Zaczęłam mieć odwagę być jaskrawa

1 czerwca 2011

wywiad z IRENĄ JUN o roli w Utworze o Matce i Ojczyźnie w reżyserii Marcina Libera przy okazji [XXX]/XXXI Warszawskich Spotkań Teatralnych i XLVI Przeglądu Teatrów Małych Form Kontrapunkt w Szczecinie.

Irena Jun w spektaklu "Utwór o Matce i Ojczyźnie" / materiały teatru

Ewa Uniejewska: Od lat bacznie obserwuję działania Teatru Współczesnego. Bardzo mnie cieszą sukcesy, jakie w Polsce odnoszą spektakle tego teatru. A wśród nich – Utwór o Matce i Ojczyźnie.

Irena Jun: Również bardzo się cieszę, że gramy tu – na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Gościmy również na Kontrapunkcie. Jest też taki ambitny projekt Polska, w którym mamy wziąć udział. Nasz spektakl będzie pokazywany w kilku miastach Polski; w programie są również warsztaty, spotkania.

Spektakle, które robi Marcin Liber, są z reguły bardzo kontrowersyjne. Rok temu bardzo zaskoczyła mnie wiadomość, że będzie Pani u niego grała. Byłam ogromnie ciekawa, co z tego przedsięwzięcia się zrodzi, a wyszedł bardzo dobry spektakl. Współpraca z Liberem, będącym przedstawicielem teatru bardzo nowoczesnego, nowatorskiego, chyba nie należy do typowych.

– Bardzo dobrze wspominam tę współpracę. Byłam bardzo ciekawa, zarówno Marcina, jak i Oli Gryki – autorki muzyki, młodego zespołu, który wziął mnie do siebie. Bardzo mnie interesowało, czy sobie z tym poradzę. Bo ja jednak przynależę do innego rodzaju środków aktorskich, innego rodzaju teatru. Niemniej uważam, że Marcin jest bardzo wrażliwym reżyserem. Umie posługiwać się nowymi środkami, wizualizować spektakle w sposób bardzo niestereotypowy, odkrywczy, własny, ale nie mający nic z efekciarstwa, wychodzący z głębi. A jednocześnie słyszy aktora. Środki, które proponuje, otwierają mnie, prowokują.

Czy mogłaby Pani podać jakiś przykład?

– Spróbuję. Wypowiadam na scenie słowo „kurwa”, a on wie, że do tej pory nie grałam w repertuarze tego rodzaju, więc to wyolbrzymia. Mam to wrzeszczeć do mikrofonu. To mi bardzo odpowiada, daje mi cudzysłów. Czytam na przykład taki fragment z Grossa o pewnej pani z Milanówka, która jechała z Żydami pociągiem i w obrzydliwy sposób skarży się na towarzystwo, i pisze do córki, że kłuła tych Żydów, którzy jej towarzyszyli, agrafką. Marcin wymyślił, że kiedy kończy się ten epizod, kłuję się w palec. Tak jakbym miała krew na palcu schodzę ze sceny. To nie efekt, ale pogłębienie tekstu, środek, który wypływa spoza tekstu, którego źródło jest w wyobraźni reżysera. Wtedy między reżyserem a aktorem powstaje taki rodzaj niezbędnego mostu, po którym aktor idzie do wizji reżysera. Ten rodzaj porozumienia wydaje mi się niezbędny.

Rok temu, gdy zaczęliście grać Utwór w Teatrze Współczesnym, strasznie się zastanawiałam: no jak, Irena Jun w spektaklu o Żydach, w którym się „rzuca kurwami”, nieprawdopodobne. Przecież Jun to Wernyhora, a tu taka kontrowersyjna rola. Jest to rola matki, ale właśnie matki-hieny, postaci bardzo negatywnej.

