Ryszard Abraham: Sceny z życia teatralnego. Rozmowa z MATEUSZEM DAMIĘCKIM

27 stycznia 2012

Rozmowa z MATEUSZEM DAMIĘCKIM.

Mateusz Damięcki w spektaklu "Skazani na Shawshank" / fot. Olaf Tryzna

Ryszard Abraham: W 2002 roku zadebiutowałeś na deskach Teatru Nowego w tytułowej roli w spektakLu Kordian, czyli spisek koronacyjny* w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. Nie było to Twoje pierwsze spotkanie z tym dramatem, bo wcześniej w 1994 w teatrze telewizji zagrałeś małego Kordiana w przedstawieniu Jana Englerta. Jak doszło do Twojej współpracy z Hanuszkiewiczem?

Mateusz Damięcki: Do mojego udziału w Kordianie doszło w sposób zbiegowo – okolicznościowy. Hanuszkiewicza poznałem w 2001 roku. Był to okres, w którym szukał on odtwórcy tytułowej roli w planowanym przez siebie kolejnym wystawieniu dramatu Słowackiego. Pamiętam moje pierwsze z nim spotkanie. Podał mi rękę i ja lekko zdenerwowany uścisnąłem ją, ale nie bardzo myśląc o tym, czyli tak zwyczajnie, jak to robię na co dzień. A Hanuszkiewicz z przynależną sobie dezynwolturą oraz ogromnym wdziękiem, podał mi rękę i trzymając ją cały czas w uścisku, spojrzał mi prosto w oczy i powiedział swym niskim, dostojnym głosem: Już wiem co twój dziadek Dobiesław miał na myśli mówiąc, że nazwisko Damięcki nigdy nie zginie.

Kiedy teraz myślę o tym spektaklu, mam przed oczami taki obraz: Na jednej z prób Hanuszkiewicz waląc swoją lagą o podłogę (już wtedy kulał), po 4 godzinach intensywnej pracy, kiedy ja opadałem z sił (on oczywiście był cały czas ze mną na scenie ucząc mnie wiersza), wściekły powiedział: Jak trochę odpoczniesz to wróć do mnie, bo ja mam jeszcze siłę.

Miał niesamowitą energię, zaraźliwy tryb życia i bycia, który powodował, że zagarniał ludzi i topił ich w sobie, a jak odchodził to robiło się pusto.

Rola była ogromnym wyzwaniem, szczególnie jeżeli ma się w pamięci wielkich poprzedników, którzy się z nią zmierzyli przed Tobą i pozycję samego dramatu w literaturze i kulturze polskiej.  Jak poradziłeś sobie z odpowiedzialnością, która spadła na barki 21-letniego wtedy początkującego aktora?

Odpowiedzialność jest wpisana w ten zawód i odczuwam ją za każdym razem jak wchodzę na scenę i nieważne czy mam 21 czy 30 lat i w jakim repertuarze gram. Rola dramatu i jego legenda dla osób, dla których zostało skierowane to przedstawienie nie miała wielkiego znaczenia. Wśród młodzieży romantyzm nigdy nie był popularny. Kiedy myślimy o bohaterze romantycznym mamy przed oczami stereotypowy obraz: buntownik przeciw zastanym normom, nieszczęśliwy kochanek, osobnik wrażliwy na piękno natury, poszukujący samego siebie, tajemniczy, skryty, izolujący się od otoczenia, patriota walczący o wolność, rozdarty wewnętrznie, czujący swą niemoc, wadzący się z Bogiem… Tak widziana jest literatura romantyczna przez młodego człowieka. Ja przeczytałem wcześniej Kordiana kilka razy, co nie oznacza, że go zrozumiałem. W szkole średniej nikt nie był w stanie mi tego dramatu ciekawie zinterpretować. Zrozumiałem bohatera kiedy pracowałem nad rolą i zrozumiałem go jeszcze przez pryzmat Hanuszkiewicza.

Jakie bariery, przeciwności, słabości musiałeś pokonać w sobie przygotowując się do tej roli?

