Agata Drwięga: W centrum „Zdarzeń”

12 lutego 2010

Organizatorzy zadbali, by jubileuszowa odsłona Międzynarodowego Festiwalu „Zdarzenia”, od tego roku noszącego imię Józefa Szajny, miała zróżnicowany program. I tak, obok konkursowych instalacji i spektakli, swoją twórczość prezentowali laureaci poprzednich odsłon festiwalu: Nicola Boccini i Nicola Pianoli z Włoch oraz polskie formacje: Studio Teatralne KOŁO, Suka Off, Teatr la M.ort, Teatr Zakład Krawiecki, Teatr KTO czy Audiowizualna Grupa Przyjaciół Rh+. Taki dobór wykonawców unaocznił główną ideę festiwalu, jaką dla organizatorów jest wielopokoleniowy dialog i wymiana doświadczeń między dojrzałymi artystami, a osobami stawiającymi pierwsze kroki w świecie sztuki.

Poziom prezentacji konkursowych był mocno zróżnicowany. Niektóre spektakle wzbudzały zachwyt, podczas innych publiczność wyraźnie się nudziła, jednak każdy zawierał w sobie jakiś element godny uwagi. Na sześciu ?scenach? spotkały się prawie wszystkie formy teatralne i parateatralne, a przedstawienie każdej z nich, było niepowtarzalnym spotkaniem ze sztuką.

Organizatorzy zadbali, by jubileuszowa odsłona Międzynarodowego Festiwalu „Zdarzenia”, od tego roku noszącego imię Józefa Szajny, miała zróżnicowany program. I tak, obok konkursowych instalacji i spektakli, swoją twórczość prezentowali laureaci poprzednich odsłon festiwalu: Nicola Boccini i Nicola Pianoli z Włoch oraz polskie formacje: Studio Teatralne KOŁO, Suka Off, Teatr la M.ort, Teatr Zakład Krawiecki, Teatr KTO czy Audiowizualna Grupa Przyjaciół Rh+. Taki dobór wykonawców unaocznił główną ideę festiwalu, jaką dla organizatorów jest wielopokoleniowy dialog i wymiana doświadczeń między dojrzałymi artystami, a osobami stawiającymi pierwsze kroki w świecie sztuki.

Poziom prezentacji konkursowych był mocno zróżnicowany. Niektóre spektakle wzbudzały zachwyt, podczas innych publiczność wyraźnie się nudziła, jednak każdy zawierał w sobie jakiś element godny uwagi. Na sześciu „scenach” spotkały się prawie wszystkie formy teatralne i parateatralne, a przedstawienie każdej z nich, było niepowtarzalnym spotkaniem ze sztuką.

W złotej klatce niebytu

Przekornie zaczynam od „Trzech upadków Panny Julie” Squad Form z Białegostoku gdyż, moim zdaniem, to najbardziej niedoceniona propozycja teatralna tej edycji festiwalu. Agnieszka Baranowska ? reżyserka, odtwórczyni jednej z ról oraz autorka scenografii – na podstawie „Panny Julie” Augusta Strindberga stworzyła spektakl nie dający się jednoznacznie zinterpretować.

Rzecz dzieje się w jednym, może kilku pomieszczeniach – przestrzeń nie jest jednoznacznie określona. Reflektor wydobywa z mroku twarz dziewczyny nieruchomo siedzącej na krześle (w tej roli Monika Kwiatkowska). Jej wzrok jest wpatrzony gdzieś w dal i zamyślony, a ona sama wygląda, jakby od dawna już czekała na coś, może na kogoś. Ma na sobie wytworny gorset i spódnicę uszytą z krawatów, w ręku trzyma krótki bat. Misternie ułożone loki delikatnie muskają jej ramiona. Milczy. Nieco dalej, z lewej strony widowni stoi druga kobieta (Oktawia Antczak). Jej ubiór, podobnie jak pierwszej, sugeruje, iż mamy do czynienia z młodą arystokratką. Twarzy nie widać – jest zasłonięta przez przytrzymywaną w białych dłoniach złotą klatkę, w której siedzi wypchany kanarek. W słabym świetle połyskują jeszcze dwie podobne. Zawieszone pod sufitem, znajdują się zbyt wysoko, by móc ich dosięgnąć. Nie ma w nich ptaków, ale jest para czerwonych bucików i lusterko, na jednej wisi męski garnitur. Przed aktorką stoją jeszcze martwy lis i kuropatwa.

