Weronika Ostrowska: Myszkinów już dzisiaj nie ma?

26 marca 2017

O spektaklu Idiota w reżyserii Pawła Miśkiewicza z Teatru Narodowego w Warszawie

Idiota/fot. Krzysztof Bieliński

Idiota/fot. Krzysztof Bieliński

Wybierając się na sztukę z Dostojewskim w tle zawsze nieco się obawiam. Po pierwsze dlatego, że jego twórczość jest niewyczerpanym źródłem pytań o sprawy w życiu najistotniejsze, które – jak zawsze może nieco naiwnie zakładam – podejmie reżyser. Po drugie dlatego, że twórcy muszą dokonać wyboru karkołomnego i brzemiennego w skutki, bo Bracia Karamazow, Biesy czy Zbrodnia i kara to utwory rozmiarowo potężne, praktycznie niemożliwe do przeniesienia na scenę w całości. Owszem, kwestia wyboru w realizacji przedstawienia teatralnego nie dotyczy tylko dzieł Dostojewskiego. Każdy spektakl jest wyborem, ale uważam, że przy sięganiu po twórczość tego rosyjskiego pisarza uproszczenia, nieuzasadnione skróty, karykaturalne portrety postaci szczególnie rażą. Na szczęście Idiota Miśkiewicza nie tylko nie razi, ale nawet zachwyca.

Świat wykreowany w tym spektaklu wciąga i domaga się natychmiastowej analizy, ciągłego patrzenia z różnych perspektyw: raz z bliska, by dostrzec najmniejsze, ale znaczące elementy scenografii – anioły i diabły na podłodze, innym razem z daleka, panoramicznie, by objąć wzrokiem całość tej fantastycznej lustrzanej przestrzeni (brawa za doskonałą scenografię należą się Barbarze Hanickiej). Akcja rozgrywa się w jakimś świecie zwielokrotnionym, świecie o niejasnej ontologii, gdzie bohaterów, scenę ze wszystkimi rekwizytami – ławkami jak z dworca, rozebranym fortepianem, ogromnym stołem, siebie samych oglądamy z przodu, z tyłu, z boku. Przed zawłaszczającym odbiciem nie można uciec. Ono pochłania i widza i obraz do tego stopnia, że przestaje być jasne, czy to, co się wydarza jest prawdą, fikcją czy zaledwie odbiciem. Momentami można odnieść wrażenie, że być może jest to jakiś rodzaj snu czy też wiwisekcja umysłu – jednego z bohaterów, reżysera, a może widza, który niby siedzi bezpiecznie w fotelu, ale każdy jego ruch, każda zmiana na twarzy jest widoczna także w odbijających wszystko lustrach, umieszczonych z tylu sceny.

W tej scenerii rozgrywa się dramat człowieka ze wszech miar i zawsze zmierzającego ku śmierci, która dla jednych będzie tu nowym początkiem, dla innych zaś ostatecznym końcem. Powracający wciąż w dialogach bohaterów obraz Holbeina Chrystus staje się pretekstem do wymiany zdań na temat człowieczeństwa i boskości Jezusa, istnienia bądź nieistnienia życia wiecznego. Obraz ten to swojego rodzaju mantra przedstawienia, która powraca i nieustannie nie daje spokoju bohaterom, zmusza ich do zajmowania stanowiska wobec tego, kim był Jezus, kim jest każdy z nich, do odpowiedzi na pytanie, ile w człowieku jest Boga. W końcowych partiach zostaje on przetworzony – zamiast Chrystusa na obrazie widzimy zdjęcia złożonych w grobie postaci spektaklu z grymasem na twarzy, przewijające się przed naszymi oczami z prędkością na tyle dużą, że po chwili traci się orientację, który z nich to ten prawdziwy. Powstaje swoiste zapętlenie, efekt zaciętej płyty. Każdy może być jak Chrystus, każdy skończy w grobie, tak jak stało się to i z nim, każdy też otrzyma ostateczną odpowiedź w momencie śmierci.

