Barbara Michalczyk: O anielskiej cierpliwości

12 maja 2016

O spektaklu Kantata na cztery skrzydła w reżyserii Łukasza Lewandowskiego w Instytucie Teatralnym

Kantata na cztery skrzydła/fot. Adrianna Komakowska

Kantata na cztery skrzydła/fot. Adrianna Komakowska

W ciemności, jak pomysł, rozżarza się żarówka. Dziewczyna (Sylwia Kaczmarek) podnosi się ze swojego barłogu i w rozpaczy zaczyna czegoś szukać. Chaotycznie miota się po podłodze, wypija resztki płynów z pustych butelek, łyka leki, by ostatecznie podjąć próbę powieszenia się na troczku od bluzy. A wszystko to po to, by dostać mikrozawału, gdy pojawi się jej anioł stróż, Amhiel (Judy Turan), gotów na każde działanie, byle tylko Dziewczyna nie popełniła samobójstwa.

Tragikomedia to strzał w dziesiątkę, gdy chce się mówić o tak skomplikowanych kwestiach jak wiara, piekło, niebo czy sens życia. W innym wypadku łatwo wpaść w pułapkę patosu, generalizacji lub trywializacji problemu. Śmiech przez łzy jakoś się sprawdza, szczególnie, że niektóre sytuacje z życia bohaterski da się całkiem nieźle odnieść do ogólnych problemów społeczeństwa. Braku miłości, poczucia bezsensu czy nieakceptacji siebie nie da się pominąć milczeniem.

Religijność tego tekstu nie jest typowa dla Polski, tu raczej w tekście o aniołach nie pojawi się homoseksualizm czy niepewność co do własnej płci. Amhiel nie może się zdecydować czy jest bardziej kobietą – skoro gra go kobieta, czy mężczyzną, bo ma takie imię, stale więc zmienia końcówki fleksyjne swoich wypowiedzi. Rodzi się więc pytanie o to, czy wynika to z tego, że ugruntowało się, że anioły nie mają płci, czy też raczej czai się tu tak złowroga w opinii Kościoła ideologia? Faktem pozostaje, że to zabieg ciekawy i przeprowadzany konsekwentnie.

Akcja toczy się w mieszkaniu Dziewczyny. Nowoczesnym wnętrzu, utrzymanym w chłodnych barwach. W lewym kącie ustawiono uschniętą choinkę obwieszoną lampkami – idealny symbol egzystencji głównej bohaterki. Z drugiej strony sceny umieszczono zegar, odmierzający  upływ czasu. Taki wielki motyw wanitatywny. Dla scenografii istotna jest także otwarta szafa która staje się też w pewnym momencie drzwiami do innego świata. Na środku sceny znajduje się materac i poduszki, legowisko głównej bohaterki. Całość jest bardzo prosta, ale idealnie pasuje do konwencji. Nic właściwie się w tej scenografii nie zmienia, aktorzy niemal przez cały spektakl pozostają w tej samej przestrzeni, stąd też tak istotne staje się to co i jak mówią. Ruch odgrywa tutaj rolę drugorzędną, choć nie można powiedzieć, że aktorzy są statyczni.

Sam tekst sztuki miejscami jest boleśnie przewidywalny, to właściwie najsłabszy element całego przedsięwzięcia. Do tego ilość nieszczęść, która spadła na raz na główną bohaterkę jest nieprawdopodobna i okropnie zgrzyta. Autor próbował to jakoś usprawiedliwić, wyszło jednak w bardzo naciągany sposób, który kupuje się jedynie z sympatii do całego przedsięwzięcia. Najwięcej problemów sprawia zakończenie spektaklu. Z jednej strony obnaża ludzką, pełną poczucia wyższości naturę. Z drugiej każe zadawać sobie pytania o sens i powód wszystkich wydarzeń w dramacie. Nagle ujawniony cynizm wywołuje poczucie zdezorietnowania i całą masę wątpliwości.

Główną osią fabularną, jak już wspomniałam, jest konflikt Dziewczyna – Amhiel. Po co żyć? To najważniejsze pytanie dla tej relacji. I z jednej, i z drugiej strony odpowiedzi nie są oczywiste. Dziewczynę przytłoczyło codzienne życie, problemy, brak pracy i wypadek przyjaciółki. Ma poczucie, że będzie lepiej, jeśli jej na tym świecie nie będzie. Dużo w grze Kaczmarek wewnętrznego napięcia. Większość czasu spędza blisko podłogi, całe jej ciało wyraża zamknięcie, przerażenie i zagubienie. Ruchy są nerwowe i chaotyczne, głos często się rwie. Amhiel pozuje za to na anioła-staruszka, który właściwie w swojej pracy sobie nie radzi. Jest w tej kreacji aktorskiej pewna szorstkość, skłonność do wydawania szybkich i pewnych sądów, ale też spore pokłady niezadowolenia. W przeciwieństwie do Dziewczyny stale trzyma się prosto, góruje nad nią wygłaszając swoje opinie. Interesujące jest to, że obie aktorki grają bardzo do środka – widać, że żadne ze słów padających ze sceny nie przychodzi im łatwo.

Jako uzupełnienie sytuacji wyjściowej, na scenę raz po raz powraca Beatiel (Marcin Zarzeczny). Jest on zupełnym przeciwieństwem Amhiela. Energiczny, pełen zapału i gotowości. Nie jest skupiony tylko na gadaniu, każdemu jego wejściu, poza rozbłyskiem lampek choinkowych, towarzyszy także konkretne działanie. On też wnosi w spektakl najwięcej komizmu.

Całość, oparta na trzech różnych scenicznych osobowościach, oparach sztucznej mgły i choinkowych lampkach robi wrażenie. Czasem wzbudza rozbawienie, czasem zmusza do refleksji, a czasem pod naporem banału do skrzywienia. Nic nie jest jednoznaczne, pewne na sto procent, a co więcej niemożliwe. Trochę jak ludzka natura, ale czy nie o tym właśnie jest ten spektakl?

Barbara Michalczyk

Kantata na cztery skrzydła

Reżyseria:
Łukasz Lewandowski

Asystent Reżysera:
Michał Podsiadło

Scenografia:
Wojciech Kaj Rygalski

Obsada:
Dziewczyna – Sylwia Kaczmarek
Amhiel – Judy Turan
Beatiel – Marcin Zarzeczny

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nineteen + 10 =