Zuzanna Liszewska: Zbrodnia w świecie Photoshopa

9 listopada 2014

Iwonie księżniczce Burgunda w reżyserii Agnieszki Glińskiej w Teatrze Narodowym  w  Warszawie

Iwona księżniczka Burgunda/fot. Krzysztof Bieliński

Iwona księżniczka Burgunda/fot. Krzysztof Bieliński

Iwona księżniczka Burgunda to najczęściej wystawiana, pierwsza sztuka Gombrowicza, której premiera odbyła się w 1957 roku w warszawskim Teatrze Dramatycznym  w reż. Haliny Mikołajskiej z Barbarą Krafftówną w roli tytułowej. Od tamtej pory inscenizowało ją wielu wybitnych reżyserów w Polsce i za granicą – m.in Zygmunt Hubner, Alf Sjoberg w Sztokholmie, Jorge Lavelli w Paryżu, Kurt Horres w Wuppertalu, Grzegorz Jarzyna,  Anna Augustynowicz, Agata Duda– Gracz. Sztuka doczekała się nawet trzech adaptacji operowych. Po co po tę przerażającą, czarną komedię sięgnęła dziś Agnieszka Glińska? Czy ze sceny Teatru Narodowego Iwona… zabrzmiała  współcześnie i świeżo?

 

 

Proszę państwa, oto Iwona naszych czasów – w wykonaniu Martyny Krzysztofik – niebrzydka, lecz nijaka, pozbawiona czegoś charakterystycznego, choćby defektu, a także gustu. Zawsze w krzykliwych, kiczowatych ubraniach, z lekką nadwagą, zaniedbana i zagubiona, pogrążona w lekturze kolorowych czasopism, śledzeniu losów gwiazd oraz marzeniach o lepszym życiu. Ot, dziecko rozmemłanej i niedbałej epoki, nieokreślone, niezdecydowane, czego chce i kim pragnie być, nie wzbudza przeciwieństwie do swoich poprzedniczek ani specjalnego współczucia, ani fascynacji, ani obrzydzenia. Nie odwracamy od niej wzorku z odrazą, by za chwilę zerknąć ukradkiem. W inscenizacji Glińskiej nie jest nawet intrygująco milcząca, w porównaniu z poprzednimi Iwonami (Gombrowicz w różnych wersjach tekstu redukował kwestie swojej bohaterki, a w końcu w jednej z nich uczynił ją całkowicie niemą). Tu Iwona po prostu jest i nie sili się na to, by wydawać się efektowna, by udawać, uczestniczyć w nieustannej grze pozorów. Nic nie mówi, lub odzywa się niepotrzebnie, nie stara się nikomu przypodobać. A to w wyretuszowanym świecie dworu,  świecie  Photoshopa i paparazzich, a nawet aspirujących do niego poddanych, w świecie ludu, z którym ,,dwór się brata” grzech niewybaczalny. Tu wszyscy pragną zostać popularni, zauważani, począwszy od wymachujących brytyjskimi chorągiewkami Ciotek (Joanna Kwiatkowska-Zduń, Magdalena Warzecha), po uprawiającą jogging i sztuki walki, dbającą o formę (nomen omen) świtę Księcia Filipa (Paweł Paprocki).

 

Glińska umieszcza gombrowiczowskich bohaterów w umownie pałacowych, lecz współczesnych dekoracjach, w błysku fleszy i tabletów. Szambelan (Marcin Hycnar), przebiegły spiritus movens  całej intrygi, filmuje miłosne ekscesy królewskiej pary (Jerzy Radziwiłłowicz i Ewa Konstancja Bułhak),  która na zewnątrz sprawia wrażenie  nienagannej zdystansowanej, konserwatywnej, przywodzącej na myśl członków angielskiej rodziny królewskiej. Królowa w seledynowym kostiumie i kapeluszu jest wręcz młodszą kopią Elżbiety II. Tylko książę Filip, niczym współcześni spadkobiercy korony, decydujący się na śluby z instruktorkami pływania, modelkami czy artystkami cyrkowymi, postanawia oficjalnie zbuntować się i wziąć za żonę pogardzaną, anonimową dziewczynę z ludu. Jego pomysł poślubienia Iwony to kaprys człowieka znudzonego, walczącego bezskutecznie z konwenansami, formą, presją tłumu, nieszczęśliwego i niedojrzałego, ale jednocześnie niepokojąco lubiącego przemoc i perwersję. Książę równie zręcznie bawi się bronią, co uczuciami nie tylko Iwony, lecz także damy dworu Izy (Patrycja Soliman) – celebrytki żywcem wziętej z tabloidów. Sprowadzenie na dwór jego zupełnie ,,niesformatowanej” narzeczonej przewraca cały porządek do góry nogami, uruchamia agresję, mechanizm otwarcia starych, niezabliźnionych ran, strach przed wyjściem na jaw dawnych grzechów. W obliczu Iwony wszyscy zaczynają odkrywać niewygodne prawdy o samych sobie, wychodzi z nich starannie dotychczas ukryta dzikość, zezwierzęcenie, żądza. W spektaklu Glińskiej ukazane jest to znakomicie poprzez zmianę ich sposobu poruszania się. Aktorzy biegają, skaczą po luksusowych meblach, rzucają się na siebie, zapominając o wcześniejszych, eleganckich, ściśle choreograficznie określonych, ruchowych sekwencjach. Dwór pogrąża się w chaosie. Mimo że wszystko zmierza do tragicznego finału, zabójstwa Iwony, Glińska chętnie wykorzystuje parodystyczny, komediowy, operetkowy charakter sztuki, bawi się popkulturowymi kliszami i przyzwyczajeniami widza. Także aktorzy uwypuklają śmieszność swoich bohaterów. Monolog Królowej o ,,pragnieniu giętkości” to prawdziwy popis aktorski Ewy Bułhak, ukazujący całe spektrum postaci – z jednej strony tragicznej, niespełnionej, tęskniącej za autentyzmem i miłością, z drugiej – zabawnej, egzaltowanej, grafomańskiej i egocentrycznej.

 

W przedstawieniu rozbudowana zostaje postać Żebraka (Beata Fudalej), u Gombrowicza występującego tylko w pierwszym akcie. Tu Żebrak z nieodłącznym akordeonem obecny jest niemal cały czas, przygląda się, obserwuje i komentuje akcję songami, których treść jest powtórzeniem niektórych, znaczących kwestii padających wcześniej z ust bohaterów. Ten Gombrowiczowski Stańczyk przypomina nadwornego błazna ze sztuk Szekspira. Wie więcej niż inni. Jego zawodzący głos, molowy, akordeonowy akompaniament i chwiejny chód tworzą odrealnioną, złowróżbną atmosferę. To właśnie on wynosi na zniszczonej taczce ciało udławionej ością karaska Iwony, gdy cały dwór z westchnieniem ulgi wraca do przerwanej kolacji,  przegrany, bezsilny Filip podnosi się z klęczek,  a wszystko wraca do normy.

 

Zuzanna Liszewska

Witold Gombrowicz, Iwona księżniczka Burgunda, Teatr Narodowy

Premiera 25.10.2014

reżyseria: Agnieszka Glińska

scenografia: Magdalena Maciejewska

kostiumy: Agnieszka Zawadowska

muzyka: Jan Duszyński

choreografia: Weronika Pelczyńska

reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

12 − five =