Barbara Michalczyk: Opowieść z Podhala

16 lutego 2015

O spektaklu Co wom powim, to wom powim w reżyserii Macieja K. Tondery z Teatru Rabcio z Rabki Zdroju

Co wom powim/materiały prasowe

Co wom powim/materiały prasowe

 

Scena Impresaryjna to najnowszy projekt Białołęckiego Ośrodka Kultury, której celem jest pokazywanie spektakli, których w innych okolicznościach nie dałoby się zobaczyć w Warszawie. Pomysł chwalebny, propozycje interesujące, warunki do oglądania dogodne – warto dostrzec tę nową możliwość na teatralnej mapie stolicy.

 

A ruszono z kopyta – podwójnym występem teatru Rabcio z Rabki Zdrój. Tak, dobrze państwo widzą, na pierwszy ogień poszły lalki. I to nie tylko dla tych najmłodszych (tym razem nie należy smucić się, że najnajem już się nie jest).

 

Moje pierwsze i najmocniejsze wrażenie, po Co wom powim, to wom powim można ująć w jednym słowie – przeurocze. Dwie historie, które bazują na twórczości Kaziemierza Przerwy-Tetmajera, autentycznie bawią i budzą zainteresowanie widza. Obie zostały mocno osadzone w rzeczywistości podhalańskiej. W pierwszej chwili gwara brzmi zupełnie jak obcy język i zupełnie nie wiadomo, kiedy następuje magiczny moment przestawienia się na całkowite rozumienie. Oprócz tego nastrój budują także góralskie kostiumy aktorów oraz muzyka grana na żywo.

 

Cały spektakl jest prowadzony przez parę aktorów, Krystynę Kois oraz Piotra Serfaina, którzy choć cały czas wcielają się w różne postacie, zachowują pewien spójny element swojej własnej, wewnętrznej kreacji. W pierwszej historii narrację prowadzi Serafin, od pierwszych chwil kojarząc się z bajarzem lub gawędziarzem, który wędruje od miasta do miasta, by opowiadać ludziom historie. Gra spokojniej niż jego partnerka sceniczna. Kois jest narratorką drugiej opowieści, ale jej kreacja podczas całego spektaklu jest bardzo spójna. Wchodzi w pewną stylizację na początku i trzyma ją do końca, co spaja obie historie ze sobą. Aktorzy są widoczni od początku do końca spektaklu. Są niezbędni do wprawienia lalek w ruch, ale nie grają za nie, nie są bohaterami spektaklu, a jedynie narratorami i animatorami.

 

Historie są zupełnie różne, łączy je jedynie miejsce akcji i język. Pierwsza część to opowieść o tym, jak diabeł zamienił się miejscami z nieszczęśliwym człowiekiem. Jak widać życie z kobietą może być piekłem nawet dla diabła… Jest rubasznie, lekko i zabawnie, nie brakuje tu nawet (w końcu to spektakl także dla widzów dorosłych!) sceny łóżkowej. Druga historia skupia się na Ponu Jezusie oraz świentym Pietropawle, którzy zasilili szeregi zbójników. Okazuje się, że pozory bardzo często mogą mylić, a sądy wcale nie muszą być trafne. Ta część, choć zawiera wiele elementów komicznych, jest jednak odrobinę poważniejsza, więcej w niej namysłu, pod wydarzeniami kiełkuje jakaś głębsza myśl. Nie brak tu też religii, którą szczególnie mocno czuć, kiedy Krysytyna Kois wymawia: I Pon Jezus. Ciekawym zabiegiem w tej części są powtórzenia sekwencji ruchu, które w lalczyny bezruch wprowadzają wędrówkę.

 

Fascynuje prostota scenografii; drewniany parawan, kilka ławek oraz dwa niepełne krzyże z desek stanowią o całości. Resztę dopowiada wyobraźnia, która w tych skromnych przedmiotach każe widzieć kolejne lokacje. Świetnym pomysłem było pokazanie ruchu kompanii zbójeckiej, poprzez umieszczenie lalek na dłuższym ramieniu krzyżo-drogowskazu, który cały obracał się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Podobnie kapitalnie wypadają retardacje, dokonywane poprzez słowne konsultacje, jakie odbywają się pomiędzy aktorami -Jeszcze leci? –Leci, leci!

 

Większość lalek, które prezentują się na scenie, niejasno kojarzy się z Pyzą, tak jak ona są okrąglutkie. Zamiast dokładnie oddawać rysy twarzy czy posturę, raczej je przerysowują i wyolbrzymiają. Przypominają ludzi, ale nie są nimi dosłownie, to raczej pewne figury, co jest szczególnie czytelne w drugiej części. Ich wygląd w pewnym sensie decyduje o ich śmieszności. Na przykład, w przypadku Świentego Pietropawła, który ma w dłoni złoty kluczyk, składa się z głowy oraz okrągłego tułowia i cały czas jest straszliwie przerażony i nieporadny, zestawienie wyglądu z charakterem tylko potęguje efekt komiczny. Na tle lalek odcina się Pon Jezus, który jest w całości z drewna, a jego mina wyraża cierpienie pomieszane z ogromną miłością. Ta inność fascynuje, a moment, w którym Krystyna Kois unosi go do góry niby tabernakulum, ma w sobie pewien posmak mistycyzmu. Tak jakbyśmy na chwilę ze świata śmiechu przenieśli się do świata zadumy i powagi. Pod tym względem finał jest naprawdę wyjątkowy.

 

Całość miała niepowtarzalny klimat. Zaduma wymieszana ze śmiechem. Podstęp wymieszany z prostolinijnością. Przerysowanie wymieszane ze szczerością. A w tym wszystkim magia ruchu, czarująca historia i górski klimat, jakiego w Warszawie dawno nie było.

 

Barbara Michalczyk

 

Reżyseria i scenografia – Maciej K. Tondera

Dekoracje i lalki – Janina Handzel-Karpus, Piotr Piotrowski, Eliza Wtorkiewicz-Kaleta
Światło -Bogusław Handzel
Dżwięk – Gabriel Gacek

Obsada: Krystyna Kois, Piotr Serfain

Muzyka na żywo: Eugeniusz Tokarczyk

tagi: | Wersja do druku | |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 + fourteen =