Zuzanna Liszewska-Soloch: Między jawą a snem

8 grudnia 2013

O fragmencie filmu Zawieszony krok bociana w reżyserii Theo Angelopoulosa

Zawieszony krok bociana /materiały archiwalne

Zawieszony krok bociana /materiały archiwalne

 

Już ich nigdy nie odnalazłem – tak szybko utraconych…

tych oczu pełnych poezji, tej młodej twarzy…

gdy się ściemniało na ulicy…

 

Już ich nigdy nie odnalazłem – podarował mi je zwykły przypadek,

a ja tak łatwo się ich wyrzekłem,

a potem w takiej męce za nimi tęskniłem.

Tych oczu pełnych poezji, tej bladej twarzy,

tych warg – już nigdy nie odnalazłem.

 

 Konstandinos Kawafis – Dni 1903

 

Pokoje hotelowe na całym świecie i w każdym czasie są do siebie podobne. Równie bezosobowe, bez duszy, skażone przejściowością. Pokój hotelowy to przestrzeń emigranta, obcego, ,,bezdomnego”, który nigdy nie jest u siebie. Trochę azyl, a trochę pułapka, oddzielająca od nieznanego, ponurego, niebezpiecznego świata za oknem.

Alexander, główny bohater ostatniego z tzw. ,,trylogii granic” filmu Theo Angelopoulosa Zawieszony krok bociana, dziennikarz, budzi się w dzień właśnie w pokoju hotelowym. Jego świadomość, myśli, błądzą gdzieś na granicy między jawą a snem. Tam, na zewnątrz pada śnieg, a domy mieszkańców niczym nie różnią się od wagonów uchodźców. Tam, na zewnątrz w miasteczku położonym na granicy grecko-albańskiej, panuje atmosfera zagrożenia, beznadziei, bezsilności. Kogoś powieszono, zapewne w wyniku międzyetnicznych sporów. Płaczki lamentują nad trupem, wrzeszczą w milczące niebo, wydzierając sobie ciało nieszczęśnika. Od czasu do czasu słychać strzały pograniczników. Wysoko ponad granicą na drzewach zakładane są linie telefoniczne, jedyna próba stworzenia łączności między dwoma stronami rzeki, w której pływają ciała przemytników, uchodźców…

Alexander, który robi reportaż o życiu w tym miasteczku, nie ma żadnego wpływu na otaczającą go rzeczywistość. Wedle jego własnych słów – ,,może to tylko filmować”. Wydaje się to wyznaniem samego reżysera, być może trochę przewrotnym. ,,Tylko”? A może ,,aż”? Z jednej strony przecież reżyser tak jak dziennikarz jest bezsilny, nie może bezpośrednio zmienić tego, co zauważa, jego przenikliwość, trafność obserwacji jest więc zarazem przekleństwem.

Z drugiej strony jednak może to właśnie surowa, pozostawiona niemal bez komentarza, rejestracja tego, co przechodzi  często niezauważalne, nieuchwytne, czy na pierwszy rzut oka nieciekawe, ma ogromny potencjał, jest jedynym wyjściem dla twórcy, daje nadzieję na jakąś choćby minimalną zmianę świata na lepsze.

            Cięcie.