W zasadzie wszystkie. Musiałem walczyć z samym sobą i z Hanuszkiewiczem we mnie, ponieważ on oczywiście chciał mnie przeciągnąć na swoją stronę. Kazał mi siebie naśladować, a ja całkowicie nieświadomy zacząłem to czynić. Potem zadałem sobie pytanie na ile mam być sobą, a na ile kopią mistrza? Kolejnym krokiem było stworzenie postaci scenicznej, która oddaliłaby się jak najdalej od mojego prywatnego ja i zaczęła żyć swoim własnym życiem. Równocześnie musiało się to wszystko zgadzać z koncepcją reżysera i ogólną wymową przedstawienia. Budowanie roli to bardzo delikatna, intymna sprawa, przypominająca operację na otwartym sercu. Trzeba znaleźć złoty środek, pogodzić wiele sprzecznych ze sobą racji, ułożyć wszystko w logiczną całość i ciągle uważać by cała misternie zbudowana konstrukcja nie runęła jak domek z kart.

 Z perspektywy czasu jak oceniasz dziś Kordiana w swojej interpretacji?

Trudno mi powiedzieć, bo z przyczyn oczywistych nie widziałem tego przedstawienia. Nie wiem do dziś jak zagrałem Kordiana, ale wiem, że czasem zapominałem, że jestem na scenie. To chyba dobrze.

Słyszałem, że on nagrywał wasze próby?

Tak i potem to oglądaliśmy i dostawaliśmy uwagi: Patrz jak grasz, zobacz jakie robisz miny! Jeżeli masz czas i siłę zmień to. To jest dobre, to jest złe. Zobacz jak wyglądasz….

Kolejnym Waszym wspólnym przedsięwzięciem był spektakl Eros i drażnięta na podstawie tekstu Jana Andrzeja Morsztyna. Inna stylistyka, 17-sto wieczny język, inne zadania. Znów zostałeś wrzucony na głęboką wodę. Jak udało Ci się nie utonąć?

Nie wiem czy mi się udało nie utonąć. Przedstawienie prezentowało spojrzenie Hanuszkiewicza na kicz i jego ocenę pewnych granic w teatrze. On robiąc teatr brał pod uwagę każdy tekst jaki mu wpadł w ręce. Uważał, że teatr ma nie tylko dawać chwile zastanowienia, refleksję, sprowokować człowieka do analizy samego siebie, ale też ma dawać dobrą zabawę. Dostał zlecenie na to przedstawienie, więc je zrobił.

Grając u Hanuszkiewicza byłeś równocześnie studentem Akademii Teatralnej. Czy próby do przedstawień nie kolidowały z Twoimi zajęciami na uczelni? Co na to wykładowcy?

Zdecydowanie kolidowały. Musiałem poprosić o półroczne zwolnienie z zajęć. Najpierw udałem się do profesora Andrzeja Łapickiego i przedstawiłem mu swoją sytuację. Powiedział mi, że zgodzi się, ale muszę każdego wykładowcę zapytać o pozwolenie i jeżeli pedagodzy nie sprzeciwią się, to uczelnia nie będzie stawała na przeszkodzie. Otrzymałem urlop na jeden semestr. W tym czasie zagrałem tytułowego Kordiana, gdzie musiałem nauczyć się 60 stron dramatu przeplatanego tekstami Shakespear’a przetłumaczonego przez Hanuszkiewicza, biegałem po scenie, posługiwałem się bagnetem, krzyczałem, szeptałem, padałem, nauczyłem się świadomie korzystać ze swojego ciała…. Po powrocie musiałem osiem egzaminów praktycznych zaliczyć eksternistycznie.

Irena Górska-Damięcka napisała w swych wspomnieniach: Trzeba mieć absolutną pewność racji swojego wyboru. Jeżeli się ktoś waha, zastanawia, niech lepiej od razu zrezygnuje ze sceny. Już samo wahanie jest potwierdzeniem, że nie ma się w ręku wszystkich atutów. Lepiej uniknąć następnych rozczarowań.** Czy współpraca z Hanuszkiewiczem utwierdziła Cię w wyborze drogi zawodowej?

