Agata M. Skrzypek: „Bo o to nam chodzi w Keskese”

20 grudnia 2014

Rozmowa z zespołem Keskese po koncercie w klubie Remedium” w Sosnowcu

 

Być może te fakty z historii zespołu Keskese są Ci już znane:

Gdy we francuskim szpitalu na świat przyszedł Olek Minkacz, lekarz wziął go na ręce i zapytał: „qu’est-ce que c’est?”

Przemek Kulczak nie był pierwszym basistą Keskese. Został odrzucony w przedbiegach z powodu niefortunnego zdjęcie profilowego na Facebooku. Ma na nim trzy latka.

Gdy Sławek Plotek słyszy od chłopaków, że właśnie wymyślił świetną perkusję, nie zgadza się na wykorzystanie jej w utworze. Wymyśla lepszą.

Kuba Szulc przysparzał sporo zmartwień pozostałym członkom zespołu z powodu… małomówności.

 

Olek Minkacz:  Zaczęło się od tego, że w sierpniu 2013 roku rozstałem się z poprzednim zespołem. Postanowiłem, że wreszcie będę grał muzykę, którą lubię. Wcześniej nie do końca mogłem sobie na to pozwolić. Najpierw szukałem ludzi wśród lokalnej społeczności, ale nikt nie był zainteresowany – u mnie w Sosnowcu do niedawna grało się głównie reggae, jest też kilka eksperymentalnych projektów, ale ludzie nie chcieli iść w to, co wymyśliłem. Wtedy zrezygnowany zamieściłem na Facebooku ogłoszenie, gdzie bardzo precyzyjnie opisałem jaki zespół chcę stworzyć. Napisałem o moich inspiracjach, o tym, że chciałbym grać na poważnie, dużo koncertować, żeby był to prawdziwy projekt z krwi i kości, nie tylko do garażu. Jest w tym trochę dramatyzmu, ale dostałem wtedy kilkadziesiąt odpowiedzi od muzyków z różnych miast na Śląsku. Jedna dziewczyna, na przykład, chciała dojeżdżać aż zza Myszkowa! Byłem bardzo zaskoczony tak sporym odzewem, dlatego że w sieci zazwyczaj pojawiają się ogłoszenia typu: „Zespół thrash metalowy z Koziej Wólki szuka perkusisty”. To nie ten poziom. A mnie w tym wszystkim chodziło o to, by znaleźć muzyków, którzy mają pewne niespełnione ambicje i wiedzą, czego chcą. Okazuje się, że jeśli głośno powiesz, że chcesz grać dobrą muzykę i nie zgadzasz się na powszechnie panującą miernotę, to ludzie wyjdą z ukrycia. I o to nam chodzi w Keskese.

 

Po przewertowaniu zgłoszeń i długiej selekcji, wreszcie pewnego wieczoru spotkaliśmy się w trójkę – Sławek, Kuba i ja – przy piwie na Mariackiej w Katowicach. I od samego początku nie przypadliśmy sobie do gustu. Dlaczego? Przede wszystkim przestraszyłem się Sławka! Starszy ode mnie chłop z Mysłowic, mówił do mnie śląską godką i patrzył wzrokiem mówiącym: „jeśli to sp***dolisz to Cię zabiję”. A ja z „zagranicy”, z Sosnowca, gdzie „na noc zwija się asfalt” i gdzie „najlepsze co Cię może spotkać to autobus do Katowic”. Na początku było to starcie odmiennych kultur. Na próbach Sławek niekoniecznie zgadza się na moją wizję, ale grał już wcześniej dobrą muzykę, dużo alternatywy i indie rocka. Wie co robi.

 

Przemek Kulczak: Sławek jest na scenie muzycznej w Mysłowicach już od dawna, występował między innymi z Iowa Super Soccer. Ma największe doświadczenie z nas wszystkich.

Olek: Natomiast jeśli chodzi o Kubę, to nie wiedziałem co mam o nim myśleć, martwiliśmy się o niego przez dobre dwa miesiące, bo prawie nic nie mówił. Tylko grał na gitarze. Ale jak już zaczynał grać, to kompletnie przestaliśmy zwracać na to uwagę. Więc gdy okazało się, że wszyscy jesteśmy tak odmiennymi osobowościami, może naszły mnie wątpliwości, ale nie chciałem się poddawać.

