Adam Fidusiewicz: Nie stracić zapału!

2 lipca 2013

Adam Fidusiewicz

Z ADAMEM FIDUSIEWICZEM, tegorocznym absolwentem wydziału aktorskiego warszawskiej Akademii Teatralnej, rozmawia Ryszard Abraham.

Swoją przygodę z teatrem rozpocząłeś w 2004 roku rolą Parysa w Romeo i Julii w Studio Buffo. Jak trafiłeś pod skrzydła Józefowicza i Stokłosy? Miałeś wcześniej jakieś doświadczenia teatralne, które umknęły mojej uwadze?
Przygodę z teatrem rozpocząłem w 1999 roku rolą Indianina w musicalu Piotruś Pan. Zadaniem Indianina było trzymanie się grupy Indian i rytmicznie stukanie dzidą. Pod skrzydła Józefowicza i Stokłosy trafiłem przez dziecięce warsztaty aktorsko-piosenkowo-taneczne. Poszedłem na casting.

Byłeś również autorem układu ruchu do przedstawienia Enter – w reżyserii Anny Smolar i Jacka Poniedziałka – pod szyldem Nowego Teatru. Na czym dokładnie polegało Twoje zadanie, ukryte pod tą tajemniczą i mogącą wiele znaczyć funkcją?
Moja praca polegała na prowadzeniu rozgrzewek. Część rozgrzewek ruchowych zaczerpnąłem ze swoich doświadczeń sportowo-tanecznych, a część rozgrzewek głosowo-dykcyjnych podkradałem z Akademii Teatralnej. Ostatecznie moja funkcja „Adam F.: ruch sceniczny” polegała na pracy przygotowawczej, a nie docelowo choreograficznej.

Zagrałeś w przedstawieniach muzycznych: MP4 Mariusza Benoit i Piosenniku Andrzeja Poniedzielskiego. Wolisz śpiewać czy grać?
Chyba nie patrzę w takich kategoriach. Wolę być nośnikiem historii, przeżyć coś i chcieć o tym opowiedzieć. Medium nie jest ważne. Czasami najbardziej lubię coś narysować… czasami napisać… czasami wycedzić prosto w gębę… a czasami wyśpiewać (byle nie za szybko, bo tracę grunt pod nogami).

Harce młodzieży polskiej to swobodna fantazja na temat założycieli harcerstwa w Polsce z zamierzonymi odwołaniami do historycznych i współczesnych osób i wydarzeń, kolaż sytuacji oraz metafora dnia obecnego. To pierwsze Twoje spotkanie z Remigiuszem Brzykiem. Lepiej się pracuje pod kierunkiem profesora z Akademii czy z reżyserem, z którym nie miałeś zajęć?
(śmiech) To zależy, kto jest tym profesorem z Akademii i kto jest tym reżyserem, z którym nie miałem zajęć. Najlepiej pracuje mi się z zapaleńcami, którzy potrafią zapalić serce, oraz z porywaczami, którzy potrafią porwać umysł. W przypadku takich osób wiek, płeć, rasa i pochodzenie nie mają znaczenia. Takie osoby zdarzają się w Akademii, jak i poza nią.

Natomiast Wesele w reżyserii Jarosława Gajewskiego to przede wszystkim kreacja zbiorowa prawie całego Twojego roku. Jak odnajdujesz się w towarzystwie tak wielu aktorów zajmujących scenę w tym przedstawieniu? Co uczynić, aby wyróżnić się z tego tłumu wykonawców?
Moim pomysłem na Wesele nie było rywalizowanie z kolegami o uwagę widza; bardziej zależało mi, aby przetrwać trzy godziny w pełnej koncentracji. Wierzę, że jest ona kluczem do pełnej kontroli umysłu. Mam hopla na tym punkcie. Plan jest prosty – najpierw zawładnąć umysłem własnym, a później całego świata.

Zagrałeś ostatnio w Bolesławie Śmiałym. Był to egzamin Marcina Hycnara. Wcześniej byli Pielgrzymi do grobu pańskiego w reżyserii Groszyńskiej, Michalak, Kasprzaka i Szczepanka. Natomiast na tegorocznym MFST będzie można zobaczyć przedstawienie Julia musi umrzeć – efekt Twojej współpracy z Barbarą Wiśniewską. Wolisz pracować z doświadczonym reżyserem czy dopiero ze studentem tego wydziału?
Na usta ciśnie mi się odpowiedź: „Wolę pracować z zapaleńcami”. Każdy z wyżej wymienionych ma w sobie coś, co mnie zafascynowało. Od każdej z tych osób podkradłem strzęp osobowości. Sumiennie zbieram takie strzępy i szyję sobie z nich nowe wdzianko.