Tak, ponieważ ten człowiek NIGDY NIE MIAŁ WĄTPLIWOŚCI. Zilustruję to prostym przykładem. Dla wielu widzów i krytyków scenografia naszego Kordiana była kiczowata, ale on nie miał wątpliwości, że Mont Blanc w 2002 roku ma się podnosić na metalowych linach i ma być zrobione z plastiku. Po doświadczeniu pracy z Hanuszkiewiczem nabrałem całkowitej pewności, że aktorstwo jest moim przeznaczeniem.

A pytaliście dlaczego plastik?

Nikt mu nie zadał tego pytania. To było bez dyskusji.

Daniel Olbrychski na spotkaniu w Gazecie Wyborczej*** poprzedzającym obchody swojego 50-lecia pracy aktorskiej powiedział: To mój mistrz, jedna z najważniejszych postaci teatru polskiego. Wspominał, jak przed premierą Hamleta w Teatrze Narodowym dostał od niego „najlepszy worek treningowy”, jakim był udział w komedii Fredry Śluby panieńskie. Wspominał, jaką „szkołę” dawał mistrz Adam młodym aktorom. Opowiadał, że dzięki niemu nauczył się „chodzić wierszem” po scenie. – Zawdzięczam mu wszystko, co zdarzyło się ze mną w teatrze. A teatr polski też mu wiele zawdzięcza – dodał aktor. Co zawdzięcza Adamowi Hanuszkiewiczowi Mateusz Damięcki?

Nauczyłem się mówić wierszem, śpiewać w teatrze używając mikroportu, myśleć o postaci, analizować jej życiorys wewnętrzny i zdobyłem odporność na ciosy zadawane przez krytyków. Podpisuję się pod tym co powiedział Daniel Olbrychski.

W okresie studiów zagrałeś w czterech przedstawieniach w Collegium Nobilium: u Agnieszki Glińskiej w Wiśniowym sadzie Czechowa i W piątek wieczorem Russella, byłeś Włastem w Letnikach Gorkiego w reżyserii Eugeniusza Korina a Zbigniew Zapasiewicz obsadził Cię w roli damy dworu w Iwonie, księżniczce Burgunda Gombrowicza. Kto z pedagogów czy reżyserów, z którymi spotkałeś się w Akademii Teatralnej miał na Ciebie największy wpływ?

Wykładowców miałem wielu i prawie każdy wniósł istotny wkład w rozwój mojej osobowości. Ograniczę się do tych, których wymieniłeś, bo jak chciałbym o każdym opowiedzieć choć kilka zdań, to zajęłoby to wiele godzin. Najbardziej odpowiadającą mi była współpraca z Agnieszką Glińską. Ona szuka nowoczesnych inspiracji w teatrze poprzez kontakt, dyskusję, rozmowę z aktorem. Nie zna odpowiedzi na każde pytanie, ale umie tak pokierować studentem, że sam sobie poszuka odpowiedzi. Nauczyła nas jak samemu pracować nad postacią. Potrafi połączyć swoją bardzo wysoką zdolność pedagogiczną z robieniem prawdziwego teatru. Korin to niekwestionowana rosyjska dusza, bardzo szlachetny człowiek o rzadko spotykanej kulturze osobistej. I dzięki temu jego przedstawienia klasyki rosyjskiej wnoszą zawsze dodatkową jakość, głębokie zrozumienie tematu i tragedii rosyjskiej oraz człowieka postawionego przed trudnymi wyborami moralnymi. Natomiast w spektaklu Zbigniewa Zapasiewicza znalazłem się niejako z własnej inicjatywy. Nie było przewidzianej dla mnie roli w tym dyplomie, ale profesor powiedział na zajęciach, że ma nieobsadzone dwie małe role dam dworu. Zaproponowałem, że ja mogę to zrobić i mój pomysł mu się spodobał, ale nie brał mnie pod uwagę jeżeli chodzi o pracę nad rolą przy tym przedstawieniu.

Po studiach związałeś się ze stołecznym Teatrem Współczesnym i można Cię było zobaczyć w dwóch sztukach: Transferze  Kuroczkina oraz w Waszej Ekscelencji Dostojewskiego. Po wyborach ról jakich wtedy dokonałeś możnaby wnioskować, że fascynuje Cię rosyjska literatura?