 

Przemek dołączył jako ostatni. Na początku nie potraktowałem go poważnie po prostu dlatego, że jedyne, co ujawniał na Facebooku, to zdjęcie na którym ma trzy latka. Gdybym od początku wiedział że było warto! Więc po miesiącu bez basisty pomyślałem: „może ten palant ze zdjęciem dzieciaka mógłby się na coś przydać!” Bezczelnie zaprosiłem go do znajomych, żeby w ogóle zobaczyć jak wygląda, porozmawialiśmy i wpadł do nas na próbę. Dogadaliśmy się, fajnie nam się wspólnie grało.

 

Nad nazwą dla zespołu myśleliśmy bardzo długo. Nic oczywiście nie pasowało. Dopiero po jakimś miesiącu wpadłem na pomysł, że może jednak „Keskese”, nawiązując tym samym do anegdoty o moim urodzeniu, którą pewnego zakrapianego wieczora chłopaki wymyśliły, gdy poznały mnie lepiej… W dodatku francuski zwrot napisany fonetycznie brzmi ciekawie i jest prosty do zapamiętania. Myślę, że jest to dobry sposób powiedzenia czegoś o zespole. W wybieraniu nazwy chodziło o to, żeby słuchacz wiedział, że styka się z czymś nowym i świeżym. Z czymś, co skłoni go do zastanowienia się nad muzyką, którą gramy.

 

Mam więc pewną wizję i mocne inspiracje, które są jednocześnie bardzo rozległe. Tak jak uwielbiam Bena Howarda, Lumineers czy Lucy Rose , tak z drugiej strony przepadam za techno, drum’n’bassem, minimalami… właściwie nie ma takiej muzyki, którą bym odrzucił, jeśli chodzi o rozgraniczanie gatunków. To, że Keskese tworzy własną jakość i brzmi charakterystycznie wynika z tego, że słuchamy całej masy muzyki. Orientujemy się w muzyce undergroundowej i znamy się z wieloma zespołami. W pewnym sensie to one zainspirowały nas, żeby ruszyć z projektem. Ale nigdy nie chodziło o to, by brzmieć jak ktoś.

 

Przemek: Ja chętnie posłuchałbym zespołów, które mogą brzmieć jak my, ale nie wiem, skąd czerpać wiedzę o nich. Olek ma dość sprecyzowany zestaw inspiracji, od początku wiedział, jaką muzykę chce grać. Z kolei my często burzymy jego wizję. To, co wychodzi z głowy Olka jest mocno przefiltrowane przez wrażliwość pozostałych członków zespołu. W Keskese panuje demokracja. Nie jest tak, że Olek jest sztywnym liderem, że nie ma prawa weta. Wszyscy pracują.

 

Olek: Tak, a demokracja jest dlatego – i to dość ironiczne – że ja tak powiedziałem! Od początku chciałem, by sytuacja była jasna: jeśli komuś coś nie pasuje, to ma o tym powiedzieć i będziemy tak długo pracować nad utworem, dopóki wszystkim się nie spodoba. I często tak jest.

 

Sławek Plotek: Zazwyczaj to mnie się nie podoba!

 

Olek: Sławek nie zgadza się, by perkusja była byle jaka. Jeżeli powiemy mu, że jakaś perkusja jest super, żeby ją grał, on się na to nie zgodzi. I o to chodziło od samego początku: to, co każdy z nas gra, musi się najpierw podobać jemu samemu. Nasz podział pracy wygląda tak, że najczęściej utwory przynoszę ja. Zwykle wychodzę od muzyki, aranżujemy ją razem z chłopakami i potem dokładam tekst. Nie każdy mój pomysł musi się podobać. To jasne, że skoro jesteśmy w zespole w czwórkę, to każdy z nas ma inne inspiracje. Mogę mieć konkretny pomysł na kawałek, ale to wcale (i najczęściej) nie znaczy, że ostatecznie tak będzie wyglądał. Zdarza się, że wałkujemy utwór przez miesiąc, wydaje się przygotowany, ale komuś się przestaje podobać i wtedy po prostu żegnamy się z nim bez większych sentymentów.

Keskese/fot. Katarzyna Urbańska

Keskese/fot. Katarzyna Urbańska

Przemek: Jesteśmy świadomi tego, że Keskese się wyróżnia. Przede wszystkim Olek ma bardzo ładną, charakterystyczną chrypę, po drugie, my po prostu gramy dobrze!

