej wracam. Czuję, że to jest mój teatr. Teatr ruchu to jest chyba to! Uwielbiam wyrażać się plastycznie. Przez cały okres mojego pobytu w Warszawie, utrzymuję się sam. Przed pierwszym rokiem i po pierwszym roku wyjechałem do Kopenhagi i przez 2 miesiące zarabiałem na ulicy jako mim. Nie jako „stacz”, bo nie znoszę tych ludzi, którzy stoją i nic nie robią. To nie są mimowie! Nie sprzedają niczego pięknego, tylko żebrzą o pieniądze. Lubię chodzić na szczudłach, żonglować. Śpiewanie mi nie wychodzi, ale spokojnie, jeszcze kiedyś nagram płytę. (śmiech) Uwielbiam rowery, motoryzację – to jest moje hobby, może jeździłbym wyczynowo na rowerze? Nawet jeżeli kiedyś przestałbym grać, świat nie zawaliłby mi się na głowę. Mam alternatywy.

Kto jest Twoim ideałem aktora?

Nie mam ideału aktora. Nie mam zupełnie nikogo takiego, kto jest moim idolem, kogo uwielbiam, za kim szaleję i za kim podążam. Od każdego coś biorę, każdy ma lepsze i gorsze role.

Jakie masz plany zawodowe na najbliższą przyszłość?

Nie mam etatu i nie martwię się tym. Myślę, że spokojnie sobie poradzę. W Laboratorium Dramatu będę brał udział w kabarecie. W Teatrze Narodowym jestem w próbach u Jerzego Jarockiego. Mam też nadzieję, że będziemy grać nasze dyplomy. Mam kilka projektów filmowych, które są w zawieszeniu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Kilka rzeczy już zrobiłem. Nie przekreślam dobrych seriali. Miałem propozycję tasiemców, które odrzuciłem. Nie zależy mi na tym, żeby mieć, ale żeby być.

Ułóż priorytety w kolejności ważności : serial, dubbing, teatr, film, radio…

Wszystko można postawić na równi, jeśli jest to dobry, ambitny projekt. Ale skoro muszę coś wybrać, to na szybko – teatr i film, reszta troszeczkę poniżej, ale tylko troszeczkę.

Czego mam Ci życzyć?

Pięknego życia, czego można więcej?!

 

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

 

Rozmawiał: Ryszard Abraham

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seventeen − 3 =