Ciszę przerywa wesoły świergot, a po nim uszu widzów dobiega śpiew jednej z dziewcząt. Ta w głębi sceny na przemian rozmawia z kanarkiem i zwraca się do wyimaginowanego kochanka. Ptaszka pyta o nastrój, martwi się, że ten nie chce odpowiadać na wygwizdywane przez nią zaczepki. Kochankowi wypomina ignorancję jej osoby, niespełnioną miłość oraz samotność, która ją teraz gnębi z jego powodu. Po chwili druga, siedząca na krześle także mówi coś do mężczyzny, który jest jedynie jej wyobrażeniem. Proponuje spotkanie, pyta, czy podoba mu się jej sukienka, zrywa się ze swego miejsca, wiruje w szalonym tańcu, ściąga niżej klatkę z lusterkiem i garniturem.

Postaci nie rozmawiają. Mówią do siebie, nawzajem się nie słuchając. Ta z kanarkiem zwraca się do dziewczyny z batem ?panno Julie?, a po jakimś czasie sama zostaje nią nazwana. Dzięki temu, momentami sprawiają wrażenie, że jedna jest wewnętrznym głosem drugiej, albo że obie są panną Julie, w różnych etapach jej życia. Innym razem, ich krótkie i niespójne dialogi sugerują, iż te dwie kobiety spotkały się, by porozmawiać o swoich niepowodzeniach w kontaktach damsko-męskich. Po pewnym czasie dołącza do nich trzecia  (Agnieszka Baranowska). Siwe włosy związane w kok, druciane okulary na nosie, fartuch. Jej wygląd sugeruje, że jest służącą, ale wypowiadane przez nią zdania podsuwają myśl, że równie dobrze mogłaby być? panną Julie w kwiecie wieku. Jednoznaczne określenie wzajemnych relacji łączących te postaci jest niemożliwe, ponieważ to, co dzieje się na scenie nie jest linearnie opowiedzianą historią dotyczącą jednej bądź kilku osób. To raczej próba oddania stanu ducha niekochanej, samotnej kobiety, nie mogącej pogodzić się ze swoim losem.

Wszystkie bohaterki są obsesyjnie opętane myślą o nieistniejącym mężczyźnie, a fakt jego niebytu, uniemożliwia ich wszelkie działania. Nie mogą wyjść potańczyć, bo boso nie wypada, a buty tkwią zamknięte w drucianym sejfie. Nawet, jeżeli uda się je stamtąd wydostać, to samej i tak nie wypada. Walc z garniturem może być przyjemny, ale ubranie nigdy nie zastąpi żywego partnera. Także krzesło ubrane we frak, z gumową głową w kapeluszu nie nadaje się, by pójść z nim na mszę i posłuchać kazania o tym, „jak to Janowi Chrzcicielowi ścięto głowę”. Los świętego, który zginął w skutek intrygi żony Heroda, nad wyraz bawi niespełnioną kobietę.