 

Olek: Gramy po swojemu i to wiemy na pewno. Nie jesteśmy w stanie wpłynąć na odbiór z zewnątrz inaczej, niż wierząc, że słuchacz to też poczuje i pójdzie w to.

 

Przemek: Pierwszym odbiorcą jesteśmy my sami i ważne jest, żeby najpierw podobało się nam samym. W innym wypadku nie pokażemy tego ludziom. Wiemy, że są tacy, którzy chcą słuchać naszej muzyki. Nie możemy myśleć inaczej, bo nie mielibyśmy motywacji do grania.

 

Olek: Był czas, gdy przez pół roku nie potrafiliśmy nic wymyślić. Każdy przeżywał własne zawirowania, ale wyszliśmy z tego. Nie poddaliśmy się, przeczekaliśmy to co się działo. Teraz, gdy przychodzi nam do głowy pomysł i rozpoczyna się proces twórczy, nie kontrolujemy tego. Wymyślamy szybko, od razu, lecimy z tym, kawałek musi siedzieć. Każdy z nas musi się autentycznie fascynować tym, co wspólnie stworzyliśmy.

 

Nagraliśmy pięć utworów, do sieci wypuściliśmy na razie dwa. Wybraliśmy SwallowsAshes on my way. Chodziło o zróżnicowanie, które udowadniałoby, że Keskese to nie tylko taneczna nuta do zabawy lub wyłącznie smęcenie. Swallows jest naszym najbardziej energetycznym utworem, który doceniliśmy jako swoisty rodzynek. Szkoda byłoby zmarnować go, umieszczając wyłącznie między pozostałymi na płycie. Za to z decyzją o wypuszczeniu do odsłuchu Ashes on my way wiąże się pewna historia. Po raz pierwszy został doceniony po naszym drugim koncercie. Zagraliśmy wtedy w katowickiej „Katofonii” jako gość mojego poprzedniego zespołu, Animators. Po wszystkim podbiegła do nas pewna Ukrainka, która znalazła się w Katowicach przejazdem i koniecznie chciała wiedzieć, jak się nazywamy i gdzie można nas posłuchać. Ashes on my way spodobało jej się najbardziej. Parę tego typu sytuacji się powtórzyło, więc postanowiliśmy że właśnie ten utwór zaprezentujemy szerszej publiczności.

 

Przemek: Nasz pierwszy koncert zagraliśmy w ramach szóstej edycji tzw. „Zimowego Koncertu”, gdzie cały dochód przeznaczony został na nowe wyposażenie przedszkola nr 5 w Mysłowicach. To był styczeń 2014 roku, a gwiazdą całego eventu był Sztywny Pal Azji.

 

Olek: Po tym koncercie byłem tak szczęśliwy, że wracałem pieszo w nocy z Mysłowic do Sosnowca, bo uciekły mi wszystkie nocne autobusy i nawet nie zwróciłem na to uwagi.

 

Przemek: Innym ważnym dla Keskese koncertem był ten, który zagraliśmy podczas zbiórki pieniędzy na leczenie chorej na raka Kamili Michalskiej. Później mieliśmy długą przerwę, ale teraz nawet się nie obejrzeliśmy, a gramy jako goście Myslovitz. To ogromna nobilitacja dla tak świeżego projektu jak nasz.

 

Olek: Ludzie w Mysłowicach wiedzą, że Sławek nie zaangażowałby się w coś, co nie byłoby dobre i kibicują nam. W ten sposób zbliżamy się powoli do nagrania płyty, ale przykładamy tak dużą wagę do tego, żeby kawałki które wychodzą od nas, były perfekcyjnie dopracowane i zaakceptowane przez cały skład, że nie wyznaczamy sobie żadnej daty na wydanie płyty. Może w 2015 roku.

 

… jednak na pewno nie wiesz, że:

 

Olek, wykształcony anglista, czuje się bardzo dobrze z pisaniem po angielsku.

Przemek: Wręcz czuje się lepiej z pisaniem i mówieniem po angielsku niż z pisaniem i mówieniem po polsku.
Sławek: Ostatnio, gdy zaśpiewał coś z polskim tekstem, to usiadł i dochodził do siebie przez pół godziny.
Przemek: A czy nie chcielibyśmy zacząć wprowadzać polskiego repertuaru…?
Olek (z amerykańskim akcentem): Hm… tej rozmowy jeszcze nie odbyliśmy. To jeszcze przed nami.

 

Dyktafon obsługiwała Agata M. Skrzypek

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ten − five =