Ryszard Abraham: Siostry B.

7 czerwca 2013

Siostry B.

Noce sióstr Brontë / fot. Bartek Warzecha

Noce sióstr Brontë / fot. Bartek Warzecha

Rozmowa z tegorocznymi absolwentkami wydziału aktorskiego warszawskiej Akademii Teatralnej: ALEKSANDRĄ RADWAN, AFRODYTĄ WESELAK i PAULINĄ KOMENDĄ.

Susanne Schneider: (…) Pewnego dnia człowiek się budzi i już nie jest młody… ale tęsknota w sercu nie chce się zestarzeć, pozostaje tak silna, jak pierwszego dnia, kiedy się ją poczuło… Nie można błądzić, jeśli się miłuje całą duszą!

Ryszard Abraham: Czy zanim zaczęłyście pracę nad przedstawieniem Noce sióstr Brontë znałyście twórczość rodzeństwa z Haworth?

Paulina Komenda: Wiedziałam o ich istnieniu, ale nie znałam szczegółów z biografii. Czytałam powieści Wichrowe wzgórzaDziwne losy Jane Eyre.

Afrodyta Weselak: Znałam Wichrowe wzgórza Emily Brontë.  Przy pracy nad dyplomem zapoznałam się z twórczością mojej postaci – Charlotte Brontë. Było to ważne, ponieważ w historii swoich literackich bohaterek, Charlotte zapisała swój światopogląd. Szczególnie rzecz dotyczy Dziwnych losów Jane Eyre. Bohaterka powieści podobnie funkcjonuje w poczuciu swojej własnej wartości, jak Charlotte, a jednocześnie ma podobną relację z Panem Rochesterem, jak ja z Byronem w spektaklu.

Aleksandra Radwan: Słyszałam o książkach Charlotte, ale nie miałam okazji ich czytać, natomiast Wichrowe wzgórza znałam, ale musiałam sobie przypomnieć. Z wielką przyjemnością wróciłam zarówno do wersji drukowanej jak i filmowej ze świetnymi kreacjami Juliette Binoche i Ralpha Fiennesa. Dotarłam także do wierszy Emily Jane i  czytałam je po polsku, jak również w oryginale po angielsku.

Obecnie można zauważyć renesans ich twórczości. Książki są wznawiane, w kilku przypadkach po raz pierwszy tłumaczone na język polski, Teresa Budzisz-Krzyżanowska i Magdalena Cielecka nagrały audiobooki z Wichrowymi wzgórzami Dziwnymi losami Jane Eyre. W Teatrze Studio Kuba Kowalski wyreżyserował cieszące się dużym zainteresowaniem przedstawienie Wichrowe wzgórza. Do tego dochodzą liczne ekranizacje filmowych, choćby ostatnia dokonana przez Andrea Arnolda. Co Waszym zdaniem jest uniwersalnego i godnego tak częstych powrotów do literatury Charlotty, Emily i Anne?

P.K.: Mimo iż są wybitnymi przedstawicielkami literatury wiktoriańskiej, to ich życie prywatne było bardzo prozaiczne i nie wyróżniało się niczym specjalnym. Były odcięte od świata, zajęte problemami dnia codziennego, a równocześnie żyły w świecie swojej wyobraźni. Ta rozbieżność pomiędzy barwnym światem literatury, a codziennością na zapyziałej plebanii, jest dla współczesnych czytelników fascynująca. Twórczość sióstr Brontë mówi o godności, honorze, Bogu i o miłości – czyli o tym wszystkim, co do tej pory jest w kręgu zainteresowań każdego myślącego i wrażliwego człowieka. Bohaterowie ich prozy podejmują niekiedy kontrowersyjne i odważne kroki np. Jane Eyre decyduje się opuścić mężczyznę, którego kocha (po to by zachować godność).  W dzisiejszych czasach taki wybór mógłby wydawać się  irracjonalny i bezpodstawny, ale moim zdaniem jest wyrazem siły bohaterki i wiary w hierarchię wyznawanych przez siebie wartości. Odnoszę wrażenie, że obecnie ludzie, mimo że deklarują otwartość i nie chcą trzymać się konwenansów, to w głębi serca tęsknią za tą siłą wewnętrzną i wiarą w słuszność głosu sumienia.

A.W.: Siła walki o siebie, o godność kobiety, prawo do nauki, do niezależnego życia. Romantyczna wizja miłości, miłości o sile nieskrępowanej istnieniem śmierci i zawiłości społecznych.

A.R.: Moim zdaniem są to wpisane w ich twórczość kobiece emocje i pełne wyrazistości światy, które dziewczyny skrywały na co dzień, a przelewały na kartki papieru. Dopracowane, żywe i oryginalne – ich własne!