Najlepsza, moim zdaniem, scena będąca esencją całego spektaklu, dobitnie ukazuje patowość sytuacji, w jakiej znajdują się kobiety. Ta, którą brawurowo kreuje Oktawia Antczak, zaspokaja swoją potrzebę wyrwania się z zamknięcia spacerem z ?psem?. Budząc ogólną wesołość widowni, bierze nadżartego przez mole, wypchanego lisa i nazywając go ?swoim pieseczkiem? zaczyna z nim zabawę. Aktorka prezentuje gamę swych umiejętności zarówno dramatycznych, jak i lalkarskich. Zwierzę w jej dłoniach ożywa: siada, skacze, chce się bawić z nią i martwym kanarkiem. Ostatecznie kończy spacer, atakując jakiegoś przechodnia. Tragizm sytuacji polega na tym, że przechodzień nie istnieje, ulica znajduje się w pomieszczeniu, którego bohater ka nie opuszcza, a pies nie jest psem, tylko lisem, w dodatku poruszanym za pomocą sznurków. Nawet najsilniejsza wiara w prawdziwość swoich wyobrażeń, nie jest w stanie pomóc dziewczynie w urzeczywistnieniu pragnień ze świata fantazji.

W świecie wykreowanym przez Baranowską nic nie ma prawa się wydarzyć. Każda bohaterka jest panną Julie – zniewoloną przez mężczyznę (czy raczej przez jego pragnienie), zamkniętą w złotej klatce niebytu. Tutaj każda czynność jest pozorna, przedmioty udają jedynie to, czym być powinny, kochanek pojawia się jako wyobrażenie (garnitur, głowa, marionetka) i nic więcej. Ani razu na scenie nie zjawia się żywy mężczyzna, który podjąłby próbę spełnienia marzeń bohaterek. Teraz mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że pragnienie miłości jest siłą pętającą wszystkie działania tych postaci. Lecz kiedy ze sceny pada stwierdzenie, że „umrzeć z miłości to głupie. Już lepiej założyć hotel”, nie jestem już przekonana o jego słuszności…

„Tak się wszystkim dzieciom stanie za niegrzeczne zachowanie”

Jurorzy zdecydowali o przyznaniu drugiej nagrody etiudzie „Der Kinderschafe”, zrealizowanej przez grupę studentów IV roku Akademii Teatralnej – Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Myślę, że z tym werdyktem zgodzili się wszyscy, którzy zobaczyli to przedstawienie. Łucja Grzeszczuk, Magdalena Witczak oraz Michał Jarmoszuk stworzyli komiczny horror, którym zachwycone były zarówno dzieci, jak i dorośli. Młodzi artyści udowodnili, że nawet tak niedramatyczne teksty, jakimi są wiersze Heinricha Hoffmanna, można z powodzeniem wystawić na scenie, wystarczy odpowiedni pomysł i odrobina fantazji.

Na zaciemnionej scenie, jedynym elementem scenografii jest tytułowa szafa, na którą pada jasny strumień światła. Ma ona w sobie coś tajemniczego i niepokojącego, przywołuje w pamięci dziecięcy, niczym nieuzasadniony lęk, jaki chyba każdy z nas kiedyś odczuwał. Naiwny strach przed ?czymś?, co mieszka nocą pod łóżkiem, czai się za drzwiami albo właśnie w szafie. Oprócz tego wspomnienia, mebel nie budzi żadnych negatywnych skojarzeń. Do momentu, w którym zostaje zaprezentowana jego zawartość. Wewnątrz bowiem zamknięta jest historia dzieci (oraz ich szczątki), które za swoje nieposłuszeństwo zostały okrutnie ukarane. W małych słoikach szczelnie pozamykane tkwią gałki oczne, palce, skrawki materiału, popiół. Trupioblade twarze aktorów, którzy z obłędną radością w oczach prezentują zawartość kolejnych naczyń, ich rozczochrane włosy oraz czarnoksięskie kostiumy, jednoznacznie zdradzają, że to oni są spiritus movens historii rodem z najstraszliwszych horrorów. Perspektywa tego, co ?się wszystkim dzieciom stanie za niegrzeczne zachowanie? bynajmniej nie jest zachęcająca. Jednak odnoszę wrażenie, że troje przedszkolaków siedzących przede mną na podłodze, to najmniej przerażona grupa na całej widowni.