Nie wiemy ile czasu mija do momentu, gdy dziennikarz schodzi na dół, do prowincjonalnej sali dancingowej. Tu, w obłokach papierosowego dymu, w półmroku, miejscowi spotykają się z obcymi, starzy bywalcy z przybyszami. Pogranicznicy piją przy barze i rozmawiają, przekrzykując głośną muzykę. Dookoła wszyscy tańczą w rytm jakiegoś disco hitu. Scena przypomina ożywioną, wyblakłą fotografię z lat osiemdziesiątych. Obraz jest lekko zamazany, kamera może odzwierciedlać perspektywę Alexandra. To, co najważniejsze,  rozgrywa się jakby w tle, na uboczu. Na pierwszym planie śledzimy tańczących ze sobą w parach miejscowych. Są bardzo przeciętni, mimo że każdy z nich tańczy inaczej, na swój sposób i każdy ma w sobie coś charakterystycznego. Alexander pozdrawia kogoś ze swojej ekipy filmowców, zamienia parę słów z miejscowym informatorem. Rozglądając się dookoła, przechodzi przez środek sali, po czym siada przy pustym stoliku. Nagle czuje na sobie czyjś wzrok. To dziewczyna z sąsiedniego stolika nie spuszcza z niego bardzo smutnych, czarnych oczu. W czarnej sukience, z burzą brązowych włosówi nieprzeniknionym wyrazem twarzy, jako jedyna z ,,autochtonów” jest tu całkiem sama.Od otoczenia oddziela ją jakaś niewidzialna ściana, szklany klosz. Za nią stoi grupka miejscowych mężczyzn – gapiów. Nie zwracają na nią uwagi. Przyrzeczona człowiekowi mieszkającemu po albańskiej stronie granicy, jest poza ich zasięgiem. Choć wśród swoich – to jednak inna. Bohater późniejszego filmu Angelopoulosa, Wieczności i jednego dnia, mały albański chłopiec, który wymyślał z greckim poetą nowy język, nazwałby ją zapewne xenitis – outsiderką, ,,cudzoziemką”, kimś, kto nie ma na ziemi swojego własnego miejsca. Gwar, śmiechy, rozmowy do niej nie docierają. Pogrążona we własnych myślach, chwyta się jednak przybysza jak ostatniej deski ratunku przed poczuciem całkowitej emocjonalnej pustki. Ślad takiego wyobcowania odczuwamy może na przykład po śmierci kogoś, kogo znaliśmy, lub gdy czekamy na cud, który przerwie codzienny ciężar znoszonej w samotności rutyny. W dużo mniejszym stopniu przedsmak czegoś takiego można także czuć, gdy siedzi się w zatłoczonej, lokalnej knajpie, w której wszyscy inni się znają, gdzie  jest się jedynym turystą, czy emigrantem, w kraju, którego języka i kultury się nie zna,  a kelner bardzo długo i ostentacyjnie nie przychodzi przyjąć zamówienia.

Nagle, wraz z muzyką zmienia się całkowicie atmosfera dancingu. Liryczny utwór, zmysłowe dźwięki  saksofonu wyciszają salę. W dziewczynie dojrzewa  postanowienie przekroczenia pewnej granicy w samej sobie. Przybysz intryguje ją, jego pojawienie się przerywa rutynę, senną bylejakość życia w miasteczku, przewidywalność nadchodzących dni. Decyzja o złamaniu ogólnie przyjętych norm, przełamaniu obyczajowych nakazów łatwiejsza jest zapewne od przepłynięcia na drugą stronę granicy, przez ostrzeliwaną rzekę do narzeczonego.

Przygoda  miłosna to dla mieszkanki przygranicznego miasteczka szansa na choćby chwilowe zapomnienie o tym, że jej los jest zdeterminowany. Szansa na upragnioną  bliskość z drugim człowiekiem, barwne wspomnienie. Lecz przygoda ta spotęguje też ból, samotność dopełni poczuciem straty. Dziennikarz podejmuje grę dziewczyny. Od początku łączy ich porozumienie bez słów, którego potem będzie mu bardzo brakowało. Przejściowy romans rozdrapie w nich obojgu rany, a Alexander opuści miasteczko nie ten sam, zostawi w nim kawałek siebie. Zanim to jednak nastąpi, nad ranem, wstrzymując oddech, ostrożnie, delikatnie dotknie włosów kochanki, by sprawdzić, czy to co zdaje się teraz tak nierealne, niemożliwe, odległe, nie było tylko snem.

Malarskie, pełne niedopowiedzeń kadry z filmu Angelopoulosa również przypominają sen. Sen, w którym surowy realizm miesza się z poezją, teatralność z prawdziwymi emocjami, strzępki  nic nieznaczących rozmów z wymowną ciszą, przypadkowość z zapadającym w pamięć symbolem, magia przypadku z mniej magicznym przeznaczeniem. Warto go prześnić, by przekonać się, czy na filmowej taśmie można utrwalić to, co utracone.

Zuzanna Liszewska – Soloch

 

Zawieszony krok bociana

produkcja:       Francja, Grecja, Szwajcaria, Włochy
premiera:         13 września 1991

reżyseria:         Theodoros Angelopoulos

scenariusz:      Theodoros Angelopoulos, Petros Markaris, Tonino Guerra, Thanassis Valtinos

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × 3 =