Literatura sióstr Brontë uchodzi za przeznaczoną dla kobiet. Czy płeć brzydka znajdzie w niej coś dla siebie?

P.K.: Każdy jest w stanie wyciągnąć z tej lektury coś dla siebie. To ponadczasowa  literatura. Pisarki były kobietami, więc ich sposób postrzegania świata jest na wskroś kobiecy.  Może z wyjątkiem Emily Jane,  która w sposób bardziej ogólny postrzegała człowieka i jego namiętności.

A.W.: Jeśli jest prawdziwie brzydka to nie.

A.R.: Może mężczyźni po przeczytaniu nauczą się patrzeć kobiecymi oczami? Jak w filmie O czym marzą kobiety z Melem Gibsonem. Usłyszą kobiece głosy i wreszcie zrozumieją, co w naszych głowach się dzieje.

Postacie przez Was grane mimo wykształcenia i talentu, borykają się z samotnością, niespełnieniem w miłości, alkoholizmem brata, brakiem pieniędzy i perspektyw na przyszłość. Umrą w młodym wieku, w biedzie i nie dane im będzie doczekać uznania dla swej twórczości. A mimo wszystko w ich życiu jest nadzieja, która nie opuszcza je do końca. Jakie pokładacie nadzieje i oczekiwania związane ze swoim istnieniem w zawodzie aktora? 

P.K.: Moje nadzieje są bardzo uniwersalne i podobne do tych, jakie ma każdy student Akademii Teatralnej. Chciałabym odnaleźć swoje miejsce w teatrze, spotykać się z różnymi reżyserami, rozwijać się i uczyć. Moim marzeniem jest także granie w dobrych filmach i praca w dubbingu.

A.R.: Liczę przede wszystkim na siebie, na swoją energię, talent, chęć do działania. Mam też nadzieję na spotykanie interesujących ludzi i na ciekawą z nimi współpracę. Nie ukrywam, że jestem szczęściarą i liczę na pozytywne, zaskakujące sploty wydarzeń.

Na jakie kompromisy artystyczne, jako aktorki, nie chciałybyście być nastawione? 

P.K.: Nie chciałabym robić czegoś, co nie było by zgodne ze mną. Trudno mi powiedzieć, co to dokładnie jest, ale myślę, że moja intuicja podpowie mi, jeżeli życie zetknie mnie z takim problemem.

A.R.: Chcę być zawsze niezależna finansowo. Stabilna sytuacja finansowa jest dla mnie gwarancją wolności w dokonywaniu wyborów artystycznych. Nie trzeba wtedy w panice chwytać się wszystkiego co popadnie, byle przeżyć do następnego miesiąca. Chociaż niektórzy twierdzą, że sztuka rodzi się w bólu, cierpieniu i w braku pewności. Ja wolę twardo stąpać po ziemi, jeśli chodzi o pragmatyczne kwestie, aby móc „fruwać” w kwestiach artystycznych.

W procesie przygotowania roli, co jest dla was największym źródłem inspiracji: literatura czy asocjacje ze światem realnym? A może korzystacie z innych bodźców do pobudzania wyobraźni scenicznej?

P.K.: Świat realny dostarcza mi wielu źródeł inspiracji, literatura ma na to też duży wpływ. Nie umiem tego ocenić, bo za mało jeszcze znam siebie. Zapytaj mnie o to za kilkanaście lat.

A.W. Ja korzystam ze wszystkiego.

A.R.: Literatura, filmy, obrazy, własne doświadczenia, obserwacja, sny, wszystko co pobudza wyobraźnie. Czasem są to rzeczy naprawdę zaskakujące.

Przedstawienie było Waszym pierwszym spotkaniem z Bożeną Suchocką, która nie uczyła Was w Akademii Teatralnej. Czy jako aktorki dopiero startujące w tym zawodzie, czujecie się bardziej pewnie pracując przy spektaklu dyplomowym z pedagogiem, z którym wcześniej zetknęliście się na zajęciach? Czy może taka teatralna podróż z reżyserem – pedagogiem nieznanym z zajęć, daje Wam większą swobodę i komfort w artystycznych poszukiwaniach?

P.K.: Obie sytuacje mają swoje dobre strony. Przy profesorze, który wcześniej nas uczył na pewno jest łatwiej się otworzyć, zna się  jego język – kod, którym posługuję się przy udzielaniu wskazówek. Natomiast spotkanie z pedagogiem, z którym się jeszcze nie pracowało jest również interesujące, ponieważ student ma szanse rozwinąć się w zupełnie innym, nieznanym mu kierunku. Poza tym każda zmiana to szansa na nauczenie się czegoś nowego.

