Barbara Michalczyk: Brzozy w szklanej trumnie

10 kwietnia 2014

O spektaklu Trzy siostry w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej, w Teatrze Dramatycznym m. st. Warszawy

Historia tytułowych trzech sióstr jest znana niemalże wszystkim i można ją przytoczyć, dla przypomnienia, w kilku zdaniach. Masza, Olga i Irina żyjąc na prowincji, rozpaczliwie pragną lepszego życia, chcą wyjechać do Moskwy, jednak ostatecznie do niej nie wyjeżdżają. Podczas trwania akcji spektaklu dochodzi do wielu rozterek wewnętrznych i miłosnych, do jednego pojedynku, do jednej śmierci, a kilka serc zostaje złamanych. Z każdym kolejnym aktem nadzieje na szczęśliwe zakończenie maleją. 

Trzy siostry/ fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Trzy siostry/ fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

W założeniu autora widz ma wyjść z teatru przygnieciony ciężarem myśli – „jak bardzo wszystko pozbawione jest sensu”, współczując siostrom, którym nie udało się wyjechać do Moskwy. W przypadku rzeczonej inscenizacji na deskach Teatru Dramatycznego, widz także głęboko żałuje, że siostry nie wyjechały, ponieważ spektakl wówczas byłby znacznie krótszy i zdecydowanie mniej męczący.

Pani reżyser serwuje nam na wejściu alegoryczne podsumowanie losu trzech sióstr, które uosabiały trzy starsze panie, zastygłe w szklanej gablocie z martwymi brzozami, które można było zobaczyć w ledwo kilkunastosekundowym błysku światła. Wydawać by się mogło, że to dobre ujęcie losu kobiet ( martwych za życia, bo pogrzebanych w prowincjonalnym mieście), da szansę na interesujące rozwinięcie spektaklu. Tak się jednak, niestety, nie stało.

Na scenie znajduje się kilka stałych elementów dekoracji. Nad sceną wisi zegar odliczający dług publiczny, dziecięce huśtawki, pojawiające się w drugim akcie, natomiast tłem do wszystkich wydarzeń są okresowo podświetlane, wspomniane gabloty z brzozami. Szkło jest matowe, stąd drzewa nie zawsze są widoczne. Meble nie mają stałych miejsc na scenie, są przenoszone nie tylko przez pracowników technicznych teatru, ale także przez aktorów. Warto zaobserwować, że im bliżej finału, tym mebli jest mniej. Dużą rolę w spektaklu odgrywają także efekty wizualne. Mamy rozbłyski światła, podkreślające pojawienie się postaci, a także pasujące do muzyki, którą w tym spektaklu dzieli się na trzy rodzaje. Po pierwsze znane melodie odgrywane na fortepianie lub skrzypcach, po drugie amerykański pop – będące próbą uwspółcześnienia spektaklu, oraz muzyka własna widowiska, która w założeniu miała budzić niepokój. Nie brak jest też efektów takich, jak sypiące się konfetti lub lejąca się woda. Pojawia się ona w scenach z żołnierzami, gdy ci płatają swoje figle, lub leje się z sufitu na Izabelę Dąbrowską podczas zmiany dekoracji przed czwartym aktem. Zresztą wody w spektaklu jest sporo, a widzowie z pierwszego rzędu bez wątpienia kilka razy żałowali, że nie zabrali ze sobą czegoś przeciwdeszczowego.

Małgorzata Bogajewska starała się uwspółcześnić dramat, stąd prawdopodobnie ten zegar, a także kostiumy, które są współczesnym odbiciem tego, co oryginalnie kazał swoim bohaterom nosić autor sztuki, przykładowo Irina występuje w opisanej przez Czechowa białej sukience, jednak współczesnego fasonu. Problem w tym, że przeniesienie bohaterów w nasze czasy jedynie za pomocą kostiumów i elektronicznego zegara, nijak się ma do tego, co widzimy na scenie. Meble są PRL-owskie, trudno je więc dopasować do współczesnej mody prezentowanej na scenie. Podobnie noszone przez żołnierzy mundury, czy przerysowany wygląd kolędników. Ostatecznie widz zaczyna sam sobie zadawać pytanie, co to za patchworkowa epoka?

