Adrian R. Chmielewski: Zostałem ukąszony

25 listopada 2015

O spektaklu Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie w reżyserii Wojciecha Urbańskiego w Teatrze Dramatycznym na Scenie na Woli

Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie/fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

 

Osa jest natrętnym owadem. Żądli, kąsa, bzyczy, potrafi każdego człowieka doprowadzić do szału. W dodatku jest irytująca, niełatwo można się pozbyć czegoś, co po przepędzeniu zaraz powróci. Nawet jeżeli taką osę zabijemy, to niezwłocznie na jej miejscu pojawi się koleżanka poprzedniczki, która będzie robić dokładnie to samo. Budzi się wtedy irytacja, podniecenie, chęć zwalczenia problemu…

 

Dramat wystawiany na  Scenie na Woli to komedia absurdu autorstwa Iwana Wyrypajewa. Nie tylko hipnotyzuje, ale także uderza czarnym humorem. Cała akcja odbywa się w nowoczesnej willi znajdującej się nad jeziorem. Scenografię, utrzymaną w kolorach bieli i szarości, widać jakby poprzez złudzenie panoramicznego okna. Padający deszcz wyświetlany przez rzutniki idealnie buduje melancholijny nastrój, współgrając również z dźwiękiem. W centrum wydarzeń umiejscowiona jest biała sofa. Centralnie za nią, widać krajobraz czystej natury. Ukazuje to banalność ludzkich, problemów, które dzieją się w domu. Świat zewnętrzny pozostaje obojętny na knowania i troski człowieczych umysłów.

 

Podobno każde twierdzenie sprzeczne z prawami logiki to absurd. Idąc tym tropem, wydawać się może, że zwyczajny problem jesteśmy w stanie rozwiązać jedynie za pomocą logiki. Trójka przyjaciół, w tym para małżeńska, rozmawiają w salonie. Robert (Witold Dębicki) pragnie dowiedzieć się od swojej żony, Sary (Katarzyna Herman), kto był w jego domu w poniedziałek. Niby nic takiego, prosta sytuacja, pozornie nie możliwa do komplikacji. Sara twierdzi, że to jego brat, Marcus, odwiedził ją w ich domu. Jednak na scenie pojawia się jeszcze jedna postać – Donald (Zdzisław Wardejn), który z kolei jest przekonany, że Marcus zajrzał do niego oraz jego żony. Rysuje się wyraźny konflikt. Postacie kłócą się, ale nie to jest tak naprawdę najważniejsze. Wszyscy zrzucają maski, obnażając przy tym swoje „prawdziwe ja”.

 

Biedny Robert jest jedynym, który w racjonalny sposób stara się zrozumieć irracjonalną sytuację, która z banalnej przeradza się w ciężką do wyjaśnienia. Poprzez dążenie do rozwiązania sprawy, zaczyna przyglądać się swojemu życiu. Począwszy od przykrych faktów, dotyczących własnego małżeństwa, przyjaźni z Donaldem, kończąc na refleksjach dotyczących dzieciństwa. Ukazuje się jako bohater wielowymiarowy, działający na różnych płaszczyznach poznania świata. Z jednej strony, zbudował sobie sterylny i bezpieczny dom z drugiej zaś desperacko chwytał się ratunku psychoterapeuty. Codzienność doprowadziła go do obłędu. Wystarczyło zaledwie drobne ukąszenie, żeby spowodować wybuch, jego emocji. Dramat dotyka problemów takich jak wiara w Boga, nieszczęśliwa miłość, a także ludzka moralność. Przykładem jest chociażby historia o palcu Marty.

 

Świetną rolę spełniają nie tylko same dialogi, ale i ekspresja, z którą są odgrywane. Jak, płacz Sary, kiedy opowiada o swoim małżeństwie i kochanku – prawdziwej miłości. Dzięki znakomitej grze Katarzyny Herman, wewnętrzne roztargnienie jej bohaterki jest niemal odczuwalne w powietrzu. Donald natomiast, pomimo rozkojarzenia, zmęczenia i znudzenia życiem wcale nie pozostaje obojętny na wydarzenia. Właściwie jest trochę jak osa. W momencie, kiedy możliwe jest zażegnanie konfliktu, on wyciąga kolejnego asa z rękawa. Robi to z niezwykłym wdziękiem przez cały spektakl. Mogłoby się wydawać, że trzyma się nieco na uboczu, jednak są chwile,  w których skupia całą uwagę wyłącznie na sobie.  Na przykład wtedy, kiedy stara się wytłumaczyć swojemu przyjacielowi, co myśli o jego psychoterapeucie. Natomiast monolog Roberta, wykonany przez Witolda Dębickiego, w którym jego bohater powątpiewa we wszystko, nazywając „brudnym” to, co go otacza, zapiera dech w piersiach. Nie liczy się tylko słowo, ale również i mowa ciała artysty, który na scenie musi się najprawdopodobniej czuć równie pewnie, co we własnym domu. Nie przychodzą mi do głowy inne określenia, słuchałem jak zaczarowany.

 

Kompozycja stworzona przez reżysera jest przemyślana i przeprowadzona konsekwentnie. Kwintesencją dramatu jest absurd, co podkreśla końcowa scena. Szaleńcza bieganina postaci i wzajemne podszczypywanie oraz łaskotanie to nic innego jak plastyczne uchwycenie całej fabuły. Spektakl jest wydarzeniem, które warto przeżyć. Absolutnie nie rozczarowuje – wręcz przeciwnie, zachwyca i rozśmiesza. Ale to nie powinno dziwić, bo jak powszechnie wiadomo, letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie.

 

Adrian R. Chmielewski

Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie

Przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska

Reżyseria: Wojciech Urbański

Scenografia: Anna Tomczyńska

Kompozycje: Dominik Strycharski

Reżyseria światła: Ewa Garniec

Projekcje: Ewa Łuczak

Kierownik produkcji: Julian Potrzebny

Asystentka reżysera: Agnieszka Baranowska

Asystentka scenografa: Elwira Szyszka

 

OBSADA:

 

Sara – Katarzyna Herman

Robert – Witold Dębicki

Donald – Zdzisław Wardejn

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

1 × 1 =