Aleksandra Reczuch: Spotkanie tego ostatniego

2 sierpnia 2012

O spektaklu Krainer w reż. Jana Zmita wg Thomasa Bernharda w Produkcji Artystycznej.

Krainer_PLAKAT

Za każdym razem, gdy idę do teatru, spodziewam się czegoś nowego. Za każdym razem to nowe realizuje się w starych, dobrze mi znanych ramach – widownia to widownia, scena to scena, czasem jakiś aktor wyjdzie i zacznie grać na widowni, ale zawsze czuję się bezpieczna w swoim fotelu. Jestem widzem. Patrzę, podglądam, doceniam grę aktorów, podziwiam scenografię albo nudzę się jak mops i nikt mi tego porządku nie zaburza.

Wybierając się na Krainera też spodziewałam się wygodnego fotela z dala od reflektorów. Wchodząc do sali, w której odbywał się spektakl zdziwił mnie brak tradycyjnej sceny. Zobaczyłam,  że poza kilkoma osobami palącymi papierosa koło mnie przed wejściem, innych widzów nie ma. Zostaliśmy posadzeni przez gospodynię (Jan Zmit w roli Siostry) na wygodnych sofach, poczęstowani sokiem pomarańczowym. Atmosfera spotkania, nie spektaklu. Siostra co rusz powtarzała, że zaraz zobaczymy się z jej bratem, że on już na nas czeka. I rzeczywiście, po chwili zaproszono grupkę widzów do ciasnego pomieszczenia bez okien, w którym stała odpowiednia ilość foteli i metalowe łóżko. A na łóżku bohater spotkania – Krainer (Jan Zmit).

Choć już wcześniej moja bezpieczna przestrzeń została mi odebrana przez twórców spektaklu, to dopiero gdy razem z innymi widzami usiadłam dookoła łóżka Krainera, zastanowiłam się, czy wciąż jestem widzem.  Przykuty do łóżka muzyk najpierw w nieco natarczywy sposób dba o komfort gości, częstuje szampanem, buduje z nimi więź. Już po krótkiej chwili widz zaczyna podejmować grę z aktorem. Początkowo myślałam, że spektakl Jana Zmita jest monodramem, w trakcie którego aktor będzie żonglował odgrywanymi emocjami. Z każdą kolejną minutą Zmit w hipnotyzujący sposób wyprowadzał mnie z błędu. Wraz z upływem czasu czułam coraz większy niepokój, przestawałam być widzem – Krainer oczekiwał od nas odpowiedzi, zmuszał do patrzenia i myślenia. Widzowie stali się aktorami. Nieporadnymi, przypadkowymi.

Słuchanie monologu Krainera było doświadczeniem głęboko poruszającym. Tysiące różnych rozpoczętych wątków – ojciec samobójca, siostra opiekunka, matka dewotka, nauczyciel beztalencie, ludzie obserwujący, przykute do łóżka ciało, lekarze – i przelewająca się przez usta chorego psychicznie wiolonczelisty gorycz. Majstersztyk gry aktorskiej Jana Zmita sprawił, że nie byłam w stanie wyjść obojętna. Każde słowo wypowiedziane w małym, białym pokoju miało konkretnego adresata wśród widzów, nie pozostawało zawieszone w pustej przestrzeni sceny. Tym bardziej ciężko było strzepnąć z siebie emocje, gdy pytania chorego Krainera kierowane były właśnie do mnie.

Zakończenie też nie przynosi ulgi. Po wyjściu z pokoju spotykamy się z siostrą, która zabawia i prosi, aby jeszcze przez chwile czuć się jak w domu. Dla mnie już nic w tej przestrzeni nie jest takie jak na początku wieczoru. Fikcja teatru miesza się z rzeczywistością. Z Krainera  wyszłam odczuwając ciężar, trwogę i  bunt. Tak jak w arystotelesowskiej definicji katharsis. Tylko Krainer nie przynosi zrozumienia tajemnicy losu, nie doprowadza do pogodzenia się z nim.

Aleksandra Reczuch

Krainer Jana Zmita wg Thomasa Bernharda

Produkcja Artystyczna

27 maja 2012  premiera Krainera.

Występują: Jan Zmit, Aleksandra Długosz

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 + fifteen =