Anna Dąbkowska: Sycylijski chochlik w Warszawie

23 lutego 2011

o koncercie „Chick Corea świątecznie w Warszawie”.

Chick Corea przy fortepianie / fot. Darek Senkowski

27 grudnia, punktualnie o godzinie 20 przed ołtarz Archikatedry św. Jana Chrzciciela wyszedł siwy mężczyzna w dresie. W szarym szaliku i rękawiczkach podszedł do mikrofonu i podziękował za ciepłe przyjęcie mimo chłodu panującego w kościele. Wyraził nadzieję, że dobrze spędziliśmy święta, bo on spędził je w samolocie.

Tym mężczyzną był Chick Corea. Dzięki telebimom wiszącym na kolumnach archikatedry można było mu się dokładniej przyjrzeć. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy można go nazwać starszym panem. Z miną małego chłopca, który planuje spłatać komuś figla stwierdził, że zacznie… od początku. Publiczność wypełniająca po brzegi kościół zaśmiała się wesoło, a on szybko usiadł przy fortepianie. Mury katedry stały się fioletowe, jej wnętrze otulił nastrojowy, lekki jak pajęczyna utwór. Na telebimach pojawiła się pełna skupienia, radosna twarz muzyka oczarowanego, nawet jakby zdziwionego cudem powstającej muzyki. Następnym utworem był „Waltz for Debbie” – jazzowy standard napisany przez Billa Evansa. Potem Chick Corea opowiedział o swoich największych jazzowych mistrzach – Budzie Powellu i Theloniousie Monku, z myślą o których napisał swój następny utwór, daleki stylistycznie od kojarzonego z pianistą fusion; elementy romantyczne przeplatały się tu z jazzowymi. Grał z łobuzerskim uśmieszkiem, preparował fortepian, na którym grał – szarpał struny, uderzał je dłonią, stukał w obudowę. Później Corea wyjął nuty i zaprosił nas do swojego practise room – zagrał kilka utworów Aleksandra Skriabina, późnoromantycznego kompozytora rosyjskiego. Dźwięki z lekkością wychodziły spod jego palców, zachwycając swą lirycznością. Po tej „rozgrzewce” muzyk zapowiedział, że zagra kilka piosenek ze swego cyklu Childern’s songs pochodzącego z 1984 roku. Urzekające prostotą utwory, zadziwiająco klasyczne. Dzięki telebimom można było dostrzec diabełka czającego się w brązowych oczach Corei, któremu gra sprawiała niekłamaną przyjemność.

Po pewnym czasie przestałam liczyć utwory i zmiany świateł. Oczarowana siedziałam na twardej kościelnej ławce i zatapiałam się w niezwykłej muzyce. Gdy skończył, brawom nie było końca. Warszawska publiczność szybko zmusiła Chicka Coreę do powrotu za fortepian. Stwierdził, że gra już tak długo, iż nadszedł czas, byśmy i my mieli jakiś wkład w koncert. Powiedział, że słyszał, że Polacy lubią śpiewać, więc na pewno chętnie pomożemy mu w następnym utworze. Podzielił słuchaczy na kilka grup, którym kazał śpiewać konkretne dźwięki, a sam zaczął grać pastisz swej słynnej La Fiesty. Z początku nieśmiało, potem coraz głośniej archikatedra rozbrzmiała niesamowitą wspólnie tworzoną muzyką. Ale to publiczności zdecydowanie nie wystarczyło! Po pierwszym bisie oklaski nie pozwoliły Corei zbytnio się oddalić. Podszedł do mikrofonu i rzucił rozbawione „Go home”, ale nikt z nas nie zamierzał dać za wygraną. Więc zagrał raz jeszcze.

Chick Corea zawsze grał w zespołach. Mimo że w warszawskiej archikatedrze wystąpił tylko ze swoim fortepianem, yamaha brzmiała jak orkiestra. Zachwycał klasyczną techniką i ładnym dźwiękiem. Dzięki ojcu – trębaczowi bostońskiego bandu – Corea nauczył się notacji i poznał muzykę klasyczną – Bacha, Beethovena, Chopina i innych, co dało mu solidne podstawy. Na tych fundamentach zaczął rozwijać swoje zainteresowanie jazzem.

Koncert Chick Corea świątecznie Warszawie olśniewał polirytmią, polimetrią, fantastyczną harmonią i odwagą. Ani przez chwilę nie dało się odczuć, że występujący mężczyzna ma 69 lat (co niestety już widać na przykład na koncertach Herbie’ego Hancocka, który niedawno występował w Filharmonii Narodowej). Można było dostrzec, jak bawił się muzyką, jak każdy dźwięk, każde współbrzmienie sprawiały mu frajdę. Czuło się jego młodzieńczy zapał, świeżość. Właściwie nie jestem pewna, komu w czasie tego koncertu muzyka sprawiała więcej radości – publiczności czy jemu samemu…

Anna Dąbkowska


Koncert Chick Corea świątecznie w Warszawie, Archikatedra św. Jana Chrzciciela w Warszawie 27.12.2010

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seventeen − 14 =