Idiocie z Narodowego Myszkin (Paweł Tomaszewski) to postać ważna, ale na pewno nie kluczowa. Z jednej strony jest obcy dla ludzi ze świata, do którego trafia ze względu na swoją chorobę (ale także zachowanie odbiegające od normalnego), z drugiej zaś jakoś się w niego wpisuje swoją skłonnością do opowiadania, swoją słabością do Nastazji. Jednak tutaj jego wyrazistość ginie gdzieś między całkiem sporą liczbą pozostałych postaci, nie można już na niego patrzeć jak na Chrystusa, który w każdym potrafi dostrzec element dobra, ponieważ Miśkiewicz zdaje się tak konstruować tę postać, by podkreślić w niej właśnie wszelkie elementy ludzkie. Szkoda, że gdzieś po drodze właściwie zatraca się całkowicie potencjalną boskość Myszkina.

Wśród pozostałych postaci wyróżnia się przede wszystkim zjawiskowo zagrana przez Wiktorię Gorodeckają Nastazja Filipowna, która aranżuje grę w opowiadanie najokropniejszych uczynków z życia (kolejny leitmotiv spektaklu), na co przystają mężczyźni z jej otoczenia – porywczy jak zwierzę Rogożyn (Mateusz Rusin), wysublimowany, ale przebiegły Tocki (Jan Frycz), zabawny, ale zawsze trafiający w punkt i przy tym cytujący Apokalipsę Lebiediew (Mariusz Benoit), a także Jepanczyn (Mariusz Bonaszewski) i niedoszły narzeczony Nastazji Iwołgin (Przemysław Stippa). Opowiadania, podobnie jak cała rzeczywistość w tym spektaklu, balansują na granicy prawdy i kłamstwa, rzeczywistości i fikcji, stając się jednocześnie pretekstem do zadawania pytań o sytuację człowieka znajdującego się w obliczu nieuniknionej śmierci, który wciąż balansuje na krawędzi między dobrem a złem, nieco jak na bujanej huśtawce, która pojawia się na scenie w drugiej części przedstawienia.

Niestety Idiota zapowiadający się co najmniej znakomicie w pierwszej części, kończącej się iście mistrzowsko zagraną i poprowadzoną sceną w domu Nastazji Filipownej, traci niemal całkowicie swój potencjał w części drugiej. Powolna, ale hipnotyzująca narracja, wspomagana pulsującą zaledwie muzyką, wytraca swój wciągający rytm i zaczyna szwankować. Portrety postaci, tak żywe w części początkowej, zaczynają się rozsypywać. Konflikt Rogożyn-Myszkin nie jest wyrazisty, na czym tracą obaj bohaterowie. Dodatkowo pojawiają się nowe postaci – studenci próbujący wyciągnąć od Myszkina pieniądze. Niby dzięki nim wprowadza się do spektaklu perspektywę ludzi wykształconych, którzy są ateistami, jednak nie zmienia to zbyt wiele w całości dzieła, a jedynie rozbija narrację i osłabia wątki, które można by efektywniej rozwinąć, co na pewno przyniosłoby korzyść całości. Jedyną postacią, która wciąż się broni zostaje Nastazja Filipowna – ironiczna, pełna życia, egzystująca na poziomie wyższym niż inni bohaterowie. Ona dopowiada akcję, uzupełnia luki, czasem przechodzi przez scenę niezauważana przez innych, jakby jakiś duch, ktoś spoza tego świata. Wydaje mi się, że w drugiej części spektaklu Miśkiewicz okazał się niekonsekwentny i przestał wierzyć w siłę swojego pomysłu z partii początkowych – oparciu inscenizacji na zaledwie kilku mocnych i doskonale zagranych, bardzo długich scenach, w których świetnie rysuje się problematyka przedstawienia, konflikty stają się jasne i wyraźne, bohaterowie mają szansę uzyskać odrębność, a także mandat zaufania od publiczności.

