Agata M. Skrzypek: Przemoc i dziewczyna

16 listopada 2015

O spektaklu Portret damy w reżyserii Eweliny Marciniak w ramach Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje w Katowicach

Portret damy/fot. Magda Hueckel

Portret damy/fot. Magda Hueckel

 

DZIEŃ PIERWSZY

 

Gdy przychodzi opisywać teatr Eweliny Marciniak, teatr totalny, łatwo można wpaść w pułapkę chęci powiedzenia o wszystkim, co się na tej scenie widziało. Że muzyka, że scenografia, że choreografia, że adaptacja taka, a nie inna i co to znaczy i czego na pewno nie oznacza. Zgoła inaczej wygląda sytuacja już w drodze do domu, gdy myśli się intensywnie o Portrecie damy, już wiedząc, że wypadałoby tej nudnej wyliczanki uniknąć, więc układa się go sobie uważnie w głowie, niczym pierwiastki na tablicy Mendelejewa, układa i szuka reguł i relacji, i nagle słyszy się, że Francja.

Jak obuchem w głowę.

Zakładnicy. Zwiększenie obronności na granicach, zamknięta ambasada. Zabitych było osiemnastu, po godzinie już sześćdziesięciu, teraz mówi się o ponad setce, ilu będzie jutro, czy konieczne będą poprawki w tekście? A ty masz pisać o spektaklu, ty masz myśleć teatrem, ty masz się skupić i szukać odniesień, kompozycji, formuł i środków wyrazu. Za obezwładniającym uczuciem niedowierzania idzie dominujące w swojej oczywistości przekonanie, że teatrologią nie zbawisz świata.

Przed chwilą miałaś problem ze znalezieniem odpowiednich słów na ujęcie znaczenia zmiany dynamiki między pierwszym a drugim aktem spektaklu. Twoim zdaniem na niej właśnie opierała się wyjątkowość scenicznej adaptacji tego, bądź co bądź, łzawego melodramatu. Nadal męczysz się z muzycznością frazy, która ma brzmieć jak echo tych płynnych przejść od emocji do emocji, od ruchu w statyczność, z pieszczącej niebieskiej poświaty po surowy sąd żółtego świata. W tym samym momencie słyszysz, że inni ludzie takich problemów absolutnie nie mają, nie, każdy naprawdę wie, kto i czemu zaatakował, więc dzieli się tą wiedzą z pozostałymi, najlepiej na antenie, najlepiej na forach, przecież tak trzeba, trzeba dorzucić swoje do bełkotliwego szumu informacji, jak to nie mam racji, przecież jest wolność słowa, demokracja, moje konto użytkownika Anonimowy i mogę obwieścić, kto za tym stoi. Ostrożnie.

 

DZIEŃ DRUGI

Potem jak przez mgłę przypominasz sobie, że podczas pisania licencjatu ostentacyjnie omijałaś jeden podrozdział Wstępu do performatyki Richarda Schechnera, ten o terroryzmie w kategorii performansu, omijałaś, bo mówienie o przemocy cię odrzuca i nie uznajesz tego za uczciwy przedmiot do badań. Błąd, myślisz sobie. Miałabyś teraz wspaniałe narzędzie do opisania tej poetyckiej, przechodzącej w epilog sceny, w której Marciniak opowiada o nieudanym małżeństwie Izabeli Archer i Gilberta Osmonda. Tam pojawia się przemoc. I nagle jawi się jako naturalny efekt wcześniejszych postępowań bohaterów – tresowania córki na młodą damę, naciskania na Izabelę, by wyszła za mąż, krytykowania jej postępowania, knucia i układów między mężczyznami rodu Archerów i ich środowiskiem – tych wszystkich małych zbrodni na ludzkiej psychice, które w mig się rozpoznaje, szufladkuje („bo tak już musi być”) i patrzy na nie karykaturalnie, aż wreszcie z pewnym zrozumieniem. Przyjmuje się, że w XIX-wiecznej, owiniętej kokonem konwenansu Anglii było miejsce na złapanie żony za włosy i rzucenie jej na podłogę. Nikt niczemu nie oponował ani o niczym nie mówił, choć wielu wiedziało. Co więcej, nasza protagonistka nie była ot, pierwszą z brzegu angielską arystokratką. Była, mówiąc językiem działającym dziś na wyobraźnię, amerykańską emigrantką. Upokorzenie jej nie jawi się jednak jako zwycięstwo jednej kultury nad drugą, a raczej jako wygrana bezmyślnego zła, które zakorzeniło się w Osmondzie i jego byłej żonie, lecz mogło zakorzenić się w którymkolwiek z mężczyzn, którzy zabiegali o względy Izabeli. Portretem damy można opowiedzieć lokalną historię przemocy fizycznej i psychicznej, której źródłem był obyczaj, na której straży stała tradycja. Zarówno zgoda na nie, jak i zerwanie z nimi wikłały człowieka w konflikty, które prędzej czy później łamały go i unieszczęśliwiały. Zwycięstwo należące do najwytrawniejszego gracza, Osmonda, kończy tę opowieść, ale jednocześnie rozpoczyna kolejną. Przekazywanie własnego cierpienia i nienawiści innym infekuje ich sposób myślenia, naznacza ich silnie i niewidocznie, ale w rezultacie rozprzestrzenia się równie szybko i bezsensownie jak internetowe łańcuszki typu „roześlij wszystkim znajomym, inaczej twoja złota rybka zachłyśnie się wodą”. Niezależnie też od tego, na jakich przykładach opisujemy działanie przemocy, zawsze będzie ono tak samo niesprawiedliwie katastrofalne w skutkach.

