Agata Skrzypek: Ja nie chcę znów za dużo mieć, za mało też

2 stycznia 2013

O spektaklu Hallo Szpicbródka: Wielki Powrót Króla Kasiarzy w reżyserii Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Syrena w Warszawie.

hallo szpicbródka fot. k. bieliński

Historia rozpoczyna się kilka minut po dziewiętnastej pewnego deszczowego, grudniowego wieczoru. Fotoreporterzy, uginający karki pod ciężarem obiektywów, spokojnie stoją w foyer, gdzie będą się nudzić aż do przerwy, a potem kolejną godzinę, do zakończenia przedstawienia. Wszyscy znani i lubiani, a także ci nieznani i mniej lubiani, już czekają na widowni.
„… Z poważaniem, Prezydent Rzeczpospolitej Polski, Bronisław Komorowski” – zakończył odczyt listu gratulacyjnego dyrektor teatru Syrena Wojciech Malajkat, po czym w kilku krótkich słowach zaprosił widzów na spektakl i polecił, by uważnie go oglądać, żeby potem wydać osąd o tym, co się nie udało. Odpowiadam zatem na powyższy postulat!

Premiera musicalu według scenariusza filmowego Ludwika Starskiego przebiegła w wyjątkowej atmosferze i przy dużym zaangażowaniu widowni, która wzięła sobie widocznie do serca prośbę Wojciecha Malajkata. Dosyć powiedzieć, że czterokrotne wejście Jacka Pluty tylekroć wywołało serdeczny aplauz, a końcowe brawa nie pozwoliły aktorom zejść ze sceny bez bisowania refrenu piosenki.

Dyrektor teatrzyku rewiowego, niejaki Lalewicz, jest w coraz trudniejszej sytuacji finansowej: od dawna nie wypłaca nikomu pensji, a komornik zawłaszcza kolejne spróchniałe ze starości przedmioty. Na ratunek, pozornie przypadkowo, zjawia się miłośnik teatru – Fred Kampinos. Jest bardzo tajemniczy, lecz nikomu to nie przeszkadza, póki jego kieszeń jest wypchana banknotami na renowację Czerwonego Młyna. Przyjmuje posadę drugiego dyrektora, a więc klasycznie wybiera sobie spośród tancerek swoją ulubienicę. Młodziutka, niezdarna i naiwna Anita w szczególny sposób podbija jego serce. Swoją przychylnością przysparza dziewczynie wroga w postaci gwiazdy sceny – Viery Grani. Wokół odradzającego się teatru krąży jednak złowrogi cień legendarnego kasiarza Szpicbródki. Plotka głosi, że grasuje gdzieś w pobliżu, że to on napadł na jubilera w sąsiedztwie Czerwonego Młyna. Wkrótce poszukiwania Szpicbródki przestają być gierką z nieistniejącym złem i tracą swój humorystyczny urok. Stają się kryminalnym dochodzeniem prowadzonym w karykaturalny, nieudolny, w końcu brutalny sposób.

Pewne role nie unikną porównania z ich filmowymi odpowiednikami, zwłaszcza dwie charakterystyczne kreacje: tancerki Anity i bufetowej Makowskiej.

Anna Terpiłowska tryska energią i to z jej nadmiaru wynikają niezdarności Anity, która co rusz potyka się, gubi coś, myli puder do twarzy z cieniem do powiek, a w efekcie swoim roztrzepaniem zdobywa serce nieprzeniknionego Szpicbródki alias Freda Kampinosa. Terpiłowska śpiewa z ogromnym zaangażowaniem i łatwością, a jasna barwa głosu świetnie komponuje się w duecie z głębokim altem Justyny Woźniak. Jednakże charakterowi postaci Anity brakuje ostatniego szlifu. Choć dziewczyna jest podmiotem co najmniej trzech wątków, wystarcza w zupełności, by po prostu była i wdzięcznie poddawała się biegowi wydarzeń. Kreacja Gabrieli Kownackiej, choć skromniejsza i subtelniejsza od teatralnej, dodaje jednak postaci Anity wiele uroku i dlatego czyni ją tak charakterystyczną. W wykonaniu Terpiłowskiej nie odnajduję klucza do wnętrza roli i ani jednego niuansu, który pozwoliłby wymknąć się tej osobowości poza utarty schemat. Wbrew pozorom, stworzenie na scenie zwykłej dziewczyny, która próbuje odnaleźć swoje miejsce na świecie i na dobrą sprawę nie wie do końca, gdzie go szukać, nie jest zadaniem, które można zlekceważyć. Nie wystarczy „być sobą”. Brak psychologicznej głębi w zupełności rekompensuje perfekcyjne przygotowanie wokalne i taneczne i bulwarowa estetyka kostiumów. Nie mydli oczu, a uprzyjemnia wrażenia.

