Wojciech Małachowicz: Not just another victorian tale

23 lipca 2017

O filmie Lady M w reżyserii Williama Oldroyda

Lady M/imdb

Lady M/imdb

Czy jest coś bardziej pociągającego na ekranie od zabójczych kobiet? Silne, piękne, bezwzględne i zimne. W szczególności wiedzieli o tym reżyserzy spod znaku noir i neo-noir. Kreowali oni postaci okrutnych kobiet, których niezależność z początku była tylko wyzwaniem dla maczystowskich dominujących bohaterów. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych femme fatale staje się narzędziem kastracji, pozostając jednak bardziej lub mniej perwersyjną męską fantazją. Mimo to kinematograficzna emancypacja w ostatnich dekadach sukcesywnie upodmiotawia kobiety, uniezależniając bohaterki od mężczyzn, pogłębiając i komplikując ich rysy. A jak radzi sobie z tą tendencją William Oldroyd w swoim filmowym debiucie? Czy jego Lady Macbeth jest kolejną męską masochistyczną fantazją na temat silnej kobiety, czy może to tylko jedna z wielu wiktoriańska powiastka o walce z konwenansami z elementami revenge story? Wszystkie te pytania sprowadzają się do jednej kwestii: czy Oldroyd wyzwala swoją bohaterkę czy tylko jeszcze bardziej nadbudowuje jej więzienie?

Wiktoriańska femme fatale

Fenomen Lady M opiera się na tym, że nie da się tego problemu rozstrzygnąć jednoznacznie. Przyczyną jest intencjonalna sprzeczność na linii treść-forma. Fabularnie film jest bardzo mocno warunkowany przez czas i miejsce akcji. Konflikt głównej bohaterki z teściem i mężem ma raczej wymiar uniwersalny niż osobisty, obaj mężczyźni są przede wszystkim egzekutorami społecznego i moralnego porządku. Widać to już w pierwszej scenie. Podczas składania przysięgi małżeńskiej Katherine nie patrzy w stronę ołtarza i kapłana, ogląda się za siebie. Jej spojrzenie będzie wskazywać właściwe źródło nacisku – ludzi przybyłych na ceremonie, którzy są nie tylko świadkami, ale i strażnikami rytuału konstytuującego całą strukturę społeczną i kulturową opartą na patriarchacie. Dlatego rozpoczęcie filmu od sceny zawierania małżeństwa i odrzucenie przez reżysera jakiejkolwiek backstory jest tak istotne dla problematyki obrazu. Rekonstruuje on tym samym ówczesne postrzeganie kobiety. Życie Katherine przed zamążpójściem jest zupełnie nieistotne, błahe i pozbawione sensu, prawie jakby nie istniała wcześniej.

Jednak w kontekście silnie feministycznej wymowy całego filmu można dostrzec, że zachodzi tu zawłaszczenie patriarchalnego gestu. To, co miało utwierdzić bohaterkę w tradycyjnej roli, przewrotnie zostaje wykorzystane przez reżysera do wartościowania czegoś zupełnie przeciwnego – buntu. Bo początek małżeństwa Katherine paradoksalnie staje się inicjacją jej wyzwolenia. W ten sposób William Oldroyd doskonale zawiązuje filmową intrygę, zaczyna od sceny subtelnej, bardzo krótkiej, ale symbolicznej i gęstej znaczeniowo. Po takim początku może sobie pozwolić na spokojny i sukcesywny rozwój akcji. Kolejne powtarzalne nudne dni frustrują bohaterkę, tym samym wprowadzając napięcie potrzebne do rozkwitu buntu, a ten będzie motorem poszczególnych transgresji. Trzeba zaznaczyć, że Katherine buntuje się kompleksowo. Prawie wszystkie momenty graniczne związane są z którymś z trzech głównych bohaterów męskich, a każdy z nich pełni inną podstawową rolę: Sebastian jest kochankiem, Borys – ojcem, Aleksander – mężem. Z pierwszym przełom ma charakter seksualny i emocjonalny, z drugim i trzecim – głównie społeczny. Tytułowa bohaterka kompromituje każdego z nich i ujawnia to, co skrzętnie ukryte w wiktoriańskiej rzeczywistości – postępującą dekonstrukcję tradycyjnych modeli. Szczególnie widać to w przypadku dysproporcji między Borysem, silnym, autorytarnym patriarchą, a Aleksandrem – impotentem przytłoczonym przez swojego ojca. Co ciekawe, to czyni go kolejną obok głównej bohaterki ofiarą obowiązujących wzorców. Tak też jakkolwiek Katherine jest postacią silną, zdeterminowaną i wysoce indywidualistyczną, nie może być przyczyną upadku wiktoriańskiej męskości, a jedynie unaoczniać go. Być może Lady M jest w równym stopniu próbą diagnozy epoki wiktoriańskiej, co studium wyzwalania się osaczonej kobiety.