Na oczach widzów dzieją się trzy historie zaprezentowane w dwóch planach: żywym i lalkowym. Aktorzy ze śmiertelną powagą śpiewają i recytują treść umoralniających wierszyków Hoffmanna a jednocześnie z cyrkową zręcznością operują lalkami, przedstawiającymi głównych bohaterów. W tym trzydziestopięciominutowym przedstawieniu wszystko dzieje się naprawdę: drewniana Kasia bawiąca się pod nieobecność mamy zapałkami płonie,  a jej zwęglone szczątki dołączają do zbioru eksponatów szafy. Brutalnie przedstawiona wizja skutków nieumiejętnego posługiwania się ogniem, być może nie pasuje do współcześnie przyjętego modelu bezstresowego wychowywania dzieci, ale jednocześnie nie pozostawia żadnych wątpliwości co do skutków nieposłuszeństwa względem rodziców.

Przypadek Jureczka, który ssał kciuk, jest w moim odczuciu najsłabszym ogniwem tego makabrycznego moralitetu. Nie sądzę, by dziecko uwierzyło w to, że krawiec odetnie mu palce? Chyba, że będzie bardzo naiwne. Jednak muszę przyznać, że ta historyjka została najlepiej zaadaptowana ze wszystkich. Wiarygodne animowanie dłońmi oprawcy, wymagało idealnej synchronizacji ruchów dwojga aktorów. Trzeba przyznać, że bęzbłędnie sprostali temu zadaniu.

Ostatnia opowiastka, podobnie jak pierwsza, prosto i bez zbędnych metafor uzmysławia, co może spotkać niejadka wybrzydzającego przy jedzeniu. Dzieciom mówi się, że jeśli nie zjedzą obiadu, to nie urosną albo porwie je wiatr. Wiem z autopsji, że to argumenty mało przekonujące. Michaś najpierw przedstawiony jako olbrzymia lalka, w skutek wybrzydzania przy jedzeniu, zostaje zastąpiony chudziutką, drewnianą kukiełką leżącą w trumnie. Myślę, że takie pokazanie prawdy ?kto nie je zupy, ten umrzeć musi? o wiele dobitniej przemawia do wyobraźni niejadka.

Lektura „Złotej różdżki”, z której pochodzą te trzy historyjki, nie nadaje się na bajkę na dobranoc. Twórcy etiudy najwyraźniej doszli do podobnego wniosku, że takie, bądź co bądź, makabryczne opowieści w dosłowny sposób przeniesione na scenę, mogą negatywnie wpłynąć na najmłodszych odbiorców. Myślę, że z tego powodu do akcji został włączony bohater, niezwiązany z żadną z bajek. Mowa tu o małym, brązowym misiu, który w najmniej spodziewanych momentach wychodzi z którejś z szuflad Kinderschafy. Nie wiedzieć dlaczego, ten zupełnie niegroźny niedźwiadek, samą swoją pluszową obecnością, wzbudza histeryczny popłoch wśród trojga dorosłych ludzi. Próby jego pochwycenia, ku wielkiej uciesze widowni, kończą się strasznym zamieszaniem, bałaganem na scenie i oczywiście ucieczką niespodziewanego gościa. Spektakl kończy się wraz ze zdemolowaniem scenografii z jego powodu.


„Świat potępionych”

Studenci Akademii Sztuk Scenicznych w Pradze oraz Uniwersytetu Karola, Wydziału Filozofii ? Literatury Czeskiej i Filologii zaprezentowali w Tczewie prawie godzinne widowisko „The Word of condemend”. Łącząc w nim niemal wszystkie dziedziny sztuki, młodzi adepci aktorstwa,  doskonale wpasowali się w ideę tczewskich „Zdarzeń”. Nie wiem, jak długo Peter Boháč pracował z aktorami nad realizacją „Świata potępionych”, ale efekt końcowy okazał się imponujący. Nie dziwi więc werdykt jury i Grand Prix dla zespołu.