Filmowa Bufetowa Makusia należy do bohaterów drugoplanowych, z kolei jej postać w wersji teatralnej jest wręcz symboliczna. Występ Katarzyny Żak ogranicza się właściwie do popisowego numeru — znanego wszem i wobec przeboju Nogi roztańczone. Stawiając czoła legendarnemu już wykonaniu Ireny Kwiatkowskiej, Krystyna Żak wykonuje swoje zadanie poprawnie, bez większych ingerencji w utrwalony wzór swojej postaci. Choreografia nie jest nadzwyczajnie urozmaicona, ale trzeba wziąć pod uwagę, że aktorzy muszą jednocześnie tańczyć i wyśpiewać cały tekst bez zadyszki.

Fenomenem przedstawienia okazała się postać tajniaka Mańkowicza, sprytnego jąkały, który korzystając z teatralnego telefonu, raz po raz donosi policji. Na kogo? Na dyrektora, na aktorki, na wszystkich dokoła, a gdy sprawa Szpicbródki nabiera rozpędu, łasy na nagrodę Mańkowicz wychodzi z siebie, by odnaleźć kasiarza. Dla tej przezabawnej roli polecam wizytę w Syrenie – ją po prostu trzeba zobaczyć!

Szpicbródka Piotra Fronczewskiego był stanowczy i szarmancki. Szpicbródka Piotra Polka jest dystyngowany i zdystansowany. Jaki z tego wniosek? Obie kreacje są do siebie bardzo podobne. Różnicę wychwycić można w dynamice gry: Polk często używa wyrazistej mimiki, robi miny, dużo się rusza. Pod tym względem kreacja Fronczewskiego zdaje się być bardziej statyczna, powściągliwa, lecz należy wziąć pod uwagę, że od niego nikt nie wymagał biernego uczestnictwa w pościgach i bójkach, rozgrywających się w obecności jego postaci. Jego reakcja nie podlegała ciągłej weryfikacji, bo zwyczajnie nie był wtedy ujmowany w kadrze. Gratką dla fanek (cóż, może dla fanów także) Piotra Polka jest pamiętna scena, w której Fred Kampinos siada do pianina i prezentuje własną wersję nowego przeboju Anity. Choć jest krótka, to sentymentalnie czaruje i wprawia w miłą błogość. Romantyczny wizerunek Kampinosa wychodzi Polkowi lepiej od Kampinosa w wersji kryminalnej; jest bardziej przekonujący, ciekawszy i naturalniejszy. Gdy zaś przychodzi pora na wcielenie się w twardego, przebiegłego mistrza lepkich palców, zmniejsza się pula środków, jakimi dysponuje.

Miłym zaskoczeniem okazuje się postać antagonisty, tancerza Borysa, który molestuje Anitę, chcąc zmusić ją do wspólnego wyjazdu. Pomiędzy tę dwójkę heroicznie wkracza Fred Kampinos i już wszyscy wiedzą, że Borys jest na przegranej pozycji. Lecz tylko w filmie, w teatrze bowiem postać tancerza nie zostaje cofnięta w poczet ról epizodycznych. Borys wciąż bierze udział w akcji, nie odpuszcza Anity bez walki. Jest naprawdę groźny. Gdy zaczyna przegrywać, bierze stronę pomocników Maksa, zleceniodawcy Szpicbródki. Pierwowzór Borysa nie był w połowie tak gwałtowny i pałający niespożytą agresją, jak ten stworzony przez Krzysztofa Żabkę. Celnie obsadzona rola, jedyny przykład wcielonego zła, które naprawdę stwarza poczucie zagrożenia.

