Agata M. Skrzypek: Uśmieszki i żarciki

14 października 2013

O spektaklu pt. Kompleks Portnoya w reżyserii Aleksandry Popławskiej i Adama Sajnuka w Teatrze Konsekwentnym.

kompleks Portnoya/materiały teatru

kompleks Portnoya/materiały teatru

Za powieścią Philipa Rotha, od samego początku jej istnienia, ciągnęła się atmosfera skandalu obyczajowego. Wyklęta przez środowiska ortodoksyjne, zarówno katolickie, jak i żydowskie, teraz trafiła na deski Teatru Konsekwentnego, nadal wykorzystując swoją „reputację”, by nęcić miłośników dzieł wycofanych z dystrybucji. Bez wątpienia manifest lat siedemdziesiątych miał niegdyś kolosalne znaczenie dla kształtowania się świadomości młodego pokolenia i tym samym dziś nie sprowokuje podobnych zmian. Jednak… wyzwala. Wyzwala z kompleksów.

Żydowski chłopiec dorasta. Jego konserwatywna i w gruncie rzeczy poczciwa rodzinka nie nadąża za nowymi czasami, wobec czego Aleksander Portnoy czuje się zdezorientowany i oszukany. Prowadzi nerwowy, wewnętrzny monolog, pełen szyderstw, przekleństw i frustracji. Co ma zrobić z pociągiem do matki, do siostry, z nierozładowanym napięciem seksualnym? Nie, tym razem nie będziemy rozmawiać o Freudzie! Nie skupimy się też na szukaniu sensu życia spętanego konwenansami, religią i tradycją. Warstwa znaczeniowa w tym temacie jest już bowiem dopieszczona, wielokrotnie zrecenzowana i przefiltrowana przez pryzmat rozmaitych zjawisk socjologicznych. Stykamy się z podobnymi analizami na każdym kroku. Wobec powyższego, znacznie chętniej skierujemy swój tok rozważań w drugą stronę, mianowicie – ku widzom.

Zastanawiająca jest relacja między widownią a sceną. Rozróżniamy tych kilkanaście rodzajów ciszy, oklasków, sapnięć, pomruków, szmerów i szeptów, wyczuwamy fluidy kłębiące się raz po jednej, raz po drugiej stronie rampy i mamy wiele określeń na opisanie wytworzonej w ten sposób atmosfery. Również tym razem pozostała nie bez wpływu na Kompleks Portnoya. Naczelnym pomostem między sceną a widzami okazał się śmiech. Wszystko wskazuje na to, że przygnębiający w ogólnej wymowie spektakl wyzwolił w swoich odbiorach tak wiele emocji, że nie mogąc poradzić sobie z nimi inaczej, widownia uciekła się do najprostszego sposobu obrony. Żarciki z nie najwyższej półki, na które w codziennych okolicznościach nawet nie drgnie kącik ust, tu wzbudzały entuzjazm. W pewnym momencie śmiech przestał być uprzejmym „ha-ha”. Powoli przeradzał się w rubaszny chichot, przechodzący w rżący rechocik, wreszcie w zagłuszający wszystko serdeczny ryk z przepony. Pomyśleć tylko, jak wielki niepokój musiał dręczyć dusze widzów, skoro potrzebowali zrobić tyle hałasu dla rozluźnienia!

Bardzo dobrze przemyślana sprawa, Szanowni Reżyserzy! Znaleźliście klucz (jeden z wielu?) do „zaprzyjaźnienia” swojego dzieła z widzem. Przypadkowy odbiorca nie odczuwał trudności w zorientowaniu się w akcji, a wysublimowane gusta mogły przebierać w „smaczkach”, bo inscenizacja została przygotowana konkretnie i z pomysłem. Dialog podawany w tempie karabinu maszynowego był czytelny, wyrazisty i zawsze zmierzał ku puencie. Chwilka rozluźnienia, tylko dla nabrania oddechu, i  akcja pędziła dalej, dynamicznie rozłożona między czwórkę aktorów. Dzięki rozpierającej ich energii trudno właściwie rozróżnić etapy „rodzenia się” przedstawienia na scenie. Od początku do końca toczyło się w równym tempie, podtrzymywanym prostymi efektami świetlnymi i muzycznymi wstawkami, które z racji swojego nowoczesnego brzmienia także zbliżały widza do przedstawienia. Takie tempo wprawdzie wymaga od aktorów dobrej kondycji, ale procentuje nieprzerwanym skupieniem widowni. Powyższe rozwiązanie – już uogólniając – sprawdza się dobrze także w momencie dominacji warstwy tekstowej nad pozostałymi elementami inscenizacji. Praktycznie bez przerwy aktorzy prowadzą ze sobą dialog albo komentują wydarzenia z punktu widzenia narratora. Rzadkie pauzy i przemilczenia zyskują w ten sposób więcej znaczeń. Może zatem zmęczenie zaangażowaniem się w akcję było źródłem tego paranoicznego śmiechu wśród widzów?

Wróćmy na moment do trendu, który moim zdaniem najlepiej wyraża idee nowoczesnego teatru wojującego – przełamywania tabu i wspomnianego wyzwalania z kompleksów. Zdaje nam się, że już wszystko zostało pokazane, że apogeum brutalizmu zostało osiągnięte i może już pora pożeglować z powrotem do portu klasycznych adaptacji dramatów. Ile to już lat wałkujemy te same tematy: homoseksualiści, kwestia żydowska, samobójstwa, zboczenia, kazirodztwo… Niewiele oczu pozostało zamkniętych, niewiele umysłów ucina sobie „dogmatyczną drzemkę”. A jednak! Oddziaływanie Kompleksu Portnoya jest świadectwem, że powyższe sprawy wciąż potrzebują oswojenia. Nowe pokolenie, choć teoretycznie najbardziej wyzwolone i liberalne, nadal znajduje swoje odbicie w losach zagubionego w życiu Aleksa Portnoya. Być może nie jest skrępowane już tradycją, lecz na pewno zmaga się z brakiem sensu, wsparcia i autorytetów. W konfrontacji ze swoimi problemami ukazanymi na scenie wyśmiewa je. To znaczy, że wyrzuca je z siebie i zabija, bo nadszedł ten moment, gdy już nie ma siły o nich rozmawiać.

Ciekawe, które wrażenie przeważa? Czy po wyjściu ze spektaklu znajomi dowiadują się, że uśmialiby się po pachy, gdyby też się wybrali?  Może zostaje refleksja i dyskomfort, poczucie podkopanych fundamentów? Albo motywacja do poukładania rozsypanych puzzli życia w mozaikę, która nie będzie przypominała rozpaczliwej szamotaniny Portnoya? Jest tylko jeden sposób, by móc to rozsądzić!

 

Agata M. Skrzypek

 

KOMPLEKS PORTNOYA

Na motywach książki Philipa Rotha
Przekład: Anna Kołyszko
Reżyseria i scenariusz: Aleksandra Popławska, Adam Sajnuk
Obsada: Monika Mariotti, Anna Smołowik, Bartosz Adamczyk, Adam Sajnuk
Scenografia: Katarzyna Adamczyk, Sylwia Kochaniec, Adam Sajnuk
Kostiumy: Katarzyna Adamczyk

Premiera: 27 kwietnia 2010

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

fourteen − seven =