Barbara Michalczyk: „Dziewczyna, której nie widziałem”

9 kwietnia 2015

O spektaklu Ruby w reżyserii Adama Sajnuka w Teatrze WARSawy

Ruby/mat. prasowe

Ruby/mat. prasowe

Niemoc twórcza niejednego literata doprowadziła na skraj załamania nerwowego. Nie wszystkich jednak zawiodła aż na terapię, jak stało się to z Calvinem Weirem (Mateusz Banasiuk), autorem jednego wielkiego dzieła, prywatnie samotnikiem oderwanym od rzeczywistości. W sztuce nie dochodzi na szczęście do romansu rodem z harlequina – pomiędzy terapeutą a pacjentem. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku jest jednak znacznie gorzej, bo Calvin za pomocą, jak sam to określa „miłości i magii”, stwarza sobie ukochaną.

 

Calvin żyje w babskim świecie. Na co dzień otaczają go matka (Sławomira Łozińska), która po śmierci ojca przeszła przemianę w duchu new age, a także siostra (Sonia Bohosiewicz), lesbijka, trochę chłopczyca, która uparła się, że wyprowadzi bohatera na ludzi. Do tego zestawu należy dodać jeszcze chłodną psychoterapeutkę (Edyta Olszówka) i jawi się pełen obraz ludzi, z którymi na co dzień obcuje pisarz. Wszystkie pozostałe kontakty utracił, w życiu był w jednym poważnym związku, a kobiety lecą na jego sławę, nie na niego. Jego frustracja bucha pod sufit, podobnie blokada twórcza. Więc jak tu się nie leczyć?

 

Pisarz, leżąc na kozetce i tuląc pluszową małpkę, wylewa z siebie potoki skarg. Wydaje się być trochę jak małe dziecko, skrzywdzone i porzucone przez rówieśników. Wszystko zmienia się w momencie, gdy w jego życiu pojawia się Ruby (Maja Bohosiewicz). Dziewczyna początkowo wcale nie wzbudza w Calvinie zachwytu. Raczej przerażenie i zaniepokojenie stanem własnego umysłu. Bo jak to tak? Wyskakiwać na świat prosto z cudzej wyobraźni? Mitologia pamięta podobne przypadki, jednak kto by im dawał wiarę… Oczywiście to ledwie połowa całej historii, a naturalnym następstwem tych zdarzeń jest romans. Jego konsekwencje zostały wliczone w cenę całego przedsięwzięcia, początkowo jednak Calvin zarzeka się, że nie będzie poprawiał Ruby, choć ma taką możliwość. I tak oto przysłowiowa strzelba zostaje powieszona na oczach całej widowni.

 

Scenariusz nie jest zły, raczej przewidywalny. Dobre dialogi mieszają się z żenującymi żartami, bo poziom humoru ma tu charakter sinusoidy. Czuć, że całość była napisana raczej pod film, niż na scenę. Adam Sajnuk dość dobrze sobie z tym problemem poradził, każąc aktorom ogrywać to, co w filmie byłoby pokazane samym obrazem.

 

Widownię podzielono na dwie części, umieszczone po obu stronach sceny, jednak nie z obu widoczność jest równie dobra. Im bliżej końca spektaklu, tym jaśniejsze staje się, gdzie siedział reżyser, ustawiając poszczególne sceny. (Polecam siadanie po stronie bardziej oddalonej od drzwi, dzięki czemu aktorzy nie grają plecami do nas.) Jednocześnie pozwala to na obserwowanie pozostałych widzów, a sądząc po ich reakcjach, spektakl przypadł do gustu zdecydowanej większości z nich. Pomiędzy tymi „połówkami” znajduje się podest z mlecznobiałego plastiku, na którym stoją białe meble: kozetka, biurko, fotel oraz taboret. Oto cała scenografia. Do tego na rogach podestu znajdują się miejsca, na których siedzą postacie niebiorące akurat bezpośredniego udziału w akcji, choć zdarza im się komunikować z innymi bohaterami. Dużą rolę odgrywają światła i muzyka, które naprowadzają widownię na miejsce akcji i towarzyszące danemu fragmentowi emocje. Sceny realistyczne są grane w jasnym świetle, kojarzącym się nawet nieco szpitalnie, co pasuje do sterylnej bieli dekoracji, a te, w których realistyczna konwencja zostaje przełamana, toną w różu. Do tego dodano nagrania z offu, które uzupełniają akcję. Widać, że jest to dokładnie przemyślana koncepcja.

 

Ruby stawia pytania o naturę relacji międzyludzkich. O granice, w których zaciera się bycie sobą, a zaczyna bycie marionetką. Stanowi, pod pozorem błahostki, dobre studium psychiki samotnego człowieka, który żyje tym, co wymyśli. Różowe i nierealne miesza się z szarą rzeczywistością, wzajemnym zmęczeniem, zmianami temperatury uczuć… Pod sam koniec, gdy opadnie już niesamowite napięcie kulminacji, rodzi się wątpliwość. Kim była Ruby? Naprawdę Galateą Calvina? A może raczej próbą pogodzenia się z przeszłością?

Brak w tym spektaklu jakichś wielkich aktorskich kreacji. Maja Bohosiewicz gra bardzo egzaltowaną młodą kobietę, świadomie przerysowaną i wyidealizowaną. Zastanawia różnica pomiędzy jej wyglądem na plakacie i ulotkach, a tym co jest na scenie. Co się stało z tą romantyczną fryzurą dziecka kwiatu? Calvin jako jedyny przechodzi prawdziwą przemianę i tylko u Mateusza Banasiuka można mówić o zróżnicowaniu gry aktorskiej. (Teoretycznie Maja Bohosiewicz ma kilka przemian, ale wciąż gra bardzo podobnie.) Dopiero w tym drugim wcieleniu okazuje się, że ten aktor umie doskonale przykuwać uwagę, grając na zimno i poważnie. Kulminacja spektaklu była dla mnie emocjonalnym zaskoczeniem, bo w powietrzu wręcz wibrowało napięcie. Z sali znikły wszystkie śmieszki, pozostało tylko skupienie i uwaga. Bez wątpienia najlepsza scena.

 

Całość jest bardzo lekka. Czasem wywołuje delikatny uśmiech, nie nuży i pomimo dość przewidywalnej konstrukcji, pozwala się oglądać z zainteresowaniem. Nie daje gotowej recepty na związki, nie buduje przestrogi moralnej ani nie przybija pesymizmem. Nikt tego przecież nie oczekuje, bo to typowa komedia romantyczna, ale mimo to mówi jedną ważną rzecz. Dostrzeżmy się naprawdę w tych związkach, bo najgorsze jest niedocenione szczęście.

 

Barbara Michalczyk

Reżyseria i adaptacja: Adam Sajnuk

Muzyka: Michał Lamża

Scenografia: Adam Sajnuk, Ewa Kania

Kostiumy: Ewa Kania

Wizualizacje: Martyna Spryszyńska

Obsada: Mateusz Banasiuk, Maja Bohosiewicz, Sonia Bohosiewicz, Sławomira Łozińska, Edyta Olszówka

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − 8 =