A.R.: Praca z kimś, kto nas zna, wiąże się z pewnym poczuciem bezpieczeństwa. Nie idzie się w nieznane, bo wiemy czego się po sobie nawzajem spodziewać. Natomiast praca z kimś, z kim nie mieliśmy zajęć jest podróżą w nieznane. Wiąże się z niepewnością i ryzykiem, ale również z ekscytacją na poznanie nowych „rewirów” artystycznej pracy.

Wszystkie zagrałyście również w Weselu w reżyserii Jarosława Gajewskiego. To różne w materiały literackie. W jakim repertuarze czujecie się najlepiej?

P.K.: Czułam się dobrze zarówno w jednym jak i w drugim.

A.R.: Ja również bardzo dobrze czułam się w obu przypadkach. Wydaje mi się, że mam w sobie jakiś rodzaj uniwersalności. Lubię nowe wyzwania i nie zamykam się na jeden typ literatury. W szkole było bardzo dużo klasyki, więc tęsknię za współczesnym materiałem literackim.

A.W.: Uwielbiam klasykę: dziwne postaci, świat duchowy, świat diabłów i świat zabłąkanych dusz.

Jakie są różnice w sposobie reżyserii między Bożeną Suchocką a Jarosławem Gajewskim?

P.K.: Podstawowa różnica polega na tym, że profesor Gajewski daje na studentowi na scenie dużą wolność, czego plusem jest możliwość szukania w różnych kierunkach i radość z samodzielnego odkrywania, pod czujnym okiem pedagoga.  Natomiast Bożena Suchocka stawia przed studentem konkretne zadanie aktorskie i nie odpuszcza dopóki nie zostanie ono zrealizowane. Walorem takiej pracy jest przede wszystkim wyrabianie elastyczności i nauka wytrwałości w dążeniu do oczekiwanego rezultatu. Po  takim zmaganiu jest duża satysfakcja i świadomość, że nauczyło się czegoś nowego, a nie poszło po najprostszej znanej już drodze.

A.R.: Profesor Gajewski bardzo mocno stawia na improwizacje i inicjatywę aktorów, wydobywa „smaczki” i formuje z nich całość. Natomiast Profesor Suchocka ma precyzyjnie opracowany plan całości i nakierowuje aktorów, aby osiągnąć zamierzony efekt. Są oczywiście drobne fragmenty, gdzie daje swobodę działania i mamy możliwość improwizacji w określonych, wcześniej zarysowanych przez nią ramach.

Charlotta jest z sióstr Brontë najbardziej pragmatyczna, odpowiedzialna i stąpająca twardo po ziemi. To przede wszystkim na jej głowie jest zarządzanie probostwem ojca i dbanie o materialną kondycję rodziny. Jako jedyna wyjdzie za mąż – z rozsądku – za wikariusza swego ojca Artura Nichollsa. Jednocześnie związek ten będzie kresem jej twórczości. Idylla małżeńska (jeżeli można tak w ogóle powiedzieć) nie potrwa długo, pisarka po kilku miesiąca umrze wraz z nienarodzonym dzieckiem. Czy artysta  powinien złożyć swoje życie na ołtarzu sztuki, a może postawić na szczęście osobiste, poświęcając jednocześnie swoją karierę? Istnieje kompromis między spełnieniem zawodowym a życiem rodzinnym?

A.W.: Wszystko zależy od tego, jak ceni swoje życie, jak ceni sztukę i miłość. Zależy, czy spotka miłość i jak wielką? Czy spotka propozycje artystyczne i jak wielkie? Nie ma powinności. Są wybory.

Anne otwarcie tęskni za miłością i wszystkimi związanymi z tym doświadczeniami, marzy o lepszym życiu, jest przy tym słodko naiwna i wewnętrznie stabilna. To  co pozornie może wydawać się  infantylne, daje jej siłę wadzenia się z Bogiem w kwestii fundamentalnej dla każdego człowieka, czyli potrzebie miłości i bliskości – takiej ludzkiej, niekiedy przyziemnej, ale fizycznej, a nie metafizycznej. Czy zawód aktora sprzyja nawiązywaniu znajomości, przyjaźni, miłości? Czy nie jest czasem za bardzo absorbujący, egoistyczny i pochłaniający czas na inne sprawy niż miłość czy przyjaźń?