Najciekawszym rozwiązaniem scenicznym okazał się sposób przedstawienia scen bójek i zamieszek. W drastycznych i brutalnych momentach światło zmienia kolor na błękitny, a aktorzy poruszają się w trybie slowmotion, efektownie wyginając ciała w reakcji na ciosy przeciwnika. Wkomponowana muzyka stwarza w tych scenach nastrój amerykańskiego kryminału. Szkoda tylko, że nie zobaczymy jakichś szczególnie wyszukanych pozycji ani żadnego spektakularnego upadku! Biorąc pod uwagę rozmach wykonania spektaklu i dbałość o detale, widz podświadomie oczekuje czegoś więcej, silniej i bardziej. Innego rodzaju przebitki wpisywały się w konwencję filmów Charlesa Chaplina. Ogólnie, cały eksperyment polegał na połączeniu technik filmowych z teatralnymi, na stworzeniu iluzji, że widzowie momentami oglądają nagrany materiał.

Muzyka w nowej aranżacji ma charakter zupełnie współczesny. Co ciekawe, zarówno w filmie (kręconym w latach siedemdziesiątych), jak i w teatrze w warstwie muzycznej nie został zachowany klimat lat trzydziestych, w których rozgrywa się opowiadana historia. W obu przypadkach mamy do czynienia z dopasowaniem scenariusza do czasów, w których był realizowany. Muzyka jest najmocniejszym atutem przedstawienia: wyraziście kreuje nastrój i z pewnością bardzo pomaga aktorom utrzymać przez dwie godziny poziom energii. Nowe wersje piosenek są prawdziwym błogosławieństwem dla fanów Szpicbródki, bo w porównaniu do ich poprzednich wykonań, zachwycają swoim stylem. Marcinowi Steczkowskiemu udało się z każdego utworu wyciągnąć jego najlepsze momenty. Piosenkom, które pierwotnie nie zaskakiwały, nadał indywidualne cechy, jednocześnie usuwając z nich warstwę brzmieniową lat siedemdziesiątych. Umiejętnie połączono też efekty dźwiękowe ze świetlnymi.

Hallo Szpicbródka, czyli wielki powrót króla kasiarzy został naszpikowany pomysłami, nawiązaniami do popularnych filmów, czytelnymi aluzjami. Jakość spektaklu najlepiej weryfikuje entuzjastyczne przyjęcie przez widzów – ich błyszczące z zadowolenia oczy i plączący się na ustach uśmiech po rozjaśnieniu świateł. Być może przedstawienie zarobi swoją porcję nieprzychylnych recenzji, lecz szczerze wątpię, by ktokolwiek wyszedł ze Szpicbródki bez co najmniej dwukrotnego parsknięcia śmiechem podczas przedstawienia. Spektakl dla miłośników filmu, dobrej piosenki estradowej i czegoś lżejszego od współczesnego teatru eksperymentalnego – i dla tych szczęśliwców, których stać na bilet… lecz to już zagadnienie na osobny artykuł.

Agata Skrzypek

Hallo Szpicbródka: wielki powrót króla kasiarzy

Premiera  16 grudnia 2012 w Teatrze Syrena

Reżyseria: Wojciech Kościelniak

Adaptacja: Hanna Maria Kos

Kierownictwo muzyczne i aranżacje: Marcin Steczkowski

Przygotowanie wokalne: Aldona Krasucka

Choreografia: Jarosław Staniek

Scenografia i wizualizacje: Damian Styrna

Kostiumy: Bożena Ślaga

Producent wykonawczy: Monika Deptuła

Asystent reżysera: Magdalena Barbara Kozińska

obsada: Anna Terpiłowska, Marta Walesiak/Justyna Woźniak , Hanna Śleszyńska/Katarzyna Żak, Piotr Polk, Piotr Siejka, Przemysław Glapiński, Albert Osik/Łukasz Chmielowski, Michał Konarski, Jacek Pluta, Wiktor Korzeniowski, Krzysztof Żabka, Mateusz Deskiewicz, Piotr Kamiński/Marcin Piętowski, Paweł Kamiński, Karolina Świetlaga-Domańska, Zyta Bujacz, Karolina Banaszek,

Anna Szymoniak, Joanna Ziemczyk, Katarzyna Wolska,  Joanna Sikorska

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 + nineteen =