– Ta postać to trująca matka. Jestem daleka od myślenia o roli w kontekście realizmu i szukania postaci tak zwanej z życia wziętej. W pamięci aktora tkwią zapamiętane zachowania różnych kobiet. To dotyczy barwy głosu, sposobu chodzenia, mimiki. Również czegoś więcej, co oznacza charakter postaci. Ja widzę w sobie takie stare kobiety, które mają wieczne pretensje. Jak by tak dobrze im się przyjrzeć, to okazuje się, że to nie jest pozbawione jakichś racji. Staram się nie grać stereotypu wstrętnej baby, ale kobietę, która upomina się o swoją przeszłość, która nie może znieść tego, że córka oddziela się od niej, że córka chce być kimś innym. To jest zawłaszczanie przeze mnie sfery przeżyć z Holokaustu, mojej tragicznej przeszłości, to niedopuszczanie córki do świata moich przeżyć, ja się z tym identyfikuję.

Na poziomie samego tekstu ta sztuka jest bardzo kontrowersyjna. Bożena Keff określa w nim Polaków jako plemię sklajstrowane mitem, naród odwiecznych skarg i na matkę, i na ojczyznę, i na Żydów. Gdy opowiadałam kolegom, że to bardzo dobry, kontrowersyjny spektakl, oni zapytali: „No ale jak to? To Irena Jun się rozbiera?”

– (Śmiech)

Tak obecnie myśli się o kontrowersji.

– Ależ tak, jest tam przecież scena pokazywania porodu – pomysł Marcina. Stara kobieta, która udaje poród. Lubię to grać, cofam się do mojej teatralnej przeszłości: ciężarnych kobiet Szajny.

Na tegorocznym Przeglądzie Teatrów Małych Form Kontrapunkt widzowie mieli okazję skonfrontować bardzo dosłowną, mocną interpretację Marcina Libera z poetycką wersją Jana Klaty. Są to dwie zupełnie inne historie. Klata traktuje tekst jak poemat, a nie historię do opowiedzenia. Jak Pani zdaniem powinno się traktować w teatrze tekst, który sam w sobie zawiera niezwykle dużo dosłowności: pochylić się nad tkwiącą w nim poezją, czy jeszcze bardziej zaakcentować jego dosłowność, poprzez różnego rodzaju środki teatralne?

– Myślę, że zawsze najlepszy jest jednak złoty środek. Jest mi zdecydowanie bliższy sposób myślenia Marcina Libera, który tę psychologiczną jaskrawość (która jest przecież pretekstem do stworzenia poetyckiego obrazu konfliktu między matką a córką z Holokaustem w tle – chociaż może trzeba powiedzieć, że to Holokaust jest na pierwszym planie? Trudno ustalić tę hierarchię w perspektywie teatralnej) ja zaczęłam odżywać w tej roli dopiero, gdy zaczęłam mieć odwagę być jaskrawa. Początkowo nie wiedziałam, czy jestem postacią poetycką, czy poruszam się wyłącznie w świecie metafory, czy wolno mi jednak te jaskrawe przypadki wynosić z mojego życiorysu. Zdecydowałam się na to drugie. Im byłam odważniejsza, tym większy widziałam w tym sens. Na początku miałam coś w rodzaju kompleksu w stosunku do aktorstwa Beaty Zygarlickiej, które jest niesłychanie naturalne, spontaniczne, „wzięte z dziś”, „tu i teraz”. Ja nie tylko jestem stara, wywodzę się z innej szkoły, innej estetyki, ale i reprezentuję inny punkt widzenia aktorstwa. Grając bardzo emocjonalnie, szukam formy. Dla mnie właśnie przejaskrawienie tej postaci stało się formą. To, że w tych kilku scenach mogę być zupełnie różna, tym bardziej stało się dla mnie formą. Gdy po którymś już przedstawieniu Liber mówi do mnie: „Wiesz, chciałbym, żebyś mówiła w jednej scenie wysokim głosem”, to ja z rozkoszą na to przystałam, bo pomyślałam sobie tak: „to jest przejaw takiej histerii – kobieta pozostawiona w czterech ścianach, nie panuje nad sobą, zaczyna nagle mówić histerycznym głosem. W związku z tym wszelkie te jaskrawości bardzo mi odpowiadały. Wtedy pozbyłam się kompleksu, że gram zbyt teatralnie, a Beata gra aktorstwem współczesnym. Pomyślałam sobie, że to dobrze, bo na tym przecież też polega konflikt.