Cały spektakl w założeniu miał być bardzo dynamiczny. Chęć pokazania Czechowa na nowo była bardzo czytelna, pojawiają się ciekawe tropy,  jednak wszystko to zostaje przyćmione przez momenty nużące, w których aktorzy nie do końca potrafią skupić na sobie uwagę widzów. Teoretycznie emocje miały być gęste, a atmosfera duszna. Tak duszna, że polewająca się w trzecim akcie wodą Olga, byłaby zupełnie usprawiedliwiona. Niestety momentami zupełnie nie odczuwa się na scenie napięcia. Niby widzimy tu ludzi zrozpaczonych, którzy palą, piją (wódka leje się szerokim, jak woda, strumieniem), a niektórzy nawet trują się z rozpaczy. Wszystko to jednak jest odległe, jakby scenę od widowni dzieliła niewidoczna kurtyna, wytłumiająca wszystkie te mocne i skrajne emocje, zanim dotrą one do publiczności.

Problemem spektaklu jest również  to, że bohaterowie nie rozmawiają ze sobą, lecz mówią do siebie. Emocje wydają się więc przerysowane, na scenie jest dużo krzyku, brakuje przez to chwil na wewnętrzną refleksję, tak bardzo tu potrzebną. Autentycznie wypada jedynie scena zwierzeń Maszy (Agnieszka Warchulska), kiedy przez chwilę czujemy cały żal i smutek siedzący w siostrach. Trzeba przyznać, że zdarzają się momenty interesującej interpretacji. Przykładowo w spektaklu mają miejsce dwie sceny, które można by uznać za erotyczne. Pierwsza ma miejsce podczas rozmowy Nataszy (Paula Kinaszewska) z Andrzejem (Maciej Wyczański). Pani Prozorow próbuje uwieść własnego męża, zmusić go do zainteresowania się nią, a kiedy ten ją odpycha, mści się, zabraniając wpuszczenia kolędników. Wizja pani reżyser staje się tu klarowna i naprawdę sensowna, a także usprawiedliwia późniejszy romans Nataszy, która jest po prostu odepchniętą żoną . Druga, pomiędzy Iriną (Anna Szymańczyk) a Solonym (Marcin Sztabiński), odbywa się właściwie bez słów. Sztabskapitan przychodzi do dziewczyny, aby wyznać jej swoje uczucia. Wówczas Irina rozbiera się, kładzie na kanapie, a gdy ma dojść pomiędzy nimi do zbliżenia – mężczyzna zaczyna ją dusić, co prowadzi do odrzucenia przez nią jego miłosnego wyznania. Można więc powiedzieć, że celem tej sceny jest usprawiedliwienie, dlaczego sztabskapitan  został odepchnięty, a baron nie. Niestety całość wygląda jak próba zaszokowania nagością. Sytuacja jest nieuzasadniona i chwilę później (pomimo trwania negliżu Anny Szymańczyk) zignorowana przez innych bohaterów. Podobnych przykładów nierównej reżyserii jest w spektaklu więcej.

Jak wspomniałam wcześniej, warto docenić pojawiające się na scenie postacie drugoplanowe, w tym dobrze grającą swoją rolę Paulę Kinaszewską, a także grającą epizodyczną rolę służącej –  Izabelę Dąbrowską, która choć wcale nie jest ucharakteryzowana na staruszkę, umie odegrać wszystkie towarzyszące postaci, będącej w jesieni życia, emocje. Nie jest już tak wspaniale, gdy chodzi o główne postaci dramatu, spośród których najsłabiej wypada Anna Szymańczyk, która jest Iriną głośną, dziecinną i rozbieganą. –  Jakby zapominając o upływającym czasie i starzeniu swojej bohaterki, uparcie gra podlotka.

Niestety ze względu na dużą nierówność spektaklu oraz to, że czechowowski duch bywa na scenie tylko okresowo, całość wypada dość blado. Miało być wzruszająco, a da się to jedynie skwitować wzruszeniem ramion.

Barbara Michalczyk

 

Trzy siostry, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy

Premiera: 09.03.2014

Reżyseria – Małgorzata Bogajewska
Scenografia i kostiumy – Maciej Chojnacki

Muzyka – Bartek Woźniak
Reżyseria światła – Magda Górfińska
Ruch sceniczny – Wiktor Korszla
Asystent reżysera – Julian Potrzebny
kierownictwo produkcji – Tomasz Grzegorek

Występują: Maciej Wyczański, Paula Kinaszewska, Anna Gajewska, Agnieszka Warchulska, Anna Szymańczyk, Andrzej Blumenfeld, Adam Ferency i in.

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

two × 4 =