Portret damy/fot. Magda Hueckel

Portret damy/fot. Magda Hueckel

Gdzieś w tym momencie rozważań objawia się właśnie „totalność” teatru Eweliny Marciniak, o której wspomniałam wcześniej. Dwa zdania więcej w poprzednim akapicie i wyszłabym płynnie z kontekstu Portretu damy, niezbyt delikatnie traktując konkursowy spektakl festiwalu Interpretacje jako pretekst do mówienia o czymś innym. Z drugiej strony, nie byłoby to czymś złym – prędzej niekompetentnym, napuszonym, ale nadal usprawiedliwionym. Dzieje się to dlatego, że zagęszczenie elementów znaczących na scenie jest tak duże, że niejako pozwala na takie światopoglądowe wycieczki. Ręki sobie nie dam uciąć – bo nie lubię pisać o przemocy – ale wydaje mi się, że nie sposób natrafić na dwie recenzje, które jednoznacznie rozstrzygają o walorach i wadach Portretu damy, gdy oczywistym jest, że na każdego odbiorcę działa zupełnie co innego. Przyznam bez bicia – ze znanego już powodu – że po pierwszej części, tak złośliwie uwspółcześnionej w sferze krytyki skostniałego obyczaju (szczególnie ksenofobii), przestałam przywiązywać do tych uszczypliwości większą wagę. Po uwolnieniu zmysłów Portret damy odbiera się zupełnie inaczej. Jedna chwila nieuwagi, zwłaszcza dla osoby wrażliwej na teatralność w teatrze, otępia refleks i niszczy dystans. Od pewnego momentu można w ten spektakl wejść całym sobą albo do końca pozostać poza nim. To drugie wyjście niestety osłabia ogólny efekt. Drażnić może oprzyrządowanie mikroportów, którym owinięci są aktorzy, uwidocznione w całej swej skomplikowanej konstrukcji podczas scen nagości. Natomiast trafną decyzją i intuicją Marciniak jest kontynuacja współpracy z Katarzyną Borkowską (scenografia i kostiumy), Dominiką Knapik (choreografia) i zespołem folkowo-jazzowym Chłopcy kontra Basia, których to twórców w zeszłym roku zaprosiła do pracy przy Morfinie.

 

DZIEŃ TRZECI

Już wszystko wiadomo. Mówi się bardzo dużo, niepowściągliwie, nie zważając, że przecież właśnie o to im chodzi. Wrażenia opadają i głośniej brzmią głosy cyniczne. Triumfy święci medialna licentia poetica na manipulowanie opinią, ale można też powtarzać to, co powtarza się od lat, konkretniej siedemnastu lat Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje. Werdykt niekoniecznie musi przynieść rozstrzygnięcie. W tym roku o „Laur Konrada”, nagrodę publiczności i dziennikarzy walczyła piątka reżyserów: Maja Kleczewska, Ewelina Marciniak, Monika Strzępka, Michał Borczuch i Paweł Miśkiewicz. Portret damy zyskał przychylność swoich widzów i krytyków, otrzymując od nich dwie nagrody. Głosem większości członków Jury, „Laur Konrada” powędrował do Mai Kleczewskiej za spektakl Dybuk.

Kim jestem? Kim jesteś?, czyli pytania o tożsamość, to temat przewodni tegorocznej edycji festiwalu. „Podmiotem wątpiącym”, odpowiadam w myślach, gdy w piątek trzynastego wychodzę z katowickiego dworca kolejowego i widzę na Placu Szewczyka taki zestaw: olbrzymią, udekorowaną kolorowymi światełkami bożonarodzeniową choinkę i nieopodal niej żółty plakat Festiwalu, strzelający powyższymi pytaniami w bezbronnych przechodniów. Ale potem dziwię się jeszcze bardziej.

 

Agata M. Skrzypek

Portret damy na podstawie powieści Henry’ego Jamesa

Tekst i dramaturgia: Magda Kupryjanowicz
Reżyseria: Ewelina Marciniak
Scenografia, kostiumy, reżyseria światła: Katarzyna Borkowska
Choreografia: Dominika Knapik
Muzyka na żywo: Chłopcy Kontra Basia – Agnieszka Derlak, Barbara Derlak, Marcin Nenko
Wideo: Arkadiusz Biedrzycki
Asystent reżysera: Michał Jaros
Inspicjent: Jerzy Kosiła

 

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 × one =