Lady M/filmweb

Lady M/filmweb

Manifest dzieciobójczyni

Główna bohaterka definiuje się nie tylko przez swoją pozycję wobec mężczyzn. Buduje tożsamość także w oparciu o stosunek do własnej kobiecości. Wątek dzieciobójstwa, który u Szekspira pojawia się tylko w wymiarze przypuszczenia czy fantazji, u Oldroyda zostaje zrealizowany. Według mnie należy go traktować symbolicznie jako odrzucenie macierzyństwa, będącego ówcześnie podstawowym i nadrzędnym powołaniem każdej kobiety, a tym samym najbardziej radykalny sprzeciw wobec patriarchalnego społeczeństwa i dopełnienie fantazji szekspirowskiej femme fatale. Co ciekawe, w interpretacji reżysera Katherine w przeciwieństwie do swojego literackiego pierwowzoru pozostaje na pierwszym planie i ani na chwilę nie traci potencjału sprawczego.

 

Głos udzielony i głos zabrany

Powracając do fundamentalnego problemu, być może tylko pozornej, sprzeczności między warstwą fabularną a formalną, ciężko nie zachwycić się pięknymi zdjęciami i scenografią. Wyraźnie widać inspiracje klasycznymi kompozycjami malarskimi w sposobie kadrowania – symetria, statyczność, poetyka portretu. Jednocześnie Lady M jest pod pewnymi względami naturalistyczna, wskazuje na to scenografia, sposób ujęcia zmysłowości i seksualności, prawie zupełny brak muzyki filmowej, a przede wszystkim bardzo powściągliwa gra aktorska oparta w większej mierze na mowie ciała i mimice twarzy niż przekazach werbalnych. Być może Oldroyd buduje w ten sposób na poziomie formalnym paralelę do fabularnego konfliktu między pierwiastkiem kulturowym i naturalnym. A może to tylko kolejna pułapka, bądź co bądź naturalizm też jest konwencją. Jednego można być pewnym, reżyser nie tylko wie, że przed formą nie ma ucieczki, ale co ważniejsze wykorzystuje to.

To wszystko sprawia, że Lady M to film pod względem estetycznym silnie uwikłany kulturowo. Widzimy główną bohaterkę w ściśle skodyfikowanej ramie. Odnosi się wrażenie, że jest nią skrępowana tak jak ciasnym gorsetem, który zawiązuje na niej codziennie rano służąca. Nie jest to tylko kwestia immanentnej każdemu medium opresyjności formy. Reżyser intencjonalnie wykorzystuje i wzmacnia wpływ tworzywa filmowego. To bardzo intrygujące, jak fabularnie upodmiotawia bohaterkę, a równocześnie formalnie uprzedmiotawia ją. Udziela jej głosu, a jednocześnie odbiera go. Jest w tym coś przewrotnie perwersyjnego (być może noirowski macho przeniósł się z ekranu i stanął za kamerą), a jednocześnie ironicznego. No właśnie, ale czy to ironia wobec próbującej się wyzwolić bohaterki, czy – tradycji estetycznych.

Wojciech Małachowicz

Lady M.

Premiera: 30 czerwca 2017 (Polska), 10 września 2016 (Międzynarodowa)

Reżyseria: William Oldroyd

Scenariusz: Alice Birch

Zdjęcia: Ari Wegner

Muzyka: Dan Jones

Obsada: Florence Pugh, Cosmo Jarvis, Naomi Ackie, Christopher Fairbank, Paul Hilton

Na podstawie: Powiatowa Lady Makbet autorstwa Nikołaja Leskowa

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × 2 =