Przez 4 lata nauki w Akademii Teatralnej miałeś styczność z wieloma profesorami. Zajęcia prowadzone przez którego z nich były dla Ciebie najbardziej inspirujące?
Trafiłem na bardzo dobrych profesorów. Praktycznie każdy z nich zasiał we mnie jakieś nasionko. Jednak najwięcej nasionek sypnęli prof. Benoit i prof. Lewandowski. Mało tego! Zaorali pole, użyli nawozu i proporcjonalnie podlali wodą. Z takimi rolnikami można pracować nad rolą!

Krzysztof Globisz powiedział w rozmowie z Olgą Katafiasz: Cała istota aktorstwa polega na tym, że nie można udawać. Aktor dostaje rolę zapisaną na papierze i musi wprowadzić ją w trzeci czwarty wymiar, z literek wydobyć życie. Trzeba pobudzić do życia coś, co jest we mnie uśpione. Z mojego mózgu rodzi się postać, jej głębia. Czy posiadasz swój własny sposób przygotowywania się do zagrania roli?
Pan Globisz bardzo ładnie to powiedział. Ja wolę jednak moje porównanie do pracy w polu – jest bardziej wymowne – trzeba po prostu pracować, a po drodze sposób znajdzie się sam. Trzeba tylko pracować.

Oglądając Cię na scenie, rzuca mi się w oczy Twoja sprawność fizyczna, elastyczność i wiele mówiąca mowa ciała. Jesteś bardzo organicznym aktorem. Zaprezentowałeś to m.in. w Warsztacie Tomasza Grochoczyńskiego. Czy aktor powinien lubić swoje ciało? Czy jest ono narzędziem pracy, o który trzeba w jakiś szczególny sposób dbać?
To bardzo miłe słowa. Dziękuję Ci za nie. Wracając do pytania: Myślę, że było przede mną już wielu takich, którzy uważali, że instrumentem aktora jest jego ciało. I aby mieć sprawny instrument, trzeba o niego dbać. W pełni się zgadzam. W skład ciała wchodzą między innymi mięśnie oraz mózg. Co drugi dzień trenuję na siłowni, a w dni bez siłowni piszę pracę magisterską lub włączam CD: „Koncentracja, pamięć, szybkie czytanie”.

Jaki teatr lub twórca najbardziej Cię interesuje?
Obecnie Malabar Hotel.

Wspomniany Krzysztof Globisz powiedział: Poczucie wstydu jest dla aktora niezbędne. Ale równocześnie całkowicie druzgocące. Bez niego nie powstałyby jednak kreacje – kreacje są odpowiedzią na wstyd, wybuchają jako bunt aktora przeciw własnemu wstydowi. Czy jest jakaś bariera ekshibicjonizmu, której byś nie przekroczył?
Pan Globisz bardzo ładnie powiedział. Nie znajdę teraz lepszego porównania. Myślę, że nie przeskoczę barier, do których przeskoczenia ktoś będzie mnie zmuszał. Jeżeli sam będę tego chciał, to wcześniej czy później to zrobię.

Próbowałeś swoich sił w dubbingu lub Teatrze Polskiego Radia? Jak gra się głosem?
Próbowałem swoich sił w dubbingu. Jest z nim dokładnie tak samo, jak z czymś, czego się nigdy wcześniej nie robiło! Na początku fatalnie – strach, próba zrozumienia nowego systemu…  A po kilku godzinach, dniach, tygodniach wszystko zaczyna się samo układać.

To był dla Ciebie pracowity rok. Zagrałeś w tym sezonie w czterech premierach teatralnych (nie licząc prac ze studentami wydziału reżyserii), grasz w serialach. Czy masz jeszcze czas na zainteresowania pozazawodowe?
W pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co robisz, jest próbą poznania siebie, a na tym opiera się twój zawód. Pojawia się wtedy pytanie – co właściwie jest życiem pozazawodowym?  Nie mam zainteresowań pozazawodowych. Na wszystkie inne znajduję czas.

Potrafisz sobie wyobrazić, że nie jesteś aktorem? Widzisz siebie w innej życiowej roli?
Co bym robił, gdybym nigdy nie został Indianinem w musicalu Piotruś Pan? Prawdopodobnie zająłbym się rysunkiem albo informatyką.

Twoje plany zawodowe na najbliższą przyszłość?
Nie stracić zapału. Reszta się ułoży.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Ryszard Abraham

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × two =