Barbara Michalczyk: Cicho i ciszej

25 grudnia 2015

Opowiadanie świąteczne

W ciszy padającego za oknem śniegu nie było słychać niczego. Nikło nawet miarowe bicie jej serca. Wokół było niemal całkowicie ciemno, tylko ostatnie ocalałe lampki paliły się blado. Od długiego siedzenia przy stole zesztywniał jej kark i ramiona. Bolało w ten tępo-ćmiący sposób, który drażni sam skraj świadomości. Na rozmasowanie i tak było za późno. Tak naprawdę było już za późno na wszystko.

Nerwowym ruchem wyszarpnęła z uszu kolczyki, które potoczyły się pod stół. Dłonie znowu odmówiły jej posłuszeństwa, drżąc w niekontrolowany sposób. Który to już raz przegrywała tę walkę? Wstała powoli, kontrolując każdy ruch. Odsunąć krzesło. Zaprzeć dłoń o stół. Przenieść ciężar ciała na stopy. Unieść się. Po co?

Kolejne chwiejne kroki skierowała do szafy. Ten wysiłek kosztował ją więcej, niż przypuszczała. Ciszę, w której nie rozbrzmiewał dzwonek telefonu, zakłócił teraz jej pospieszny oddech. Ciepła, sękata powierzchnia szafy oparła się o jej policzek. Przez jedną krótką chwilę było jej dobrze. Pozwoliła sobie nawet na wdychanie żywicznego zapachu, jaki unosił się w pokoju. Bezpieczeństwo rozlewało się w jej żyłach razem z pompowanym do wnętrza ciała powietrzem. Czuła, że jeszcze istnieje, skoro krew pulsuje mocniej po wysiłku.

Teraz najtrudniejsze, otworzyć szafę.

Najbliżej jej lewej dłoni wisiała marynarka Karola. Ciepły, wełniany rękaw, pachnący przebrzmiałą miłością i obietnicami bez pokrycia. Pachnący tęsknotą. Przycisnęła go do twarzy, udając, że to wcale nie łzy. Że to zupełny przypadek. Że za chwilę się uśmiechnie. Pod wpływem impulsu wyciągnęła ją z szafy i założyła. Choroba wysuszyła jej ciało, a stare lustro na drzwiach mebla zniekształciło jej odbicie. W kieszeni znalazła niemal skamieniałe rodzynki. Ile lat mogły tam leżeć? Pamiętała moment, gdy odkryła pierwszą zmarszczkę przecinającą jej wysokie czoło. Karol przytulił ją wtedy i niby żartem stwierdził, że rodzynki to przecież jego ulubione owoce. Objęła się ramionami, wdychając zapach ubrania. Była zupełnie jak one, wyschnięta i gorzka.

Im głębiej zanurzała się w czeluściach mebla, tym więcej wspomnień wracało. Niby wzburzone fale obmywały ją z kolejnych lat, pozwalając jej wrócić myślami do tego wszystkiego, co już dawno uznała za stracone. Spódnica z żorżety, oblana barszczem podczas ostatnich świąt. Plama nie zeszła do dzisiaj, pomimo wszelkich starań. Ciuch wylądował na wysypisku wspomnień, zaraz obok wyblakłych letnich sukienek i sfilcowanych swetrów, za drogich, żeby je tak po prostu wyrzucić. Dawno za ciasna jedwabna bluzka, którą syn przywiózł jej w prezencie z delegacji. Malowane ptaszki zatrzepotały skrzydłami na jej widok. Uśmiechnęła się, na chwilę ulegając złudzeniu. Zimowy płaszcz, zupełnie niemodny, w prawie niewyczuwalny sposób pachniał lasem i ogniskiem. Dziurawe rękawiczki, które nie ogrzewają już żadnych rąk, splątały się z prującym się swetrem. Nie wyrzuciła go nigdy, bo przypominał jej święta, w które córka uczyła się chodzić. Garsonka, w której brała ślub cywilny, białą suknię przecież sprzedała.

Im głębiej zapadała się w przeszłość, tym jaśniej widziała jakie to wszystko ulotne. Sięgnęła niemal do dna, odnajdując starą, wełnianą sukienkę. Ile miała wtedy lat? Proporcjonalnie do dozy naiwności i optymizmu, jakie w sobie nosiła. Razem z bratem śpiewała kolędy i miała oczy pełne nadziei i radości. Nie chciała widzieć, co teraz czaiło się w jej wzroku.

Pod wpływem impulsu zaczęła wszystko wyrzucać z szafy. Nie zważając na zesztywniałe dłoni i nadal bolący kark. Kolejne ubrania lądowały na podłodze. Wyładowywała na nich swój żal, swoją tęsknotę i swoje rozczarowanie. Przecież nie tak miało być. Telefon miał zadzwonić.

Zagryzła wargi i zaczęła je upychać do worka. Wszystko, aż po samo dno. Bez sentymentów, kiczowatych wzruszeń i nadziei. Za to z chłodną determinacją. Osiągnęła dno szafy za szybko, nadal pchało ją do działania. Rozejrzała się i jej wzrok padł na półkę z fajansem. Do wora! Kolejne poszły kryształy. Dalej stare książki. Bez namysłu dorzuciła kolorowe świąteczne kartki, czule zapewniające o najlepszych intencjach. A potem jej wzrok padł wprost na choinkę.

Pierwsza bombka rozprysła się tęczową fontanną brokatu i szkła. Poczuła się jak świętokradca. Bardzo wściekły i bezsilny świętokradca, gotów na wszystko. Idący prosto na wojnę ze świętami. Kolejne pociski leciały w ściany, zza których coraz wyraźniej było słychać szmer ludzkich rozmów. Gdyby miała w sobie coś demonicznego, pewnie śmiałaby się obłąkańczo.

I kiedy zdarła ostatniego reniferka i robiony dziecinnymi rączkami łańcuch odkryła, że złość znikła. Znowu była sama. Opadła na worek i po raz pierwszy to przeszłość ugięła się pod nią. Została tylko ostatnia rzecz do wypełnienia. Bolesnym ruchem, zaczęła wysuwać rękę z lewego rękawa marynarki. Potem prawy. Powoli. Nie ma się dokąd śpieszyć.

Nie czuła tego, co działo się z nią w tym samym czasie. Z każdym kolejnym ruchem jej ciało lekko się prostowało. Zmarszczki, jedna po drugiej, wypełniały się. Włosy i oczy odzyskiwały kolor.

Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, kto za nią stoi. Czyja ręka właśnie dotknęła jej ramienia. Obiecał przecież, że po nią wróci.

Barbara Michalczyk

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one + fourteen =