Agata Skrzypek: Powiew inspiracji

1 grudnia 2012

Relacja z czwartego dnia Festiwalu Teatru Lalek i Animacji Filmowej dla Dorosłych.

24583 trochę przerażające cudeńka - Scarlattino Teatro / fot. Katarzyna Chmura - Cegiełkowska

Inspiracje są na ogół dobrym rozwiązaniem, gdy ma się szereg własnych pomysłów i wyjątkową skłonność do zagadnienia uprzednio już opracowanego. Wtedy jest szansa na jego rozwinięcie, podrążenie tematu, na autorską refleksję. To też swoisty ukłon w stronę dzieła, z którego tę inspirację zaczerpnięto. Sobotnie przedstawienie obrały sobie konkretne konwencje, na których bazie miały powstać zupełnie nowe i niezależne utwory. Łatwo się domyślić pewnej prawidłowości rządzącej spektaklami – jeśli jeden z nich jest udany, to drugi (i kolejne w tym samym) okazują się karykaturalne. W sobotę stało się podobnie – włoskie przedstawienie pod tytułem 23583 trochę przerażające cudeńka miało zdecydowane pierwszeństwo jako produkt inspiracji przed polskim Ja ju poliverbu rosła czyli W polu wierzbą rosłam.

Żeby nie zepsuć sobie od razu humoru, jako pierwsze rozpatrzę 23583 przerażające cudeńka, spektakl adresowany zarówno do dorosłych, jak i dla dzieci. Dzieciom spodobać mogłaby się bajkowa konwencja i na pewno zadziałałby na nie umoralniający koniec. Wszak rzecz dotyczy akceptacji siebie, radzenia sobie z wadami, na których eliminację nie mamy szans, umiejętności funkcjonowania wśród różnych, niekoniecznie życzliwych ludzi. Jak wielu z nas ma z tym problem, nie trzeba opisywać. Ważne, by potrafić docenić swoją osobę i nie pozwolić się traktować przedmiotowo, a takiego nastawienia najlepiej nauczyć już w dzieciństwie.

Kluczem do spektaklu są wspomniane wcześniej inspiracje. Bez zwrócenia uwagi na nawiązania do twórczości innych artystów 24583 trochę przerażające cudeńka urzekają cyrkową charakteryzacją aktorów, rytmicznym podaniem tekstu i zgrabną choreografią. Szczególnie wyrazisty jest ostatni przekaz, specjalnie dopracowany przez  Janet Smith ze Szkockiego Teatru Tańca. Na koncepcję Michele Losi wpłynęła twórczość trzech artystów: Tima Burtona, Roalda Dahla i Cesare Vivianiego. Myślę, że dorobek pierwszego z nich jest wszystkim doskonale znany. Znak rozpoznawczy dzieł Burtona to mrok wpisany w pozornie niewinną bajkę dla dzieci, awangardowe stylizacje bohaterów, ich irracjonalne postępowanie, groteska przeplatana grozą. Wygląd trójki aktorów sugeruje, że właśnie zeszli z planu zdjęciowego do kolejnej części burtonowskiej Alicji w Krainie Czarów. Nawet fryzura Giulietty Debernardi jako żywo przypomina uczesanie Heleny Bonham-Carter.

Wpływ Roalda Dahla ukazuje się w stronie literackiej spektaklu. Jeśli samo nazwisko nie jest powszechnie znane, to opowieści jego autorstwa jak najbardziej: to Matylda, Wiedźmy oraz, zaadaptowany przez Tima Burtona, Charlie i fabryka czekolady. Cechą wspólną spektaklu i książek Dahla jest konfrontacja dziecięcego bohatera z trudnymi problemami, z którymi nie dają sobie rady dorośli; pojawia się motyw walki osamotnionego kilkulatka ze złym światem, przy czym malec zwykle okazuje się nad wyraz dzielny, pomysłowy i zdolny do poświęceń. Osobowość Roalda Dahla opisywana jest jako przykład zdziwaczenia i ekscentryczności, a jego charakterystyczne powieści dobrze odnalazły się w świecie współczesnej popkultury. 24583 trochę przerażające cudeńka opisują poruszającą historię małego Pasquala i Lalli, którzy urodzili się inni. Nawet rodzice nie potrafili zaakceptować swoich pociech. Ostre, wystające dwa kły Pasquala upodabniały go do Drakuli; problemem Lalli były wielkie, wyłupiaste oczy. Poznali się w szkole i zaprzyjaźnili. Razem łatwiej było im stawić czoła śmiejącym się z nich dzieciom i podjudzającej ich nauczycielce.