P.K.: Od człowieka, a nie od zawodu zależy jego zdolność nawiązywania bliskich relacji. Każdy ma w sobie miejsce na drugą osobę i to w moim mniemaniu jest zupełnie inne miejsce, niż to zajmowane przez zawód i pasje. Jeżeli to są dwa odrębne miejsca w sercu człowieka, to nie można zająć pracą miejsca na relację. Wydaję mi się to logiczne i póki co, trzymam się tej dewizy.

Natomiast Emily to pochłonięta pasją trochę dzikuska, trochę kobieta – dziecko, taka radosna iskierka, pełna fantazji i zamiłowania do świata pozagrobowego. Skrycie pisze wiersze i nie nadaje się zupełnie do wykonywania prozaicznych prac związanych z gospodarstwem domowym. Często mówi się, że aktor powinien mieć z dziecka wiarę we wszystko, otwartość, czystość i niesamowitą wyobraźnię. Ile jest dziecka w Oli Radwan?

A.R.: Całe mnóstwo (śmiech). Myślę, że też trochę jestem podobna do Emily Jane, a może po prostu tak bardzo szukałam podobnych w sobie cech, że poniekąd się „stopiłyśmy” w jedno w tym spektaklu. Czuję się czasem jakbym miała rozdwojenie jaźni: z jednej strony jestem młodą, odważną kobietą, znającą swoją wartość, a czasem czuję się zagubionym w świecie dzieciakiem. Ale ten dzieciak ma też swoje piękne strony. Daje mi dużo energii, ciekawości i otwartości na ludzi i świat. Dzięki tej mojej dziecięcej naiwności i rozbudzonej wyobraźni ten zawód sprawia mi wiele frajdy.

Kto jest dla Was wzorem spełnionego zawodowo aktora?

P.K.: Myślę, że jest takich osób bardzo dużo, wystarczy zerknąć na programy i repertuary teatrów.

A.R.: Każdy by pewnie powiedział, że Al Pacino, więc też powiem, żebyśmy mieli to już za sobą. Tak, Al Pacino! Jak w obrazem mogę wpatrywać się w Monice Bellucci. Jej uroda i talent robią na mnie piorunujące wrażenie. No, a tak na polskie realia… podziwiam aktorów wszechstronnych. Życzyłabym sobie takiej kariery jaką ma za sobą Małgorzata Kożuchowska. Z sukcesem godzi pracę w Teatrze Narodowym z graniem w filmach i serialach, jest też ambasadorką znanych firm. Uważam ją za spełnioną aktorkę i kobietę. Z młodego pokolenia bardzo imponuje mi Marcin Hycnar. Godzi pracę aktora Teatru Narodowego i studia na wydziale reżyserii. Miałam okazję parę razy z nim pracować i jestem urzeczona jego pracowitością, zaangażowaniem, pomysłowością i precyzją z jaką obmyśla każdy projekt. Na scenie jest wulkanem energii i wszystko ma dokładnie opracowane. Moim zdaniem zajdzie bardzo daleko.

Wasze zawodowe credo?

P.K.: Jeszcze go nie mam.

A.R.: Kiedyś było nim: „Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki” i gdyby nie ono, pewnie nie dostałabym się do Akademii Teatralnej. Później przez różne zdarzenia w moim życiu zakochałam się w słowach Simone Weil: „Nie zatopić się w cierpieniu i nie rozszaleć w radości”. Przypominają mi one o tym, jak bardzo potrzebne są w życiu równowaga emocjonalna i spokój. Mając taki stabilny punkt odniesienia, można szaleć i odkrywać niesamowite rejony własnych emocji i wyobraźni na scenie. Potrzebna jest harmonia. Jeśli z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem działam na scenie, używając całego spektrum możliwości aktorskich, potrzebuję też trochę normalności, aby się wyciszyć i odreagować. Musi być równowaga!

Jakie są Wasze najbliższe plany zawodowe?

P.K.: (śmiech) Szukanie pracy w zawodzie.

A.R.: We wrześniu wracam do spektaklu Progressive – eliminacje w Teatrze ROMA. Działamy tam ze wspaniałą ekipą: Zbigniew Zamachowski, Katarzyna Groniec i Paweł Królikowski. Już nie mogę się doczekać! W przyszłym sezonie gramy również spektakl MP4 w Teatrze Powszechnym. To w kwestii planów. A w kwestii marzeń i fantazji – niech to na razie pozostanie słodką tajemnicą.

A.W.: Zaczęłam próby w Teatrze Polskim w Warszawie. Niedługo odbędzie się tam światowa prapremiera najnowszej sztuki Sławomira Mrożka Karnawał, czyli pierwsza żona Adama, na którą serdecznie zapraszam.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Ryszard Abraham

 

 

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ten − ten =