Ja sobie tych ról nie wybierałem, tylko one mnie. Przeznaczenie? Zbieg okoliczności? Jestem zafascynowany Rosją, jej kulturą, historią i ludźmi. Wymyśliłem nawet taką teorię: jeśli masz prawdziwą pasję, to ona wybiera ciebie, a nie ty ją. To jest silniejsze od ciebie i nie jest kwestią intelektu czy wyboru. To pasja cię odnajduje i wypełnia lukę i potrzebę, z którą się rodzisz. Ja mam tak z Rosją. Mnie rosyjska sztuka wypełnia.

Po kilkuletniej przerwie wróciłeś do teatru. Możemy Cię teraz oglądać w Teatrze Syrena w Skazanych na Shawshank w reżyserii Sebastiana Chondrokostasa? Co skłoniło Cię do przyjęcia tej propozycji?

W 2009 roku Sebastian Chondrokostas zaproponował mi rolę w spektaklu Paragraf 22 na motywach powieści Josepha Hellera. Amerykanin napisał sztukę mówiącą o drugiej wojnie światowej, niosącą ogromny ładunek emocjonalny i symboliczny, swego rodzaju krzyk i wyśmianie wojny jako idei. Przedstawienie miało mieć premierę w Teatrze Syrena. Próbowaliśmy przez 2 miesiące lecz do pokazu nie doszło, ponieważ pojawiły się problemy z prawami autorskimi. Był to ogromny zawód dla całej ekipy pracującej przy tym projekcie. Obiecaliśmy sobie, że tak łatwo się nie poddamy i poszukamy innego materiału literackiego, aby móc się spotkać w tym samym składzie i wspólnie pracować. Rok po tym wydarzeniu rozpoczęliśmy próby do Skazanych na Shawshank.

Czy odczułeś skutki kilkuletniej przerwy w graniu w teatrze?

Nie. Odbyłem kilkuletni trening aktorski w Akademii Teatralnej i mam świadomość środków wyrazu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że głos, ekspresję, ruch, mimikę trzeba dostosować do miejsca i okoliczności, w których wykonuję swój zawód. Inne zasady i techniki aktorskie obowiązują na planie filmowym, a inne w teatrze. Muszę za każdym razem sprostać tym wymaganiom. Nie mogę sobie pozwolić na sytuację, w której braki warsztatowe stanęłyby na przeszkodzie w wykonaniu zadania aktorskiego powierzonego mi przez reżysera.

Skazani na Shawshank to spektakl o przyjaźni zrodzonej w ekstremalnym miejscu, sile wiary w swoją rację, walce o szczęście, a także o satysfakcji, spełnieniu i znalezieniu swego miejsca na ziemi. Grasz Andy’ego Dufresne’a, który wylądował za kratkami za niepopełnioną zbrodnię. Historię tę znamy z filmu Franka Darabonta i książki Stephena Kinga. Czy można jeszcze zaskoczyć, zainteresować, poruszyć widza tematem, który został już dwukrotnie szerokiej publiczności przedstawiony? 

A czy można jeszcze widza zaskoczyć wystawiając Hamleta, Wyzwolenie czy Dziady po raz tysięczny? Wszystko już było. Siła leży w tekście i kryteria są proste: albo coś jest dobre i ponadczasowe albo złe i jednorazowe. Skazani na Shawshank mówią o miłości, przyjaźni, oszukiwaniu siebie, walczeniu z nienawiścią w sobie, władzy… To tematy uniwersalne, każdemu bliskie, rozumiane pod każdą szerokością geograficzną.

Czy teatr jest w stanie konkurować z kinem, kultową książką czy internetem, bez którego nie wyobrażamy sobie życia?

Na szczęŚcie teatr nie musi z niczym konkurować. Były już takie próby, ale zakończyły się fiaskiem. Na początku było słowo, potem człowiek, a następnie teatr. Ja zawsze mówię, że pierwszym aktorem był Prometeusz. Musiał się nieźle nagrać przed bogami by ich omamić, żeby nie zauważyli jego podstępu. Teatr ma w sobie estymę, szyk i czar, który nie da niczym zastąpić, bez względu na to w jakim kierunku będzie zmierzała sztuka, kultura, cywilizacja i technika. Teatr zostanie teatrem.