Najmniej oczywisty jest wpływ poety Cesarego Vivianiego, który w swoim życiu zajmował się psychoanalizą, interpretacją snów i zagadnieniami transcendencji. Swoje poetyckie publikacje utrzymywał w duchu eksperymentalizmu, który wprowadzał chaos w panującym w latach siedemdziesiątych nurcie zwanym novessimi. Jego charakterystyczny styl wybił się ponad dokonania innych poetów epoki. Viviani krytycznie ocenia osiągnięcia poprzednich dekad, stawiając na przyszłość, postęp, szczególnie w kwestii pogłębienia wiedzy psychoanalitycznej. Choć jego twórczości daleko do świata przedstawionego w 24583 trochę przerażających cudach, możemy doszukać się powiązań na tle onirystycznego i sceptycznego postrzegania rzeczywistości.

Nadeszła pora na mniej przyjemną część relacji. W polu wierzbą rosłam jest kolejnym spotkaniem oko w oko z folklorem. Tym razem widz poznaje kulturę Białorusinów z Podlasia, w kanwie opartej na Bajce o kalinowej fujarce Oksany Zabużko. Uwór jest reinterpretacją motywu Kaina i Abla w kulturze ludycznej. Na pomysł inscenizacji i wykonania wpadła Joanna Stelmaszuk, tym samym po raz pierwszy w historii teatru wprowadzając na scenę gwarę podlaską.

Rzecz w tym, że gwara ta ma niewiele wspólnego z miłym dla ucha przeciąganiem czy filuternym mazurzeniem języka polskiego – podobnie, jak białoruski, brzmi zachęcająco, lecz odbiorcy ponoszą porażkę w próbach zrozumienia całości. Spektakl adresowany jest dla wąskiego grona widowni, głównie dla miłośników podlaskiej kultury. Może gdyby autorka postawiła na większe zróżnicowanie językowe, wprowadzając elementy gwary zamiast posługiwać się nią przez całe przedstawienie, zyskałaby większe zainteresowanie widowni. Lecz sztuka nie sługa! Za to entuzjazm widzów malał z minuty na minutę. Dramatyczna historia zmieniła się w przydługie zwierzenia w niezrozumiałym języku.

Skoro więc skupienie się na treści okazało się tak utrudnione, przejdę do zaprezentowania zwyczajów prostej kobiety mieszkającej pod strzechą wiejskiej chałupy. Najpierw siada na krześle, siada całą sobą, z rozkraczonymi szeroko nogami, ciężko opierając dłonie na kolanach. Potem posila się w nieapetyczny sposób, a następnie przechadza boso po swojej izbie, zerkając w okno, by skrzekliwym głosem komentować, wydarzenia z zewnątrz. Gdy jej irytacja sięga szczytu, spluwa z pogardą na podłogę z głośnym „Tfu!”. Dla dobitniejszego wyrażenia swojej złości energicznie strzepuje szmatki, które wyciąga z kufra. I znów spluwa. Przychodzi pora na ablucje: kobieta kuca tyłem do widowni, zadziera spódnicę i gwałtownymi, szorstkimi ruchami podmywa się w misce. Dalej kontynuuje swoją opowieść, na przemian to szepcząc, to piskliwie przedrzeźniając opisywane osoby. Dla urozmaicenia lubi się podrapać. Każdy ruch sprawia jej niewysłowioną przykrość, dlatego stęka, gdy siada, wstaje, kuca czy chodzi na czworakach. Naturalizm, z jakim Stelmaszuk kreuje swoją bohaterkę, nie jest niczym komfortowym w odbiorze. Z drugiej strony, tę stuprocentową wiarygodność można zaliczyć do walorów przedstawienia. Niszowy charakter przedstawienia jest dla niego przepustką do zgarnięcia nagród na festiwalach folklorystycznych. Mam nadzieję, że znawcy tematu znajdą dla niego więcej ciepłych słów.

Agata Skrzypek

24583 trochę przerażające cudeńka

Scarlattino Teatro, Włochy

reżyseria: Anna Fascendini

muzyka: Adalberto Ferrari, Andrea Ferrari

kostiumy: Agnese Bocchi, Lorella Bellelli

koncepcja: Michele Losi

występują: Giulietta Debernardi, Anna Fascendini, Marco Mazza

Ja ju poliverbu rosła

Scena Szczyty, Białystok

adaptacja i opieka artystyczna: Bohdan Głuszczak

przekład: Jan Maksymiuk

muzyka: Marzena Rusaczyk

występuje: Joanna Stelmaszuk

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

10 − ten =