Jeszcze jednym z minusów Idioty Miśkiewicza są zakończenia, których naliczyć mogłabym przynajmniej ze trzy. Pierwsze było dość zwyczajne, po prostu instynktownie wyczuwało się, że najważniejsze wątki zostały domknięte, kluczowe słowa padły, a więc należy to zakończyć… Otóż nie! Drugie mogłabym jeszcze zaakceptować – poruszająca historia staruszka Iwołgina mogłaby dopełniać klamrą wątki opowiadania, prawdy i kłamstwa. Mogłaby… jednak po niej na scenie dzieje się coś dziwnego. Myszkin zdejmuje maskę i wygłasza płomienną mowę o wyższości prawosławia nad innymi wyznaniami chrześcijańskimi i Rosji nad innymi krajami, staje się przerażającym fanatykiem, którego nienawistna mowa napawa grozą. Myszkin z pierwszej części został rozszarpany i zdeptany. Myszkinów Dostojewskiego już dzisiaj nie ma.

Cały czas zastanawiam się, dlaczego Miśkiewiczowi tak bardzo zależy na kompromitacji Myszkina. Czy naprawdę już dzisiaj nikt nie jest w stanie uwierzyć w istnienie naiwnego prostaczka naznaczonego chorobą, który rzeczywiście widzi dobro, który wyłamuje się ze świata kłamstw, pieniądza, gdzie wykorzystuje się innych dla własnych celów? Mogę odpowiedzieć tylko we własnym imieniu, że ja może naiwnie wciąż wierzę w takich ludzi. Wierzę, że są i mogą wprowadzić ferment. Nie wierzy zaś reżyser Idioty z Narodowego.

Prawda i kłamstwo, fikcja i rzeczywistość – to na ich pograniczu rozgrywa się spektakl Miśkiewicza. Przedstawienie pełne jest genialnych niemal pomysłów, niedoprowadzonych jednak do końca, obfituje też w momenty doskonałej i naprawdę wartej zobaczenia gry aktorskiej. Na pewno jest dziełem dość uniwersalnym, które dotyka widza ze względu na podjęcie tematów nigdy nie wyczerpanych – śmierci i życia po niej, ostateczności i wieczności, dobra i zła. Zapowiadał się tak dobrze, że bardzo żałuję końca, a szczególnie Myszkina Dostojewskiego, który w ostatniej scenie dostaje obuchem w głowę. Mogłabym porównać Idiotę z Teatru Narodowego do trampoliny, od której ktoś odbija się coraz wyżej, aby zerwać upragniony owoc z drzewa. Najpierw stopniowo buduje wysokość swojego skoku upewniając się, że obrał dobry kierunek, potem coraz śmielej, już bez obaw kontynuuje obraną ścieżkę, aż w momencie, gdy czuje, że muska palcami upragniony cel i ma nadejść decydujący skok, trampolina pęka, a on spada. Owoc wydaje się oddalony jeszcze bardziej niż był wcześniej. A było tak blisko!

Weronika Ostrowska

Fiodor Dostojewski

Idiota

premiera: 11 lutego 2017 r. w Teatrze Narodowym w Warszawie

reżyseria: Paweł Miśkiewicz

dramaturg: Joanna Bednarczyk

scenografia: Barbara Hanicka

muzyka: Anna Zaradny

Obsada: Paweł Tomaszewski, Wiktoria Gorodeckaja, Mateusz Rusin, Jan Frycz, Mariusz Benoit, Mariusz Bonaszewski, Dominika Kluźniak, Paulina Szostak, Justyna Kowalska, Przemysław Stippa, Włodzimierz Press, Marcin Przybylski, Wiktoria Wolańska, Maciej Hanczewski, Jakub Gawlik

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

thirteen + one =