Spowite miękką ciemnością scena i widownia stanowią jedną, niczym nie ograniczoną przestrzeń. Ogłuszająca cisza oraz atmosfera wyczekiwania unosząca się w powietrzu sprawiają, że wszystkie zmysły wyostrzają się. Nagle z góry dochodzi moich uszu muzyka, grana przez aktora na metalowej balustradzie balkonu za pomocą pałek do perkusji. Jej rytm jest gwałtowny, pełen pasji i agresji, a jego natężenie wzrasta jeszcze przez chwilę po zapaleniu świateł. Na scenie widzę teraz siedzące nieruchomo trzy kobiety, za nimi rozpościera się białe płótno, przed którym na podwyższeniu stoi w poplamionych farbami ogrodniczkach mężczyzna. Muzyka cichnie, a artysta ją tworzący przystępuje do prezentacji bohaterów historii, która za chwilę rozegra się na oczach widowni. Wraz z jego pierwszymi słowami, całe napięcie, jakie wytworzyło się we mnie w ciągu ostatnich paru minut, opada, ustępując miejsca pełnemu zakłopotania rozczarowaniu. No tak? Skoro wykonawcy przyjechali z Czech, można się było domyśleć, że grać także będą po czesku. Niestety nie znalazłam w zasięgu wzroku żadnego ekranu, na którym wyświetlałoby się tłumaczenie wypowiadanego przez aktora tekstu.

Fabuła „The world of condemned” jest niestety najsłabszym elementem spektaklu. Przedstawia wizję świata, którym rządzi pożądanie oraz strach przed utratą pozycji „przywódcy lidera”. Mimo faktu, iż bohaterowie są postaciami ludzkimi, których stroje wskazują na to, że mamy do czynienia z przedstawicielami tzw. wyższej warstwy społecznej, ich zachowanie jest czysto zwierzęce. Mężczyzna, który wygrywał rytm na balustradzie, to jedyny samiec w tym stadzie. Jednak to nie on dominuje nad samicami, a one nad nim. Dowartościowuje się, zdradzając żonę, współżyjąc jednocześnie z dwiema kochankami, wpada w szał, kiedy przyłapuje swoją kobietę na stosunku z inną. Przemocą i gwałtem wprowadza swoje prawa w tym świecie. Nie ma tu wzajemnego zrozumienia i  dialogu, jest seks bez miłości, są gwałty, wreszcie zbiorowy mord.

Zachowanie mężczyzny czytam przez dwie sceny. W pierwszej kobiety pojawiają się w jego świecie w maskach gazowych na twarzach. Ich wygląd, sposób poruszania oraz muzyka temu towarzysząca budzą skojarzenie z przybyszami z innej planety. Otaczają bohatera, po czym? urządzają zawody w smarkaniu do celu. Oczywiście to on jest celem. Śmiertelnie przerażonym i zdezorientowanym. Nie dziwi fakt, że dialog pomiędzy nim, a takimi nieobliczalnymi istotami, jest niemożliwy. Zupełnie jasna staje się jego dezorientacja i poczucie zagrożenia. Równie silnym uczuciem, determinującym działanie samca jest jego rządza władzy ujawniająca się w przedostatniej scenie spektaklu. Po raz kolejny zdradzony przez żonę, bohater z wściekłością szarpie ją za włosy, po czym wlokąc za sobą, potrząsa jak przedmiotem, krzycząc ?Moje! Moje!?. Następnie strzela po kolei do wszystkich kobiet. Okazuje się jednak, że zupełnie nie potrafi samodzielnie funkcjonować w tych nowych warunkach.