Jesteś po premierze Ławki rezerwowych Walczaka i Kołaczkowskiego. Czytałem, że jest to komedia muzyczna ukazująca naszą reprezentację poza boiskiem. W spektaklu można usłyszeć przeboje Andrzeja Zauchy…

Wyobraź sobie, że zastajesz na scenie pięciu facetów, którzy są piłkarzami i na takich wyglądają (mają korki, dresy, getry itd), ale siedzą nie na zwykłej ławce, tylko ŁAWCE REZERWOWYCH. Miejsce i sytuacja, w której się znaleźli powoduje, że oni nigdy nie wyjdą na boisko, nie dane im będzie zagrać. To opowieść o ludziach, którzy mają swoje rozterki, ambicje, pragnienia i własne małe tragedie. A wszytko to w męskim sosie, bez kobiet, pokazane przez pryzmat bycia mężczyzną wśród innych mężczyzn.

Natomiast w lutym w Teatrze Palladium będzie miała miejsce premiera spektaklu Dobry wieczór kawalerski. Czy mógłbyś zdradzić w kilku słowach o czym będzie przedstawienie?

Reżyserem jest Piotr Nowak. Teatr jest z zasady zwierciadłem rzeczywistości i w tej sztuce oprócz dobrej zabawy, rozrywki, ciekawych i śmiesznych sytuacji, które zdarzają się między pięcioma pijanymi mężczyznami, spróbujemy zmierzyć się z pytaniami, które sobie bez przerwy zadajemy w życiu: Co to jest miłość? Po cholerę my się w ogóle wiążemy z innymi ludźmi? Co to jest przyjaźń? Na kogo możemy liczyć, a kim nie warto sobie głowy zawracać.

Pytanie z cyklu moje marzenia teatralne: z kim chciałbyś się spotkać na teatralnej drodze albo z jakim tekstem się zmierzyć?

Liczę na szczęśliwe zbiegi okoliczności, na interesujących, inteligentnych ludzi, których spotkam na swej artystycznej drodze. Od czasów studiów jestem zafascynowany Koriolanem Shakespear’a. Swego czasu wielokrotnie rozmawiałem na temat tego dramatu z moimi profesorami – Barbarą Lasocką i Henrykiem Izydorem Rogackim, którzy stwierdzili, że jest to najbardziej dojrzały tekst Stradfordczyka i nie dziwią się mojemu zachwytowi. Więc jeżeli mogę w tym miejscu puścić wodzę fantazji, to moje marzenie wygląda tak: wjeżdżam na koniu na scenę Bogusławskiego w Teatrze Narodowym w pełnym rynsztunku jako rzymski dygnitarz – Koriolan. Oczywiście najlepiej, żeby wyreżyserowała to przedstawienie Agnieszka Glińska. (śmiech)

Na zakończenie pozwól, że znów zacytuję Irenę Górską: (…) Scenę trzeba naprawdę kochać, na przekór wszystkiemu. To bardzo kapryśna, wymagająca, zaborcza, apodyktyczna, zazdrosna, a czasami i okrutna – bardzo okrutna – pani, spędzająca często bez litości własne dziecko z kolan. Trzeba być przygotowanym na przyjęcie wielu cięgów, chłost, skaleczeń, czasem nawet niezasłużonych. ****W nowym roku życzę Ci trafnych wyborów zawodowych, spełnienia w sztuce i przychylności Melpomeny.

Dziękuję.

Rozmawiał: Ryszard Abraham

 

 

 

* Przeglądając materiały dotyczące przedstawienia spotkałem się z 3(!) tytułami tej realizacj. Na stronie e-teatru: Kordian, czyli spisek koronacyjny; w teczkach zawierających recenzje w Instytucie Teatralnym: Kordian; na afiszu i w programie widnieje: Kordian Damięcki 2002.

 

** Irena Górska-Damięcka, Wygrałam życie, Warszawa 1997, s. 29.

*** Cykl Film, muzyka, teatr w Gazeta Cafe. Spotkanie odbyło się 2.12.2011 w warszawskiej siedzibie Gazety Wyborczej. Rozmowę z aktorem poprowadził Remigiusz Grzela.

**** Irena Górska-Damięcka, Wygrałam życie, Warszawa 1997, s. 29.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

16 − fourteen =