O tym przecież jest spektakl.

– Właśnie. Pomyślałam, że ten konflikt unosi się nad nami również w kategorii formalnej. Że inaczej patrzy się na matkę, gdy się ją widzi jakby w przerysowaniu, w zbliżeniu, a inaczej patrzy się na córkę. W ten sposób ja ten mój los stawiam jak gdyby bliżej widza. To ja mówię głośno, to ja mówię bardzo wyraźnie, to ja się dopominam, domagam., nawet „zgrywam”.

Utwór został zauważony na Kontrapunkcie. Wyróżniono przede wszystkim Bożenę Keff, która zyskała miano Indywidualności festiwalu. Zaś spektakl Marcina Libera doczekał się sfilmowania i transmisji w TVP Kultura.

– Tak. Chociaż muszę przyznać, że bardzo przeszkodziło to festiwalowej publiczności w odbiorze spektaklu. Towarzystwo kamer, odgłosy techniczne, niesprzyjająca przestrzeń. Miałam również poczucie, że kamery pozbawiły nas tak zwanej normalnej publiczności. Podczas WST nadzwyczajnie odczuwało się obecność publiczności, która reaguje, która jest w stanie zaznaczyć swoją obecność przy nas. Jak się jest tak blisko publiczności, to ma się wrażenie, że jest się z gośćmi, których samemu się zaprosiło, z ludźmi, którym się opowiada swoją historię. Zabrakło tego na spektaklach Kontrapunktu.

W polskim teatrze ostatnich lat panuje tendencja ciągłego rozliczania się z historią, zbiorową pamięcią, przeszłością. O tej tendencji świadczy chociażby dobór spektakli na Kontrapunkcie. Już pierwszego dnia Między nami dobrze jest (wyróżniony nagrodą publiczności), dwukrotnie Utwór o Matce i Ojczyźnie, a na finał Nasza Klasa. Czy jest to temat, Pani zdaniem, ważny we współczesnym teatrze, czy tylko panuje na niego pewnego rodzaju moda?

– To, że akurat Kontrapunkt tak ukształtował swój repertuar, zapraszając właśnie ten temat, jest moim zdaniem słuszne. Bo w ten sposób Kontrapunkt odnotowuje obecność, a może nad-obecność, tej tematyki we współczesnym teatrze. Mam jednak poczucie potrzeby dystansu teatru do tematów, które są nadużywane. Afera wokół wstrząsających książek Jana Grossa nasila, nagłaśnia temat Holokaustu. A teatr robi, co może Może nie ważne jest, jak to robimy; ale ważne jest, ŻE to robimy. Że o tym mówimy. Wkrótce zapomnimy o skwapliwości, z jaką scena chwyta tę błystkę.

Utwór o Matce i Ojczyźnie kończy scena, w której siedzi Pani na krześle i podchodzi do Pani Beata Zygarlicka. Usia kładzie rękę na ramieniu swojej matki. Widzimy zatem, że możliwe jest pojednanie z matką. A czy, Pani zdaniem, możliwe jest pojednanie z ojczyzną?

– Pewnie tak. Chcieliśmy, żeby ten gest Beaty, kończący spektakl w atmosferze pojednania, był pewną propozycją. Propozycją zrobienia czegoś. Zróbmy coś.

 

Ewa Uniejewska
wywiad przeprowadzony w ramach projektu Nowa Siła Krytyczna
(http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/118113.html)
30-05-2011

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 × 4 =