Taka wizja układu sił damsko-męskich zupełnie do mnie nie przemawia. Zastanawiam się, czy autorzy chcieli zaszokować widzów takim natężeniem brutalizmu i agresji, czy raczej przedstawić swój sposób postrzegania rzeczywistości. Jeśli chodziło wyłącznie o wstrząśnięcie emocjami, moim zdaniem, użyli środków, które już nie wywołują takiego efektu. Nagie ciało na scenie, realistycznie odegrane sceny gwałtu, seks w pozycjach rodem z Kamasutry ? to wszystko mogło szokować jeszcze parę lat temu. Teraz raczej nudzi.

Niemniej, nadal uważam, że „The world of condemned”  był najlepiej przygotowanym technicznie wydarzeniem teatralnym. Żaden inny spektakl nie wymagał od aktorów takiej synchronizacji ruchów w tańcu, pantomimie i akrobatyce. Wszystkie te elementy były doskonale zgrane z muzyką, światłem oraz… malarstwem. Mężczyzna (Jan Miko) stojący przed płótnem  przez cały czas trwania spektaklu zamalowuje je według tego, co aktualnie dzieje się na scenie. Podczas prezentacji bohaterów pisze pierwsze litery ich imion, by potem, łącząc je w jedną figurę pokazać zależność i nierozerwalność czterech scenicznych bytów. W zależności od nastroju wydarzeń, używa barw określających towarzyszące im emocje. W czasie chwilowego rozejmu między postaciami, płótno pokrywa się soczystą, wiosenną zielenią, ale kiedy poziom brutalizmu osiąga apogeum, na obrazie dominują chaotyczne plamy złowrogiej czerni i krwistej czerwieni. Do momentu, gdy wszyscy bohaterowie pozostają przy życiu, obraz jest pionowo symetryczny, lecz kiedy giną kobiety, ta równowaga zostaje zachwiana. Mężczyźnie nie potrafiącemu odnaleźć się w tej sytuacji, nie pozostaje nic innego, jak wejście na pulpit malarski i? stopienie się z obrazem. Niemal dosłowne. Pokryty kolejnymi warstwami farb i sprayu, aktor po pewnym czasie przestaje być widoczny na tle różnobarwnych plam. Okazuje się to być dla niego jedyną ucieczką ze świata potępieńców.


Co zdarzyło się naprawdę?

Pomimo faktu, iż jubileuszowa edycja tczewskich „Zdarzeń” się odbyła, odnoszę smutne wrażenie, że tak naprawdę niewiele się zdarzyło. Były oczywiście spektakle i instalacje, gala na cześć pani dyrektor Haliny Kasjanuk oraz przepiękne hasła powtarzane przez organizatorów, ale wszystko to jakieś takie powierzchowne, niepełne. Fakt, że na najbardziej wyczekiwane przedstawienia mogli wejść jedynie zacni jurorzy, goście specjalni festiwalu i garstka szczęśliwców stojąca najbliżej drzwi, mogę wytłumaczyć trudnościami organizacyjnymi i specyfiką tychże wydarzeń. Natomiast tego, że najważniejszymi osobami podczas ogłaszania werdyktu nie byli laureaci, ale Piotr Sieklucki w roli konferansjera w bokserkach oraz pani dyrektor i jej sztuczne rzęsy, nie usprawiedliwię niczym. Peany wygłaszane przez sponsorów i współorganizatorów na cześć kierowniczki festiwalu wywołały we mnie dość skrajne emocje. Rozumiem, że organizacja międzynarodowego wydarzenia kulturalnego w tak niepozornym mieście, jakim jest Tczew, to zadanie niezwykle trudne, ale czy prywatnych uwag dotyczących organizatorów naprawdę nie można zostawić na nieoficjalną część bankietu? Skoro „Zdarzenia” są stworzone „dla młodych”, to dlaczego pozostali oni w cieniu w dniu swego triumfu?

Agata Drwięga

X Międzynarodowy Festiwal „Zdarzenia” im. Józefa Szajny

Tczew, 3-6 września 2009

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five + 8 =